Trochę refleksji

Stroiłem pianina czy fortepiany w wielu różnych miejscach, dla wielu różnych ludzi.

Stroiłem w wielkich miastach i małych wsiach, będących „sypialniami” tychże miast. Stroiłem w Polsce i zagranicą. Jeżeli chodzi o Polskę, niestety, w miejscowościach poniżej pewnej liczby mieszkańców, pewnego pułapu zamożności, pewnego poziomu świadomości nikt nie stroi pianin…

Stroiłem instrumenty w klasztorach, hotelach, przedszkolach i szkołach. Niestety, wobec przedszkoli i szkół jak najbardziej ma zastosowanie poprzednia uwaga, tak więc jeżeli kogoś interesuje, co to jest „wykluczenie”, to mogę podzielić się aż nadto dobrym przykładem. Dziecko ze wsi lub z miasteczka nie ma w zasadzie szans na dobry start w muzyce.

Stroiłem pianina dla dzieci i dorosłych. Dla tych, którzy grać chcieli i tych, którzy grali z przymusu. Stroiłem pianina specjalnie kupione przez dorosłych dla dzieci, a więc masakrycznie kiepskie. „Nie wiadomo, czy ‚zaskoczy’, czy coś z tego będzie”, mawiają na to zatroskani tatusie i mamusie. Wiadomo. Nic nie będzie. Żaden znany muzyk nie rozpoczynał nauki na rozlatującym się pianinie. Żaden talent nie da sobie rady w zderzeniu z kiepską infrastrukturą. To nie talent dziecka powinien walczyć z pianinem – to pianino ma wspierać i dopingować utalentowane dziecko.

Stroiłem instrumenty w rodzinach jednopłciowych i tych o zróżnicowanej płciowości. Zobaczyłem niejedno. Widziałem rodzinną przemoc i mobbing, widziałem też prawdziwą miłość. Wzorem Magdy Gessler chciałbym nieraz zacząć od ustawienia ludzi, a dopiero potem stroić ich pianino. Wiem, że wbrew pozorom zamożność i bogactwo nie mają przełożenia na lepszy stan instrumentów, na troskę o nich. Wydaje mi się, że w szczęśliwych rodzinach nawet pianina są szczęśliwsze…

Stroiłem instrument dla ambasadora i konsula, dla instytutu kultury pewnego państwa, dla attaché kulturalnego innego państwa. Dla biskupa i kilku księży. Dla jednego z obecnych ministrów i dla byłego wiceministra.

Stroiłem instrument dla doktorów habilitowanych i profesorów czy to prawa, czy medycyny, czy sam nawet nie wiem czego, bo w sumie nie powinno mnie to interesować. W domach jednych byłem „podejmowany” przez gosposię – inni zaś pytali, czy podczas leżenia pod fortepianem lub pianinem albo podczas pracy z mechanizmem nie potrzebuję czynnej pomocy z ich strony. Dla jeszcze innych było wstydem patrzeć, jak odkurzam ich pianino, choć naprawdę nie ma powodów do wstydu. Jedni uważali, że wszystko wiedzą najlepiej; drudzy słuchali mnie z szeroko otwartymi oczami i dosłownie chłonęli wiedzę. I to nie dlatego, że wiedzieli mniej od tych pierwszych.

Stroiłem instrument do koncertu topowego polskiego zespołu i na koncert jednej z czołowych polskich piosenkarek. Jeden z tych instrumentów, o ile dobrze wiem, brzmi utrwalony na płycie…

Nigdy natomiast nie stroiłem instrumentu należącego do czynnego muzyka, do muzykologa lub do nauczyciela muzyki. Nie dlatego, że oni wszyscy sami umieją stroić swoje pianina czy fortepiany, o nie…

Dlatego, że muzycy najmniej ze wszystkich dbają o swoje instrumenty. I, niestety, najrzadziej ich używają.

I to miała być błyskotliwa puenta tego postu. Ale nagle przypomniało mi się coś, czego nie mogę pominąć, a co zaburza rozkład akcentów w tekście. No cóż, finał całej konstrukcji nie zawsze jest jej kulminacją, mimo iż koncepcyjnie finałem być musi. Przypomnijmy choćby II Sonatę b-moll Chopina z „podmuchem wiatru nad mogiłami” w jej finale, lub VI Sonatę d-moll Mendelssohna, gdzie, rozdygotani emocjami pierwszej części, dosłownie ze łzami w oczach gramy w finale pozornie prostą i słodką „pieśń bez słów”, którą kompozytor zaserwował nam na pocieszenie.

***

A więc stroiłem pianino w rodzinie uchodźców, którzy uciekli z ogarniętego wojną i terrorem Donbasu. Idąc do nich, zastanawiałem się, z kim i czym będę miał do czynienia. Tak, trochę się bałem, być może dlatego, że za dużo wiem i za dobrze czuję to, co się dzieje na Donbasie. Mnie to dotyka bardzo osobiście, mimo iż nie jestem uchodźcą.

W zupełnie pustym mieszkaniu – puste szafy, szuflady, półki, regały – spotkałem przerażonych ludzi, wobec których po raz pierwszy w życiu chciałem użyć wyrażenia „dotknięci losem” bez ujęcia go w cudzysłów, bez wypowiedzenia go sarkastycznym tonem. Ludzi wyrwanych z kontekstu, pozbawionych dorobku, niepewnych jutra, nieprzygotowanych na emigrację – żonę, męża i ich córeczkę, która jako jedyna miała jakieś ciekawsze plany na przyszłość, gdyż chodziła do szkoły muzycznej.

W tym pustym, acz umeblowanym mieszkaniu, bardziej nadającym się do kręcenia serialu, niż do życia, na ścianie wisiała ogromna flaga Ukrainy, do której została przypięta biało-czerwona wstążka.

Ludzie porzucili wszystko – i z jedną torbą, dokumentami i kluczami od donieckiego mieszkania, które nie wiadomo, czy wciąż istnieje, znaleźli się w Polsce. Nie wiem, przez co przeszli, jak się tu dostali, jak wygląda ich sytuacja prawna – nie pytałem, bo zapewne tych pytań zadano im już niemało, a i nie moja to sprawa. Wiem, że otrzymują w Polsce pomoc, a za strojenie pianina zapłaciła ich kuratorka, która także pomogła załatwić bezpłatne pianino i naukę córki w szkole muzycznej.

Zapytałem ich ostrożnie tylko o jedno – czy są za Ukrainą, czy za Rosją w postaci rebeliantów. Spodziewałem się jakiejś konkretnej, nacechowanej bieżącą polityką odpowiedzi, ale ludzie odpowiedzieli mi zgodnie, bez chwili zastanowienia się – „Jesteśmy za tym, żeby nastał pokój”.

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • karolina ustarbowska grinholc (4)
  • czyszczenie klawiatury fortepianu (2)
  • przedwojenne pianino herman bostelman hamburg (2)
  • gdzie mozna wycenic stare instrumenty muzyczne (1)
  • sad w wormditt (1)
  • zabytkowa ksiazka do nauki szachow z1956r i jej wartosc? (1)