Zdalny zakup pianina: NIEUDANY

Całkiem często otrzymuję na skrzynkę prośby o zaopiniowanie linków z aukcjami pianin w celu ustalenia, czy dany egzemplarz wart jest zakupu. Przy wiarygodnym opisie i choćby kilku miarodajnych zdjęciach można z grubsza zdecydować, czy interesować się pianinem intensywniej, czy nie.

Oczywiście, zawsze zaznaczam, że zakup pianina w ciemno, bez jego osobistego sprawdzenia, jest sprawą bardzo ryzykowną. Ale co ma począć osoba, która chce kupić pianino lub fortepian, a zarazem nie ma nikogo, kto by jej czynnie pomógł? A zarazem mieszka tak daleko ode mnie, że nie jestem w stanie przyjechać i obejrzeć instrument?

To trudne pytanie. Zwłaszcza że, jak ostatnio się przekonałem, jest ono trudne nawet dla mnie, a realna sytuacja z życia przyćmiła wszystko, co wcześniej rysowała moja wyobraźnia.

Artykuł ten dedykuję zatem wszystkim, którzy liczą, że patrzenie się na opis z obrazkami oraz mniej czy bardziej szczegółowe pogadanki internetowe z kimś, kto również konkretnego pianina na oczy nie widział (w tym przypadku ze mną) staną się rękojmią udanego zakupu dobrego pianina. Rzecz jasna, na bezrybiu i rak – ryba, więc lepszy rydz, niż nic. Można się uchronić przed kupnem ruiny, „trupa na kółkach”, instrumentu wyjątkowo podłej marki lub po prostu nieodpowiedniego do naszych potrzeb pianina (np., XIX-wiecznego mebla dla nauki dziecka). Ale nie znaczy to, że obowiązkowo staniemy się posiadaczem najlepszego możliwego instrumentu. Trzeba dużo szczęścia, żeby coś, co atrakcyjnie wygląda na stronie Allegro, również było dobrym pianinem w rzeczywistości.

Podobnie, jak nie decydujemy się na ślub z osobą, której opis i zdjęcie znaleźliśmy na portalu randkowym, nie możemy podejmować decyzji o zakupie pianina na podstawie najlepszych nawet opisów i tłumaczeń.

Jakiś czas temu pomagałem pewnemu małżeństwu znaleźć instrument. Po wyjaśnieniu pewnych kwestii – cel zakupu, fundusze na to przeznaczone, kolor etc. – przyszła kolej na konkrety. Ponieważ nie było czasu na długie jeżdżenie po pojedynczych pianinach, wystawionych przez ich właścicieli, postanowiliśmy udać się do pewnego znanego w Polsce handlarza pianin, który swoją ofertę szeroko przedstawia na Allegro.

Handlarz jest znany i popularny – ruch w interesie kwitnie, rotacja spora, ceny są mocno zawyżone. Pianina są używane, sprowadzane zza granicy, gdzie działa inny członek rodziny, który mniej czy bardziej kompetentnie typuje pianina do zakupu i wysyła je do Polski.

Jak już nie raz pisałem, warto sobie uzmysłowić, że na Zachodzie (Niemcy, Skandynawia, Niderlandy, Wielka Brytania etc.) ogromna ilość całkiem dobrych i zadbanych pianin, a nawet fortepianów, dostępna jest za darmo lub w bardzo śmiesznej cenie (np. za 1 €). Tak naprawdę, kosztuje tylko ich transport do Polski. W tym świetle ceny pianin u pośrednika rosną wraz z popularnością i długością egzystencji firmy na rynku, i absolutnie niczym innym, prócz cwaniactwa, nie są umotywowane. Firma, poprzez duże obroty i rozgłos, skutecznie kreuje to, co wszystkim wydaje się być „cenami rynkowymi”, a w rzeczywistości jest „pomysłem jednego faceta”, który generuje ogromny czysty zysk przy minimalnych kosztach własnych. Skutkuje to tym, że każde sprzedawane pianino jest droższe o 1000-3000 złotych od podobnego instrumentu, który można znaleźć na Allegro praktycznie od ręki. To jednak nie odstrasza chętnych, którzy myślą, że „pianino sprzedawane przez firmę” będzie w czymkolwiek lepsze od takiego samego pianina, sprzedawanego przez kogokolwiek innego (choćby i przez innego, mniej znanego handlarza).

Nie można powiedzieć, że w zakupie pianina u opisywanego pośrednika nie ma żadnych plusów. Otóż, jeden plus jest taki, że za jednym zamachem można obejrzeć i sprawdzić wszystkie posiadane na stanie pianina, zaś drugi – że firma wytypowany instrument przywiezie klientowi do domu.

Tu na powierzchnię wydostaje się to, co naprawdę nurtuje kupującego pianino. Cóż to? Jakość? Brzmienie? Marka? Nie. To transport. To jest właśnie tym, co przyszłego posiadacza pianina stresuje najbardziej. Więc niech będzie drogo, ale z transportem. A to, że zorganizowany przez siebie transport będzie wielokrotnie tańszy, niż ten wliczony w cenę pianina – to już do kupującego nie dociera.

Postanowiliśmy więc zainteresować się ofertą opisywanego handlarza, badając wystawione przez niego pianina w internecie.

Pierwsze wrażenie? Całe mnóstwo doskonałych pianin przednich marek – Kawai, Nordiska, Malmsjo, Weinbach… Wszystkie zadbane, jak nowe, „doskonale nadające się” do wszystkiego i, generalnie, jedno lepsze od drugiego. Wysokie ceny sugerują, że mamy naprawdę poważnego gracza i pianina z najwyższej półki.

Przez chwilę zwątpiłem w siebie i swoją przydatność. Być może, nie nadążam za szybkim, dynamicznym rynkiem, a moje rady są anachroniczne, „wczorajsze”? Przecież oto właśnie ktoś zadbał o to, by ciężki, mozolny proces wyboru pianina sprowadzić do kliknięcia w „Kup teraz” – a całą resztę załatwi za nas sprzedawca, dostarczając doskonałe, zadbane pianino prosto do domu. „I po co jeszcze są komuś potrzebne moje rady?”, pomyślałem sobie. I z tymi myślami wyruszyłem wraz z małżeństwem w długą drogę, sądząc, że przecież Nordiska lub Weinbach są tak dobrymi markami, że można było kupić je w ciemno. Tak też wytypowaliśmy wstępnie kilka pianin – doskonałych z opisu i ze zdjęć. Spodziewałem się, że na miejscu odbędzie się walka „doskonałego ze wspaniałym”, „Pascal kontra Okrasa”, a oceniać mi przyjdzie „stosunek głębi dźwięku do romantyczności, pomnożony na piękno”. Postanowiliśmy sprawdzać tylko brązowe („mahoniowe”) pianina, bo przecież… musi być w końcu jakikolwiek filtr i kryterium odbioru.

Na miejscu okazało się, że nie mam czego się bać, a wyimaginowana sielanka rozpełzła się po okolicznych polach niczym fatamorgana. Nie trafiliśmy do solidnego magazynu najlepszych pianin, lecz do ciucholandu, w którym długo nie było świeżej dostawy, a nawet i świeże ciuszki są już przesadnie sfatygowane.

W przydomowych garażach zastaliśmy ok. 30 pianin o różnym stopniu „posunięcia” i o bardzo różnym okresie „garażowania” – stłoczonych tak bardzo, że przed niektórymi pianinami nawet nie dało się usiąść. Od ich allegrowej wspaniałości nie pozostało nawet śladu.

Szybko się okazało, że nie dość, że nie będziemy przebierać w kolorach – możemy mieć problem ze znalezieniem jakiegokolwiek choćby przyzwoitego pianina – o wybitnym nie było nawet mowy.

Wyszło na to, że Weinbachy, wytypowane wcześniej, brzmią ohydnie, niczym garnki tłuczone widelcem. Tak, oczywiście, gdyby je nastroić, otworzyć klapę, umieścić w salonie – może wówczas wrażenie by się nieco polepszyło. Jednak prawda była taka, że w przypadku takiego pianina stroiciel nie ma nad czym pracować – dźwięk pianina w najlepszym przypadku stałby się nieco poprawniejszy, przyzwoitszy, ale skąd miałoby się wziąć oczekiwane piękno? Przy tym, ceny nadal powalały na kolana, i dopiero na miejscu wyszła na jaw ich całkowita kuriozalność.

Po pierwszym szoku trzeba było ratować sytuację, więc zagrałem grubo: postanowiłem sprawdzić absolutnie wszystkie dostępne na miejscu pianina.

I to było prawdziwe rozczarowanie. Wrażenie miałem takie, jakby ktoś zgromadził w jednym miejscu mnóstwo chłamu, którego jedyną zaletą była minimalna cena pierwotna, dająca możliwość maksymalnego zysku.

Wiadomo, że i wśród najlepszych firm zdarzają się gorsze, a nade wszystko przeciętne instrumenty, oraz, że nie każde pianino musi „stać w salonie” i być „użytkowane przez kobietę”. Ale dopiero tutaj przytłoczyła mnie parada wojującej nicości…

Żeby było śmieszniej, jednym z ciekawszych, lepiej brzmiących instrumentów była rdzennie polska Calisia, która jednak cenowo była przesadnie ambitna, zdecydowanie powyżej średniej krajowej.

Ostatecznie, dało się wytypować dwa pianina godne uwagi (tylko dwa!), gra na których dostarczała przyjemności, nie zaś obrzydzenia. Teraz nadszedł czas na sprawdzenie pianin w środku.

I tu – kolejny szok. Grzyb. Pianino w środku było pokryte pleśnią, której nikt nie potrudził się zetrzeć. To znaczy, stop: potrudził się i wytarł na młotkach, ale już niżej lenistwo nie pozwoliło. Grzyb był na tyle widoczny (i przy okazji ohydny), że nasuwa mi się tylko jeden wniosek: żaden klient tych pianin w środku nie sprawdza. Pewnie, wierzy, że w tak „solidnej firmie” złego pianina mu nie sprzedadzą… Może od biedy otworzy klapę i zerknie na młotki. Więc rzeczywiście, usuwać grzyb nie było żadnej potrzeby… I tak kupią.

W ten oto sposób pozostało nam tylko jedno pianino. Czy muszę mówić, że było to pianino wymuszone, a nie wymarzone? Pianino przypadkowego wyboru? Czy muszę mówić, że było to pianino nikomu nie znanej skandynawskiej marki? Czy muszę mówić, że nikt z nas nawet blisko się nie zastanawiał nad tym pianinem, przeglądając ofertę firmy na Allegro? Tymczasem – wszystkie „topowe”, „polecane” pianina szybciutko i bez rozgłosu poszły w odstawkę…

Byłem wizytą bardzo rozczarowany. Zerowy wybór, mnóstwo straconego czasu spędzonego na grzebaniu w „koszu”, kupienie całkiem drogiego, lecz całkiem przypadkowego pianina z „przymusu”, na które to pianino w innym zestawieniu być może nikt w ogóle nie zwróciłby uwagi. Nie będę już mówił o roli sprzedawcy, o tym, na ile on pomaga kupującym, a na ile ich tylko zwodzi. „Przecież każdy chce żyć”, powtarzamy niczym mantrę, kierowani przez pseudosolidarną hipokryzję, kiedy pozwalamy innym na nieuczciwość, wiedząc, że i sami mamy swoje za uszami. Ale w końcu co mnie obchodzi ten „każdy”? Przykro mi, ale poprzez ową zżeraną przez wzajemne nienawidzenie się „zawodową solidarność” lekarzy, prawników, nauczycieli, górników, księży oraz, nie w ostatnim przypadku, stroicieli fortepianów, Polska jest tym, czym jest.

Nie mogę na zakończenie nie wspomnieć o bardzo pouczającym epizodzie, którego świadkiem byłem w trakcie oglądania pianin.

Otóż do magazynu przyjechała pewna rodzina, która chciała kupić instrument. Była mama, był tata, była córka i chyba ktoś jeszcze – cały zestaw – lecz brakowało najważniejszego ogniwa, a mianowicie fachowca. Chodzili ci państwo bezradnie wzdłuż i w poprzek garaży, jedyna grająca osoba – nastoletnia córka – siadała za każde pianino i tępo, bez wyrazu i przekonania, odbębniała ten sam kawałek filmowy, który po trzydziestokrotnym wysłuchaniu do dzisiaj brzmi w mojej głowie. To miało być „sprawdzeniem pianin”… Oczywiście, nikomu z całej rodziny nie przyszło do głowy otworzyć pianina, zobaczyć, co i jak jest w środku… Wreszcie, mama dziewczynki zapytała: „No i co, które ci się podoba?”, na co córka, która tymczasem dostała niezłego mętliku w głowie (wyobraźmy sobie sytuację, gdy próbujemy w perfumerii powąchać wszystkie dostępne perfumy, a potem wybrać jakiś jeden, który najbardziej nam się podoba… Po wyniuchaniu ilu dostaniemy biegunki mózgu? Po ilu będzie nam wszystko jedno, jak tam który pachniał?) – tak więc córka, która zdążyła już wszystko zapomnieć i na wszystko zobojętnieć, odpowiedziała: „Wszystkie brzmią ładnie, mamo”.

Nie wiem, czy ta rodzina kupiła jakiekolwiek pianino, czy nie – ale litości, tak pianina się nie wybiera!!!

Podsumowując: ani „renoma” firmy, ani lata obecności na rynku, ani wywindowane ceny pianin, ani ich zagraniczne pochodzenie, ani słynne marki, ani zgrabne opisy w internecie nie zapewnią zakupu dobrego pianina, jeżeli, po pierwsze, nie wiemy, czego szukamy, a po drugie, nie korzystamy z pomocy fachowca, który po prostu nie pozwoli nam kupić ewidentny szajs.

I jeszcze ważna rada, aczkolwiek niewiarygodnie trudna do spełnienia: starajcie się korzystać z pomocy fachowca, który nijak nie może być spowinowacony ze sprzedawcą pianin. Wiem, że środowisko jest małe, że wszyscy wszystkich znają, że „ręka rękę myje”. Tu ma miejsce dokładnie taka sama sytuacja, jak z fachowcami od samochodów, sprawdzającymi używane auta w komisach – jak pisała „Wyborcza”, nawet brat jest w stanie oszukać brata, biorąc od sprzedawcy kopertę podczas wizyty w toalecie. I na to – w przypadku pianin – nie ma żadnego sposobu. Ale niech nam starczy rozsądku choćby na tyle, żeby nie zapraszać stroiciela z najbliższych okolic – bo prawie zawsze między nim a sprzedawcą będzie istniała jakiegoś rodzaju komitywa.

Ostatecznie, spróbujcie no tylko nie kupić oglądany instrument, bo znajdziecie gdzieś coś tańszego! Może się okazać, że Wam w potrzebie nikt szklanki wody nie poda, nie sprzeda krzesełka do pianina, a wszyscy lokalni stroiciele, będąc w powiązaniu z handlarzem, solidarnie odmówią strojenia pianina, kupionego „nie tam, gdzie trzeba” – jak to się dzieje w okolicach Krakowa (historia zasłyszana).

I kto powie, że nie ma w Polsce mafii?

Gwoli wyjaśnienia: nie twierdzę, że wszyscy handlarze pianin są tacy, że nie ma godnych zaufania firm. Nie podam nazwy ani lokalizacji opisywanej firmy. Nie chwalę ani nie ganię tego, czego nie poznałem osobiście. Moje opinie nie są sponsorowane. Do mafii nie należę. Nie mam z nikim żadnych porachunków ani krzywd do wyrównania. Każdy ma prawo czynnie zasłużyć na pochlebną opinię miarodajnego serwisu, jakim jest Ars Polonica. Nie jestem ani po stronie sprzedających, ani po stronie kupujących, lecz tylko i wyłącznie po stronie pianin i fortepianów, które czasem trzeba przed ludźmi bronić.

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • g wolkenhauer/gegr 1853 stettin hoflieferant gegr 1853 (3)
  • jak sie stroi organy koscielne (2)
  • sprzedawca pianin oszust (2)
  • polecani sprzedawcy pianin i fortepianów (2)
  • dzisiaj w kaliszu otkrencic sklep (1)
  • zakup fortepianu od osoby prywatnej za granic (1)
  • wartość pianino (1)
  • sprzedawca pianin (1)
  • skandynawskie pianina kraków (1)
  • pianino dostawa cala polska (1)
  • pianina cala polska (1)
  • opinie o sprzedawcy pianin na allegro (1)
  • mam metlik otworzyć ten ciucholand czy nie (1)
  • instrumety muzyczne akordeon allegro (1)
  • ile waży złota płyta z pianina legnica (1)
  • zaufani sprzedawcy pianin (1)