Warszawska Sykstyna – unikatowy zabytek ocalały z pożogi

Dziś nietypowo – ale wciąż o sztuce, wciąż o polskiej. Ars polonica aeterna est.

W pewnym niepozornym kościele przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, tuż przy Placu Zamkowym – gdzie akurat jestem organistą i dyrektorem muzycznym – rozpoczyna się kolejny etap odnowienia zabytkowych malowideł, na które kilka lat temu ktoś natrafił pod złudną warstwą ulubionej w warszawskich kościołach „niepokalanej” bieli.

Rzecz niespotykana w Warszawie! – gdzie tak mało pozostało prawdziwych zabytków, a to, co jest, zostało już przebadane dosłownie na wylot. Podobne zjawisko, choć o znacznie mniejszej skali, miało niedawno miejsce w kościele św. Krzyża, gdzie na nowo zbudowano ostatni zniszczony podczas wojny ołtarz boczny. Innych zaś zabytkowych miejsc kultu religijnego, które mogą nas jeszcze zadziwić metamorfozą swego wystroju, w Warszawie nie ma.

Biel wnętrza mojego kościoła jest złudna – nie jest bowiem prawdziwa. Pod nią w wielu przypadkach kryje się coś może i nie doskonałego, lecz pełnego autentyzmu i kunsztu malarskiego – coś, co ktoś kiedyś postanowił raz na zawsze schować pod warstwą białej farby.

„Raz na zawsze” się nie udało – całe szczęście! – tym bardziej w Warszawie, gdzie kościelna biel sklepień często nie kryje pod sobą nic – powojenna odbudowa z definicji była wyjałowiona z tego wszystkiego, co kiedyś, przed Powstaniem, mogło stanowić tajemnicę i czekać na moment ponownego odkrycia.

W moim kościele, który szczęśliwie przetrwał Powstanie i późniejsze zburzenie miasta, malowideł mamy aż nadto. Konserwatorzy odkryli kilka warstw fresków i malowideł, pochodzących z różnych okresów.

Jednak nie zachowały się żadne dokumenty ani opisy. Dlatego często musimy interpretować jedynie to, co widzimy przed sobą. Ot, na poniższym zdjęciu widzimy namalowane architektoniczne elementy; widzimy Cudowny Medalik, widzimy przebłyskujące nad głową niebo… i na tle nieba widzimy coś, czego nie możemy zinterpretować. Nie wiemy, jaki przekaz ikonograficzny był zawarty na tle nieba. Czy było to Niepokalane Poczęcie (dzisiejsze wezwanie kościoła)? Czy była to Maryja, ukazująca Cudowny Medalik (widzimy go nad ołtarzem)? Czy może zilustrowany został moment założenia zakonu szarytek, albo scena z życia św. Wincentego à Paulo lub św. Ludwiki de Marillac (święci szaryccy)? Pozostałości oryginalnych malowideł są zbyt nikłe, zbyt źle zachowane, żeby można było jednoznacznie określić, co zawierały – nie mówiąc już o tym, żeby próbować to odtworzyć.

res-sacra-miser

Nie wiemy nawet dokładnie, kiedy polichromia w kościele została zamalowana. Natrafiono na informację, że stało się to „po wojnie” – zachowały się dokumenty o tym, że niejaka komisja w roku 1956 uznała malowidła sklepienne za pozbawione walorów zabytkowych i artystycznych. Ciężko jest przyjąć bez wątpliwości, że po wojnie, kiedy w Śródmieściu pozostały niezburzone zaledwie cztery kościoły (oraz w połowie zburzony św. Krzyż), ktoś jedną ręką budował na nowo zabytki utracone, a drugą ręką zamalowywał to, co oryginalne, co pozostało, i co – w obliczu katastrofy wojennej miasta – natychmiast stało się kwintesencją warszawskiej sztuki kościelnej.

Tu powstaje najważniejsze dzisiaj pytanie: co dokładnie widziała komisja w roku 1956? Czy były to właśnie te malowidła, których resztki możemy oglądać na powyższym zdjęciu?

Wszystko świadczy, że nie – te malowidła musiały już wówczas nie istnieć. To nie tę polichromię uznano za bezwartościową!

Pewne poszlaki wskazują, że w roku 1956 komisja mogła oglądać jedynie jakiegoś rodzaju ramki, otaczające sklepienie w całym jego obrębie. Nie chodziło o żadne malowidła, lecz o linie geometryczne, naniesione na sklepienie. Tego rodzaju „malarstwo” nie wymagało nawet sporządzenia opisu czy dokumentacji. Ale to są tylko przypuszczenia, bazujące na iście detektywistycznym śledztwie.

Przeciwko temu, że widniejącą na zdjęciu polichromię zamalowano po wojnie, świadczy również bardzo ważny fakt: pomalowane na biało ściany znajdują się również za szafami organów, zbudowanych w 1908 (dokładnie, pod koniec 1907) roku. Gdyby przyjąć, że organy na moment zamalowania kościoła już istniały, potrzeba by było karkołomnej operacji po przesunięciu organów (wraz z ich rozmontowaniem!) i późniejszym dosunięciu do ścian. O wiele prościej by było zamalować tylko to, do czego był dostęp bez przesuwania organów. Jednak ja, utrzymujący swój instrument w stanie grającym i penetrujący jego wnętrze regularnie, dobrze wiem, że ta sama biel znajduje się również w najdalszych zakamarkach, do których dostępu w sposób naturalny, bez odsunięcia organów, nie miałby nikt.

Nawet informacja o znanych remontach powojennych tych organów (1959, 1972) nie zawiera wzmianki o ich odsuwaniu, a przecież to byłby nie lada wyczyn, daleko wykraczający poza typowy „bidaremont” organów kościelnych w Polsce. Do tego, nawet jeżeli można sobie wyobrazić, że w wirze powojennej odbudowy stolicy ktoś mógł popełnić karygodny czyn zamalowania zabytkowych malowideł bez sporządzenia ich dokumentacji fotograficznej lub choćby opisu, to tym bardziej niewiarygodnym wydaje się takie wydarzenie w roku 1959 lub 1972, kiedy warszawskie „morze ruin” zostało już opanowane i powstał cały system zabezpieczenia i dokumentacji zabytków w całym kraju.

Znów przypomnę: dokumentacja nie zachowała się, co można uznać za „naturalne” w przypadku archiwów przedwojennych, lecz nijak się nie trzyma kupy w przypadku lat powojennych.

Najbardziej oczywistym wydaje się, że polichromia zniknęła podczas próby „porządkowania” kościoła przed zbudowaniem nowych organów w 1908 roku. Wówczas (lub wcześniej?) zlikwidowano stary instrument (o którym nic nie wiadomo), i pojawiła się niespotykana dotychczas okazja „wyczyszczenia” całej przestrzeni ścian i sklepień.

W przylegających do kościoła budynkach Caritas, do której należała wówczas kaplica, w 1901 roku została położona nowa granitowa posadzka. Wydaje się, że zarówno posadzka z 1901 roku, jak i organy z 1908 – to elementy jednego zjawiska – na szeroką skalę zakrojonej rewitalizacji obiektu, trwającej, ze względu na skalę i ogromny budżet, dobrych kilka lat. Dziś nie wiemy o tym nic – lecz składamy układankę na podstawie szczątkowych informacji, które mimo wszystko dotarły do dziś. A do tego, posiłkujemy się… intuicją.

Wydaje się więc, że okres „wielkiej modernizacji” 1901-1908 był aż nadto dobrym momentem, żeby cokolwiek zrobić z niechcianymi malowidłami w kościele. Więc prawdopodobnie wówczas je zamalowano. Dlaczego? Może nie były udane? Może były staroświeckie? Może raziły w „kaplicy umieralni dla ubogich”? Może uznano, że najlepszym przekazem ikonograficznym będzie – zamiast iluzjonistycznej architektury, ozdób i nieba – biel, kojarzona z białymi kornetami szarytek?

Teraz nie ma to znaczenia. Dzisiaj wszystko jest względne – czy „udane”, czy „nieudane” – poza tym, jakie to ma znaczenie, czy udane, czy nieudane jest coś, czego nie ma?! Niech najpierw będzie, a potem dopiero będziemy mogli to oceniać.
Staroświeckość i retro dziś też są w cenie – dziś nawet dwuletni telefon jest staroświecki, zaś stuletni fresk może być o dziwo aktualnym, dzisiejszym.
Nie ma już „kaplicy ubogich” ani sióstr szarytek, które wróciły do siebie na Tamkę, a w latach 60-ych straciły swoje białe nakrochmalone kornety…

Jednak w rozmowach z konserwatorami wychodzi na jaw jeszcze inna możliwość, której osobiście wcześniej nie brałem pod uwagę: malowidła mogły zostać zlikwidowane, gdyż były w bardzo kiepskim stanie. Dlaczego? Otóż do ich namalowania użyto farby olejnej, która sprawia, że sklepienie przestaje „oddychać”, a wilgoć, która przez typowy fresk wychodzi na powierzchnię, jest przez warstwę farby blokowana. Wówczas pod farbą powstają pęcherze, które potem zaczynają pękać i się łuszczyć. Wystarczy więc, że dach był nieszczelny, i w dość krótkim czasie wilgoć uszkodziła olejne malowidła, które zaczęły się samoistnie osypywać.

Jeżeli się przyjrzymy zdjęciu (powyżej), zauważymy, że w przedniej części kościoła zachowało się o wiele mniej malowideł. Myślałem pierwotnie, że ktoś celowo je zeskrobywał, po czym porzucił tę pracę i pozostały obszar polichromii zamalował „na żywca”. Jednak konserwatorzy twierdzą, że malowidła nie musiały być zeskrobywane, lecz wykruszać się same. Nad sklepieniem przedniej części kościoła mogło się gromadzić więcej wody (wilgoci), która w sposób naturalny uszkodziła malowidła. Ich stan mógł zatem być na tyle opłakany, że podjęto decyzję o zamalowaniu całości sklepienia. Wniosek z tego taki: polichromii nie zamalowano ze względu na jej niski poziom artystyczny (zachowane resztki świadczą o wręcz biegłym kunszcie malarzy!), lecz ze względu na ogrom zniszczenia i niemożliwość renowacji.

Cóż zatem zamalowano „po wojnie”? Wydaje się, że po zamalowaniu polichromii sklepienie mogło zostać „przyozdobione” liniami, tworzącymi swoiste obramowanie sklepienia. Nie były więc co sensu stricte malowidła, lecz wzory geometryczne.

Kolejnym problemem jest to, że nie wiemy dokładnie, kiedy powstało malowidło na sklepieniu kościoła, ani kto jest autorem (autorami) zarówno malowidła sklepiennego, jak i zachowanych do dziś ośmiu obrazów ze scenami z życia Maryi.

Znane jest zdjęcie (rok wykonania 1897), które ukazuje na ścianie ołtarzowej obramowanie okna z namalowanymi kasetonami i wolutami, z siedzącymi na nich aniołami. Jednak na sklepieniu, poza prostym geometrycznym ornamentem, nie znajdziemy tego, co udało się odsłonić spod warstwy białej farby dzisiaj:

res-sacra-miser-foto-historyczne

Nie można jednoznacznie stwierdzić, czy zdjęcie to zostało wykonane przed powstaniem malowideł, czy już po ich zamalowaniu. Zarówno jedno, jak i drugie przypuszczenie ma rację bytu, zaś kiepski stan zachowania malowidła sklepiennego uniemożliwia jego choćby stylistyczną identyfikację. Równie dobrze można przypuścić, że sklepienie ozdobiono polichromią po roku 1832 (uznanie przez Kościół Medalika Niepokalanego Poczęcia NMP), jak i po roku 1897 (prawdopodobny brak malowidła na zdjęciu). Niestety, fabuła centralnej części malowidła nie zachowała się, a architektura iluzjonistyczna, otaczająca centrum, nie jest wyraźnie obsadzona stylistycznie i warsztatowo. Nie wiadomo też, czy zachowane obrazy maryjne powstały w tym samym czasie i z rąk tego samego artysty.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Otóż dlatego, że potrzebujemy pomocy. Potrzebujemy świadectw z epoki w postaci wspomnień wciąż żyjących świadków oraz zdjęć.

Jeżeli zamalowanie całego sklepienia nastąpiło po wojnie (czego definitywnie nie można wykluczyć) – powinni wciąż żyć ci, którzy to pamiętają. Którzy pamiętają nie tylko sam fakt zamalowania wnętrza kościoła, ale i to, co i gdzie dokładnie zostało zamalowane, i co ukazywały zamalowane (nie tylko zamalowane, ale i w dużej części zeskrobane!) malowidła.

Każde Wasze wspomnienie, każda fotografia wnętrza, ewentualnie ślubu, pogrzebu czy chrztu, który się odbył w „kaplicy Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności” / „kaplicy hospicjum” / „kaplicy Caritas” / „kaplicy Res Sacra Miser” (podaję te hasła specjalnie – może dzięki nim ktoś skojarzy obiekt i wydarzenie?), pozwoli przywrócić jeszcze jeden zapomniany kawałek historii Warszawy, losy którego ważą się właśnie dzisiaj.

To zupełnie niesamowite, że to, co za kilka-kilkanaście lat będą oglądać warszawianie i turyści; co trafi do przewodników, albumów i atlasów architektury, kształtuje się dzisiaj i teraz, i zależy w dużym stopniu od nas wszystkich – od naszych starań, poszukiwań, naszego entuzjazmu, naszych dyskusji i naszej pracy społecznej.

Pierwotny kościół św. Teresy z Avila ss. Karmelitanek bosych od 1819 roku zaczął pełnić funkcję kaplicy Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności (stąd hasło, widniejące na dzisiejszej fasadzie – Res Sacra Miser, czyli „ubogi rzeczą świętą”) pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia NMP. Później kościół funkcjonował jako wewnętrzna kaplica warszawskiej Caritas; w latach socjalizmu – państwowego hospicjum. Kościołem opiekowały się wówczas ss. Szarytki z klasztoru na Tamce, zaś ich kapelanem w kaplicy hospicjum był w swoim czasie Jerzy Popiełuszko. Kilkanaście lat temu (1998) Caritas, urządzając sobie kaplicę w nowym pomieszczeniu, przekazała swoją dotychczasową kaplicę archidiecezji warszawskiej, która nadała d. kaplicy rangę kościoła rektorskiego (bez zmiany jego wezwania); rektorem kościoła jest obecnie rektor kościoła św. Anny, ks. Jacek Siekierski. Kościół jest też siedzibą warszawskiej parafii Kościoła Anglikańskiego.

Dziś ten XVII-wieczny kościół, unikatowy w skali Warszawy (jedyny zachowany pochówek królewski w Warszawie; jedyne w Warszawie organy Leopolda Hartmana; jedyny w Warszawie ołtarz z czterema zmiennymi obrazami ołtarzowymi) kryje się pod sztuczną klasycystyczną XIX-wieczną fasadą parawanową autorstwa Antonia Corazziego, która zakryła sobą oryginalną fasadę barokową. Kościół, przeważnie zamknięty, pozostaje praktycznie nieznany zarówno warszawianom, jak i turystom.

Dawny klasztor karmelitanek bosych w Warszawie. Kościół jest po prawej.

Dawny klasztor karmelitanek bosych w Warszawie. Kościół jest po prawej.

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • co ocalalo ze starej warszawqy (2)
  • kaplica res sacra miser warszawa szrytki (1)
  • ocalałe kościoły warszawy (1)
  • res sacra miser krakowskie przedmieście (1)
  • Stary Po??g (1)