Uroki globalizacji

Jakiś czas temu stroiłem w pewnej rodzinie fortepian. Przy okazji, zachwyciłem się żyrandolem wiszącym w salonie – był piękny.

Widać było, że właścicielka jest z niego dumna. „To wenecki żyrandol”, powiedziała mi, zaś cena wskazywała na to, że to mógł być nie tylko wenecki, a i szwajcarski, a i norweski wyrób (dalej moja fantazja nie sięga).

Naprawdę wenecki? Być może. Ze smutkiem poszperałem w swojej pamięci, i przypomniałem sobie, że w Wenecji widziałem „normalne” lampy z Ikei, a w nich – „normalne” chińskie żarówki energooszczędne, tudzież ledowe. Widziałem wszędzie. Wcale mnie to nie raziło.

Jakże rzadko człowiek zwraca uwagę na to, co widzi dookoła siebie… To, co powinno go razić, przechodzi bez śladu. Nasze gusta nie cierpią, zło nie woła o pomstę, poczucie sprawiedliwości nie otwiera scyzoryka w kieszeni. Tak, wszyscy jesteśmy żabami, siedzącymi w stopniowo podgrzewanej wodzie. Jeszcze siedzimy, jeszcze nie jest za gorąco… choć w sumie rozumiemy, że woda się kiedyś zagotuje. Dlaczego? Bo to klasyka. Żaba wrzucona do wrzątku wyskoczy; żaba siedząca w wodzie stopniowo podgrzewanej nie zauważy, że się ugotowała. Tymczasem już jest bardzo ciepło, a coraz gorętsze dno zmusza do ciągłego podskakiwania. My zaś, zamiast się ratować, trenujemy podskoki.

Jak to jest, że wenecki żyrandol widuję w Warszawie, a chiński – w Wenecji? Czy wszystko jest w porządku?

Czy ktoś, kto jedzie do Wenecji, zdaje sobie sprawę, że dostaje bardzo, ale to bardzo rozwodnioną dawkę Wenecji? Że z Wenecji zostały same dekoracje, jednak nadziewane są dzisiaj chińskim globalnym farszem? Wszyscy chcemy wygody, jakiegoś „zaplecza” w postaci sieci supermarketów czy McDonald’s, sieci telefonicznej, internetu, stacji kolejowej tuż obok (to nic, że zabytkowe kościoły poszły pod kilof – „co, w Wenecji brakuje kościołów?!”), samolotu dwie wysepki dalej, wygodnych publicznych WC na każdym kroku, nowoczesnego Mestre pięć kilometrów dalej itp. Vaporetti płyną za wolno; ach, jaka szkoda! Przez to nie możemy zaliczyć tyle samo zabytków w 2x krótszym czasie, nie dostaniemy tego, co nam się należy, a przecież życie goni, a czas nagli…

Wolimy taką „odtłuszczoną” Wenecję, powierzchowną, turystyczną, bo starcia z tą prawdziwą, esencjonalną, codzienną, ciężką dla życia Wenecją moglibyśmy nie przeżyć. Bowiem atrakcje Wenecji – to tylko śmietanka na mleku, to tylko nadwodna część zupełnie nieatrakcyjnej góry lodowej, która mimo to do powstania owych „atrakcji” doprowadziła. Nas jednak nie interesuje prawda ani realizm – nas interesują tylko same wyprute z flaków atrakcje, dobrze oświetlone chińskimi żarówkami, bo jesteśmy niczym motyle fruwające od atrakcji do atrakcji, z kwiatka na kwiatek. Dla większości grupowych turystów autokarowych (wycieczki z serii „Europa w pigułce”) Wenecja sprowadza się do formuły „kebab – WC – San Marco”, ze zdjęciem na tle ostatniego i narzekaniem na koszt wizyty w tym przedostatnim.

Przesadzam? Skądże. Zapraszam do Wenecji: oceńcie to wszystko sami. Tylko spróbujcie choćby przez moment wyrzec się siebie, stać się niewidocznymi i popatrzeć na Wenecję i ją odwiedzających – czyli również na siebie – okiem weneckiego kamienia. Spróbujcie zapomnieć, że przed chwilą była Florencja, była Piza, był Rzym i Watykan z papieżem i pamiątkami na placu, że za chwilę będzie męczący powrót autokarem – powrót do bigosu i schabowego. Zapomnijcie, że kończy się wam klisza (albo karta pamięci), tak więc na utrwalenie swojej facjaty na tle kolejnych atrakcji zostało tylko kilka pstryknięć. Poczujcie, jaki to cud jest dookoła was, i jak bardzo jest on obecnie poniewierany, również przez was / nas, przypadkowo „zaliczających” ten cud w drodze od jednej do drugiej dyżurnej atrakcji, którą zaliczyć „wypada”. I tylko szkoda, że Polskibus za dwazeta tam nie jeździ…

Czy tylko ja, sięgając „Pieśni bez słów” Mendelssohna-Bartholdy, zastanawiałem się, dlaczego każda z „pieśni weneckiego gondoliera” jest minorowa, nostalgiczna, wręcz tragiczna w swym wyrazie? Niezrozumiała dla nas, pełna „dziwnych”, szokujących akcentów i wybuchów dynamicznych? Przecież Wenecja – to morze, słońce, gondole, turystyczny raj… A tymczasem być może Mendelssohn uchwycił to, co w Wenecji jest prawdziwe? Tę trudną w odbiorze prawdę? To zupełnie inne piękno – z solą na ogorzałych ustach, krwią na spracowanych, pełnych odcisków rękach? To prawdziwe życie, bez którego Wenecji by nie było?

Niewątpliwie, sama obecność Mendelssohna w Wenecji w roku 1830 była i jest oznaką globalizacji. Globalizacji wczesnej, wciąż jeszcze atrakcyjnej. Niekoniecznie sam Mendelssohn zdawał sobie sprawę z jej nieodwracalności, ze zguby ciągłego progresu / postępu, a raczej ze zgubnego postrzegania wszystkiego w kategoriach postępu lub jego braku. A tymczasem już po 16 latach od owego zachwycenia się wenecką prawdą życia przez Mendelssohna, który musiał jakoś do tej Wenecji się dostać, wyburzono kościoły i zbudowano stację kolejową w sercu miasta – tak, by następne pokolenia coraz mniej wrażliwych mendelssohnów (Feliksie, wybacz!) trafiły tu z większym komfortem.

A przecież Wenecji by nie było, gdyby jej założyciele nie chcieli się ukryć, odizolować od reszty świata, podejmując się niewiarygodnej wręcz sprawy zbudowania miasta na wodzie…

A czy ktoś zdaje sobie sprawę, że taka oto Francja przez dobrych 150 lat, aż do lat 1770-ych, była odizolowana muzycznie od reszty Europy? Że całkowicie przytomnie i świadomie broniła się przed obcymi wpływami, tworząc wspaniałe i absolutnie niepowtarzalne pomniki własnej kultury muzycznej?

I kto rozłożył opór i położył Francję na łopatki? Coraz głośniejsza i popularniejsza opera włoska. Oraz… Mozart. Mozart, który Francuzom wydawał się być łykiem atrakcyjnej świeżości, podobnie jak pierwszy McDonald’s w Afryce zapewne wydawał się „tubylcom” (przepraszam obywateli afrykańskich krajów) przejawem nowoczesnej sztuki kulinarnej. A tymczasem nie jest to ani sztuka, ani nowoczesność. Jest to globalizacja. Tak, to Mozart w roku 1763, a w ślad za nim Gluck i Haydn, przyniósł Francji muzyczną globalizację; sprawił, że Francja poluzowała sztywny od 150 lat gorset i z zacięciem wyrzuconej z klasztoru zakonnicy machnęła na wszystko ręką i łapczywie zaczęła nadrabiać „zaległości”, epigońsko naśladując Mozarta i Włochów. Podobnie jak Polska służyła była za arenę dla nieswoich wojen, tak i muzyczna Francja posłużyła polem dla bitwy „gluckistów” z „piccinnistami” o to, czyj model opery jest lepszy. Żaden nie był francuski, ale na taki „drobiazg” nikt już nie zwracał uwagi, przyklaskując a to jednym, a to drugim „najeźdźcom”. Ba, „nowymi Francuzami” zostali teraz Paer, Cherubini, Spontini, po części nawet Rossini – którzy najlepiej jak potrafili działali dla swojej nowej ojczyzny, ale którzy, zupełnie odwrotnie niż w swoim czasie Giovanni Battista Lulli, Francuz nad Francuzami – nie wyrzekli się swojej włoskiej tożsamości. Nie wyrzekli się, bo nie musieli – nikt od nich tego nie wymagał, a do tego w tamtych czasach to, co się działo w muzyce 40-60-80 lat wcześniej, uważane było za niemodne i przestarzałe. A już za chwilę kolejny Włoch, z Korsyki rodem, rękoma francuskich żołnierzy będzie narzucał światu globalizację…

Wróćmy jednak do Wenecji.

Podczas mojej tam wyprawy miałem nadzieję, że uda mi się spotkać włoskie pianina czy fortepiany. Oczywiście, nie spodziewałem się zastać Fazioli czy Borgato w każdej szkole czy świetlicy, ale już na instrumenty firmy Schulze-Pollmann mógłbym chyba liczyć. Nic z tego. Wszędzie pełno chińszczyzny; nieco rzadziej spotykają się instrumenty niemieckie czy japońskie. Owszem, nie miałem czasu ani możliwości na porządny rekonesans, ale nawet pobieżne spojrzenie ujawniło, że po dziesiątkach historycznych włoskich producentach pianin i fortepianów aktualnie nie ma choćby śladu.

Dopiero w którymś kościele udało mi się natrafić na włoskie pianino o wdzięcznej włoskiej nazwie „Furstein”, wyprodukowane przez koncern Farfisa, znany w naszej części Europy jako producent syntezatorów i nibykościelnych pseudoorganów. Pianino przeciętne, klasy naszej Calisii, czy może nawet gorsze.

Tak oto, bez względu na doskonałe i liczne przykłady swojej sztuki organmistrzowskiej, rozśpiewane operą Włochy jawiły mi się krajem bez tożsamości muzycznej; krajem, który od setek lat eksportował swoją sztukę muzyczną na cały świat, czym wybitnie przyczynił się do muzycznej globalizacji, a teraz sam został całkowicie wyjałowiony z tożsamości. Włosi nadali tożsamość muzyce światowej, ale zostali bez własnej. Tak to bywa z imperiami, które na tyle się rozszerzają i wchłaniają wszystko dookoła, że zapominają, czym są same i gdzie jest to małe, co jest tylko „ich” i niczyje więcej…

Ktoś zaraz zapyta: czyżbym odmawiał Włochom tożsamości tylko dlatego, że nie znalazłem fortepianów lub pianin jakichś niszowych włoskich producentów?

Ależ znalazłem. Znalazłem to, co pozostało po instrumencie firmy Maltarello z Vicenzy (metalową tabliczkę firmową pokazano mi na zapleczu).

mechanika_pianina_1 mechanika_pianina_2

Oto jak można wykorzystać elementy mechaniki pianinowej czy fortepianowej. Można w nią tchnąć nowe życie! Można na niej zarobić więcej, niż na sprzedaży całego fortepianu, a na dodatek uatrakcyjnić włoskie budownictwo fortepianowe, „przybliżając” je turystom. No i racja. Przecież nikt nie kupi całego fortepianu czy pianina w środku Wenecji! A te wyroby przynajmniej są autentyczne, zrobione tu i teraz, hand-made, z tradycyjnego, wręcz historycznego materiału, a nie jakieś chińskie „pamiątki” produkowane na potrzeby całego świata.

Więc nie mówię, że nie znalazłem… Ale to, w jakiej formie ja to znalazłem, mówi samo za siebie. Tak samo, jak wymownym jest pozostawienie zabytkowych organów na siłowni (rzecz jasna, mieszczącej się w byłym kościele), czy np. zamurowanie jedynych drzwi na schody prowadzące ku organom (w innym „zaadoptowanym” kościele). To są przykłady z samej tylko Wenecji. I tego nie zmieni ani arcykosztowna renowacja „La Fenice”, ani wszystkie wystawiane na okrągło najbardziej kasowe opery Verdiego, Rossiniego i Pucciniego (a, tak, „Carmen” Bizeta też musi być!), które w ogromnej swej liczbie służą jedynie praniu pieniędzy.

Jak niegdyś złośliwie powiadał pewien znawca tematu (Carl Philipp Emanuel Bach, przy okazji), „myślicie, że Fryderyk Wielki lubi muzykę? Nie – on lubi tylko flet. Myślicie, że on lubi flet? Nie – on lubi tylko swój własny flet”. Tak i Włosi. Ktoś myśli, że Włosi kochają muzykę? Nie – oni kochają operę. Czy Włosi kochają operę? Nie – kochają tylko tę operę, którą są w stanie zanucić sami. Pewien znany włoski śpiewak (mój ojciec, przy okazji) powiedział, że „nie ma narodu bardziej powierzchownego i w swej istocie niemuzykalnego, niż Włosi”. No cóż. „Wszyscy Kreteńczycy kłamią”, powiedział Epimenides (Kreteńczyk, przy okazji), tworząc słynny paradoks Epimenidesa. Musi w tym wszystkim być jakiś kompromis :)

Na tożsamość składa się nie to, co się działo w przeszłości i kto zdobył więcej „medali za zasługi przed światem”. Składa się to, czym człowiek żyje, czym tu i teraz oddycha, co z własnej woli tworzy i czym się różni od innych. Włosi mogą sprzedawać światu – i zamożniejszym turystom – jeszcze więcej muzyki operowej, ale jeżeli spod warstwy drogiej i nieodzownej opery przebija się wyjałowiona ziemia, gdzie rośnie tylko chińszczyzna, to co rozsądniejsi Włosi nadal będą robić to, co z powodzeniem robią od wielu lat – znajdą sobie na obczyźnie inną tożsamość.

Nadszedł czas na wprowadzenie zaporowych ceł i opłat klimatycznych. To podpowiada rozsądek. Serce jednak podpowiada, że lepiej nie będzie, a lansowana przez „wolny rynek” swoboda przepływu kapitału (bo przecież o kapitał jak zawsze chodzi, nie o swobodę ludzi) przeżyje nas wszystkich i pogrzebie naszą tożsamość ostatecznie.

Wenecki żyrandol odnajdziemy w najbardziej dziwnym miejscu na planecie – ale nie w samej Wenecji. Pytanie tylko, czy uznamy to za normalne.

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • akordeon naprawa skup Świdnica (2)
  • pianino olbrich glatz rocznik 1922 (1)