Maria Fołtyn nie żyje

Nie żyje Maria Fołtyn. W kontekście polskiej kultury to ogromna, dotkliwa strata. Dzięki Marii Fołtyn znamy dzisiaj, gramy, śpiewamy (i przy okazji nie lubimy) Stanisława Moniuszkę. Ów kompozytor, klasyk muzyki polskiej, powinien być tej dzielnej Kobiecie wdzięczny – a dzisiaj wstawić się za Nią przed Najwyższym.

Przy okazji wypada powiedzieć: szkoda, że każdy z kompozytorów polskich nie ma swojej Marii Fołtyn. Nie tylko zapalonej działaczki, sprawnej organizatorki, entuzjastki – ale przede wszystkim ogromnego Talentu, godnego najprzedniejszych scen operowych świata.

To nie Maria Callas śpiewała Halkę. To Maria Fołtyn.

Żeby nie lubić Moniuszkę, trzeba najpierw go poznać. Dzięki Marii Fołtyn co wybredniejsi mogli kręcić na Moniuszkę nosem – czy zasłużenie, czy nie.

Wobec innych kompozytorów polskich kręcimy nosem a priori, nie znając ich. Nie próbując nawet poznać.

[18.09.2015]
Nie sądziłem, że kiedyś wrócę do redagowania tego postu. Ale dziś, poszukując informacji na temat pewnego albumu Marii Pomianowskiej, natknąłem się na absolutnie żenującą dyskusję internetową, bezlitośnie rozprawiającą się zarówno ze „szmirą”, „kołtunem” i „beztalenciem” – Teklą Bądarzewską-Baranowską (tą od „Modlitwy Dziewicy”), jak i przy okazji z całą XIX-wieczną muzyką polską.

Oto co ciekawsze fragmenty:

„W polskiej muzyce fortepianowej – pomiędzy Chopinem a Szymanowskim – nie stało się kompletnie nic!”
„Nikt nie zwróciłby uwagi na klawiszową paplaninę […] jakiejś domorosłej „kompozytorki” z Warszawy”.
„Nie określaj mianem WIELKICH ROMANTYKÓW nasze ledwie lokalne wielkości – Kurpińskiego, czy Elsnera (gdyby nie sławny uczeń [Chopin], nikt dzisiaj nawet by o nim nie wspomniał), a także Moniuszki, którego nawet kilkudziesięcioletnia misja prężnej Marii Fołtyn nie zdołała umieścić w panteonie sław muzycznych Europy”…

Spróbowałem dowiedzieć się, kim jest tak wielce rezolutna autorka tych żenujących tekstów – niejaka Anna Iżykowska-Mironowicz, które to nazwisko ujrzałem na oczy po raz pierwszy w życiu (w odróżnieniu od nazwisk omawianych kompozytorów). Czym Pani Ania przysłużyła się kulturze polskiej, że pozwala sobie wycierać buty o Kurpińskiego, Elsnera i Moniuszkę? Ano jest to „dziennikarz, krytyk, konsultant muzyczny ok. tysiąca tytułów filmów fabularnych, średnio-krótkometrażowych i seriali TV. Specjalista do spraw muzyki w łódzkiej PWSFTviT im. Leona Schillera.” (Nie, to nie transwestytka, po prostu mamy tu „nieskalany” język polski z wyrazami typu „pani specjalista”). Dodać jeszcze należy – „wieloletnia członkini Stowarzyszenia Filmowców Polskich”, choć akurat w tym przypadku bardziej na miejscu byłby „członek”.

Jednym słowem, Wielki Nikt. A przy okazji – szkodnik.

Upiór w operze

Upiór w operze

Co Pani stworzyła, Pani krytyczko, Pani „znawczyni”, Pani specjalistko od muzyki? Jaką działalnością może się Pani pochwalić? Gdzie są owoce Pani pracy? Jak wiele z „konsultowanych” przez Panią filmów wznosi się na poziom choćby nieco wyższy od żenującego? Naprawdę uważa Pani, że polska produkcja filmowa jest zjawiskiem jakościowo innym, niż polska muzyka fortepianowa XIX wieku?

Tak, muzyka Elsnera i Kurpińskiego dawno temu spleśniała, ale nie spleśniała ona sama, ot tak po prostu. To Pani jest tą pleśnią, która ją zaatakowała, to Pani jest grabarzem tej muzyki. To tacy jak Pani odpowiadają za narodową amnezję – całkowite zapomnienie polskiej spuścizny muzycznej trwające od końca ostatniej wojny do dzisiaj.
Ale przecież nawet pleśń bywa pożyteczna – jeżeli odmienia ser. Jeżeli tylko żeruje – niczym mucha na kotlecie – nigdy pożyteczna nie będzie…

Ten Elsner, ten Kurpiński, Pani Aniu – oni pracowali w Polsce, w Warszawie, nie na siebie, nie na własny talent i pomnik – oni zabrali się za pracę u podstaw; oni z niczego stworzyli coś. Założyli fundamenty polskiej muzyki nowożytnej, współczesnej, klasycznej, uniezależnionej od klasztorów, pałaców i mecenasów. Uruchomili nowoczesne szkolnictwo muzyczne. Nadali start całej późniejszej machinie polskiej muzyki. I owszem, mieli sławnych uczniów. To właśnie Chopin potem pracował na siebie – bo już mógł!, to Polański (żeby do Pani lepiej dotarło) – bo też mógł, ale Elsner z Kurpińskim zakasali rękawy i całe życie mieszali beton na fundament, nie myśląc o sobie, nie mając czasu dla siebie, dla dbania i pielęgnacji własnego „ja”. Oni nie wyemigrowali, żeby zaistnieć, oni przyjechali tu, żeby ze zdobycia sławy zrezygnować. Plucie na Elsnera, który wychował Chopina, który rozpoznał jego geniusz, albo na Kurpińskiego, bez którego nie byłoby Opery Narodowej, to nie tylko niewdzięczność – to podłość. Czy tak samo mogłaby potraktować Pani Leona Schillera? A własnego ojca – „nie tak sławnego”, jak Pani? Chyba nie wątpię

Broń Boże naszą muzykę przed takimi „specjalistami”. Filmówki już nie obronisz, bo się nie da. Piłki nożnej też.

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • maria foltyn (1)
  • splesnialam= zyje ? (1)