Prawdziwe, cyfrowe, wirtualne…

Niczym bumerang, wciąż wraca do mnie temat pianin cyfrowych, tudzież elektronicznych, tudzież (z czeska) digitalnych.

Tytułem wprowadzenia

Moja dotychczasowa postawa nie uległa zmianie i jest w dalszym ciągu aktualna. Jednak pojawiły się nowe okoliczności, które wymagają szerszego i bardziej szczegółowego rozpatrzenia. Chodzi mianowicie o to, że dziś, kiedy producenci keyboardów i „pianin” cyfrowych wciąż zawalają nas swoim przestarzałym sprzętem AGD (gdzie „pianino” zajmuje godne miejsce pomiędzy piekarnikiem a telewizorem), pojawiły się nowe technologie, a wraz z nimi – nowsze i ciekawsze zjawisko pianin i fortepianów wirtualnych. Zjawisko to jest technologicznym krokiem naprzód, przez co nabiera na popularności i znaczeniu. Stąd konieczną staje się jego analiza.

Swego czasu, słuchając „Skyline Pigeon” Eltona Johna, byłem zachwycony, że piosenka idzie nie pod akompaniament tradycyjnego dla Eltona fortepianu, lecz klawesynu. Byłem przekonany, że gra on na prawdziwym klawesynie.

Sądziłem tak dlatego, że w ZSRR (gdzie się urodziłem) od pewnego momentu było bardzo modne wykorzystanie klawesynu w muzyce filmowej, a nawet estradowej – rockowej i wszelkich gatunków popowej. Bardzo w klawesynie gustował Aleksiej Rybnikow – ten „radziecki Schubert”, melodie którego chwytają za serce, a w najbardziej banalne i radosne sytuacje filmowe wprowadzają nieuchwytną nutę tragizmu, cierpienia i powagi.

No więc w nagraniach z klawesynem zawsze było słychać wszystkie klawesynowe rejestry właściwe dla tych słynnych XX-wiecznych „meblowych” klawesynów – 16′, 8′, 4′, lutnia i ich kombinacje. To charakterystyczne brzmienie było nie do podrobienia w epoce analogowych – lampowych! – instrumentów elektrycznych. Nie było mowy o sztucznym klawesynie z syntezatora.

Nie wiem, czy w roku 1968, kiedy powstała „Skyline Pigeon”, gdziekolwiek na świecie istniały już syntezatory imitujące dźwięk klawesynu. Z pewnością zaś nie istniały syntezatory, które emitowały uprzednio nagrane brzmienie konkretnego klawesynu, czyli to coś, co dzisiaj nazwalibyśmy „klawesynem wirtualnym”.

A to, że Elton John istotnie grywał na żywym, prawdziwym klawesynie, a nie na syntezatorze (który z kolei udawał organy w tymże „Niebieskim gołębiu”), znajduje swoje potwierdzenie choćby w tym oto nagraniu live:

Dzisiaj, rzeczywiście, nie ma najmniejszej potrzeby w prawdziwym klawesynie, gdyż jego brzmienie można odtworzyć z zestawu sampli, a nawet za pomocą pierwszej lepszej clavinovy. Co innego, jeżeli klawesyn ma służyć do stworzenia niepowtarzalnej atmosfery, jak w tym klipie z Enyą:

Jednak nie da się nie zauważyć, że Enya jedynie udaje, że na klawesynie gra (jak ktoś słusznie napisał w komentarzu, „żeby grać na klawesynie, musisz opuszczać palce na klawisze”).

Problem polega na tym, że klawesyn – to bardzo drogi instrument, a do tego delikatny, więc nie można na nim grać na tej zasadzie, że „umiem coś tam na pianinie, to potrafię i na klawesynie”. Przy takim podejściu można wręcz uszkodzić klawesyn.

A co, gdyby tak całe brzmienie klawesynu nagrać i włożyć do komputera podłączonego do normalnej, szerokiej, ważonej, twardej fortepianowej klawiatury? Widoczne są same plusy, jak choćby dostępność na wyciągnięcie ręki. A na dodatek, taki „klawesyn” nigdy się nie rozstroi!

Ostatnio na youtube pojawiły się nagrania Sonat Beethovena dokonane na klawesynie. Osobiście bardzo temu przyklaskuję, jako że mało kto wie, że cały szereg beethovenowskich sonat za życia kompozytora wydano z adnotacją „na klawesyn lub fortepian”. Dotyczy to nie tylko jakichś tam najwcześniejszych sonat, ale i takich hitów, jak „Patetyczna” (w istocie, „Wielka sonata patetyczna”) i „Księżycowa” – a więc sonata, pierwsza część której została zaopatrzona we wskazówkę „senza sordini”, wykonywalną jedynie na fortepianie. Rzecz jasna – o ile gramy na fortepianie!

O tym, czy i jak wykonywać Beethovena na klawesynie (i na jakim klawesynie), można by było napisać niejedną monografię, choć z pewnych względów nikt nie chce owego tematu podjąć – ani pianiści (bo dla nich to brzmi jak herezja – „Beethoven na klawesynie? Że niby co?!”), ani klawesyniści, dla których klawesyn kończy się na wczesnym Haydnie, a już Mozarta oni nie tyle nie chcą na klawesynie wykonywać, ile… nie potrafią, bo wymaga on biegłości palców, a nie tylko „wyczucia smaków”. Z biegłością zaś palców wielu klawesynistów – jeszcze wczoraj nieudanych pianistów – ma spory problem. „Nie po to zrezygnowałam z fortepianu, by teraz na klawesynie walczyć z Mozartem”, powiedziała mi jedna z polskich klawesynistek osobiście.

Bardziej mnie interesuje to, na jakim klawesynie powstały wszystkie te przełomowe (dla naszego ucha) nagrania sonat Beethovena. Obawiam się, że na klawesynie wirtualnym. Dlaczego? Bo, po pierwsze, w trakcie poszczególnych części w ogóle nie słychać zmian manuałów i rejestrów (co zapewniłoby większą różnorodność brzmienia), a po drugie, bo prawdziwy klawesyn – kopia XVIII-wiecznego instrumentu – ze względu na brak „fortepianowego prawego pedału” wymagałby bardzo specyficznej narracji muzycznej, ów brak rekompensującej, co w nagraniu słyszymy jedynie w minimalnym stopniu (a najwięcej – w „Patetycznej”). No i po trzecie – klawesyn jako instrument zbliżony do fortepianu, a jednocześnie bardzo się od niego różniący, wymagałby zupełnie innego podejścia grającego do wykonania miejsc palcowo trudnych. Dlaczego? Przez inny sposób powstawania dźwięku, przez inną siłę i inny charakter nacisku na klawisze, przez inne zagłębienie klawiszy i w końcu przez ogromną delikatność materiałową klawesynu w stosunku do dzisiejszego fortepianu. Inaczej mówiąc, klawesyn nie toleruje rozwiązań siłowych, które często są potrzebne przy grze na fortepianie.

I tych oto spodziewanych różnic ja w tych nagraniach nie słyszę, co nie oznacza, że nie polecam każdemu zapoznania się z zupełnie nowym (a przecież autentycznym!) spojrzeniem na „od dawna wszystkim dobrze znanego” Beethovena. Osobiście, jak już włączę jedno z tych wykonań, nie mogę się oderwać od słuchania – ono mnie dosłownie hipnotyzuje. Kupuję takiego Beethovena!!!

Bardzo więc chciałbym się pomylić i ogromnie bym się ucieszył, gdyby się okazało, że jest to grane na klawesynie prawdziwym, a nie wirtualnym.

Wirtualne fortepiany

„Zakup lustrzanki nie czyni z ciebie fotografa, lecz posiadacza lustrzanki”, mawia nowoczesne przysłowie. Nie wystarczy uruchomić wirtualny klawesyn, by stać się klawesynistą. Nie wystarczy zakupić zestaw sampli nagranego zabytkowego fortepianu, by naprawdę zagrać na tym zabytkowym fortepianie.

Jakiś czas temu dostałem maila od oburzonego czytelnika, który, czytając mój post o pianinach cyfrowych, napisał do mnie tak:

tak pan jedzie po tych pianinach cyfrowych, iż odnoszę wrażenie, że miał pan styczność z jakimiś zabawkami dawno temu – zniechęcił się, i zapomniał o temacie.
załączam pierwszy lepszy filmik na YouTube, który mniej więcej reprezentuje, czego można się spodziewać po cyfrowych pianinach z najwyższej półki
(link na youtube)
polecam sprawdzić też recenzje Kawai MP11, gdzie zastosowane są prawdziwe klawisze.

Ponieważ w tamtym czasie ciągle atakowali mnie dealerzy pianin cyfrowych (umieszczając ich chwalebne opisy w komentarzach na blogu), byłem przekonany, że oto kolejny sprzedawca próbuje mnie przekonać co do „zalet” swego „pianina”. I dlatego odpisałem bardzo ostro:

Nie piszę o instrumentach nieposiadających głośników i operujących zestawami sampli, które można sobie potem odsłuchać w nagraniu i wrzucić na youtube, a które nie brzmią prawdziwie na żywo – tylko staram się pomagać ludziom poszukującym instrumentu do ćwiczenia, do ciężkiej harówy, a nie do zabawy. Instrumenty typu Nord Stage są w tym zakresie zupełnie poza tematem. Nikt jeszcze nie przygotował się na takim „instrumencie” do egzaminu w szkole muzycznej, do koncertu w filharmonii, do konkursu fortepianowego. Nikt normalny też nie nagrywa na tym czymś muzyki klasycznej – może do wypełnienia youtube śmieciami to się jakoś jeszcze nadaje, ale płyty z nagraniem takiego „parapetu” nikt nie wyda.

Polecam podłączyć do Kawai MP11 dwie kolumny i posłuchać efektu brzmieniowego na żywo, a nie w nagraniu. Będzie d***, a nie coś, co ma dobrze naśladować prawdziwe pianino czy fortepian.

Zatem proszę nie mylić pojęć i nie oczekiwać od chemika alchemii, od astronoma – astrologii, od matematyka – numerologii, od terapeuty – bioenergoterapii rezonansem kosmicznym itp. Do „zabawy w fortepian” cyfrowe ustrojstwa może i się przydają, ale żadne z nich nie wytrzyma 6-godzinnych ćwiczeń dzień w dzień przez 20 lat, bo z pewnością nie temu ma służyć.

No i mamy ponoć wolny kraj – przecież sam Pan może pisać bloga na temat dowolnego instrumentu.

Ostro, prawda? :) I już bym miał sprzedawcę z głowy, gdyby to był sprzedawca. Ale nie był.

dziękuję za odpowiedź
nie prowadzę bloga i nie mam zamiaru… moja uwaga była z sympatii… I na świeżo po lekturze większości bloga… I tam spośród wszystkich wypunktowanych wad pianin cyfrowych, długość ich użytkowania wydawała się dla mnie znikomym czynnikiem… a pozostałe wady, wciąż wydają się dla mnie bezpodstawne – mając na myśli pianina cyfrowe do nauki gry, dla kogoś kto nie chce przeszkadzać domownikom, i mając na myśli te cyfrowe pianina, które najlepiej oddają wrażenie prawdziwego pianina/fortepianu… na których to pianinach też można grać „ciszej” i nie będzie się to wiązało z regulacją głośności… po kilku latach używania będzie można przejść do prawdziwego instrumentu bez większego zaskoczenia…

czytając pańskiego bloga, odniosłem wrażenie, że pianina cyfrowe nie mogą być w żaden sposób dobre, że to tylko zabawki i strata czasu dla kogoś, kto zaczyna naukę gry…

nie chodzi mi o to, że opcja pianina cyfrowego jest lepsza (pianino cyfrowe może w najlepszym przypadku tylko naśladować pianino prawdziwe) prawdziwy fortepian to spełnienie marzeń, ale dla mnie, dobre pianino cyfrowe to całkiem dobra tymczasowa alternatywa.

No, i tutaj, zamiast linków i nazw „wysoce polecanych” modeli był szereg argumentów z całą pewnością ważnych przynajmniej dla części odbiorców. Dlatego obiecałem swemu rozmówcy, że za jakiś czas napiszę osobnego posta – nie takiego, w którym dla odmiany będę optował za zakupem „parapetów” z zestawami sampli, ale w którym rozważę wszystkie „za” i „przeciw” i odniosę się do tematu NASTĘPNEJ GENERACJI instrumentów cyfrowych – instrumentów wirtualnych.

Czym jest instrument wirtualny? Z czego się składa? Ano z komputera z dobrym procesorem i ogromną pamięcią, z wgranego do niego zestawu sampli (ewentualnie kilku zestawów sampli) i podłączoną do tego klawiaturą sterującą, którą może być również dowolny keyboard posiadający możliwość cyfrowego podłączenia do komputera.

Nie ma znaczenia, czy klawiatura jest osobno od komputera, czy z nim zintegrowana – zasada działania jest taka sama.

Czym jest ów „zestaw sampli”? Nagranym brzmieniem wszystkich klawiszy (i rejestrów, jeżeli chodzi o organy, fisharmonie, klawesyny itp.) jakiegoś konkretnego instrumentu, brzmienie którego jest na tyle ładne (ciekawe, historycznie ważne, „legendarne”, nietypowe itp.), że warto było utrwalić je cyfrowo i umożliwić granie na nim nie tylko temu, kto doznał szczęścia i zaszczytu usiąść za prawdziwy oryginalny instrument gdzieś w dalekim kraju – ale i każdemu chętnemu, który kupi za paręset euro zestaw tych sampli.

Wspaniały pomysł, prawda? Ogromna egalitaryzacja wcześniej limitowanego i niedostępnego zjawiska.

W omawiane właśnie instrumenty modelu Nord Stage wgrane zostały m.in. zestawy sampli fortepianów Steinwaya (model D), Yamahy (model C7), pianin Szwedzkiej Fabryki Fortepianów (to jest piękny patriotyczny akcent ze strony szwedzkiej firmy Clavia. Czy polskie keyboardy będą zawierać sample pianin Legnica i fortepianów Fibigera czy Sommerfelda? Do roboty, patrioci!) i kilku znanych i używanych historycznie (w muzyce rozrywkowej) syntezatorów.

Nie wiem, czy zestaw sampli fortepianu nagrywa się w wielu gradacjach dynamicznych, czy tylko w jednej (i potem zmienia się cyfrowo). Wiem, że w organach nagrywa się każda piszczałka z osobna (a jest ich zazwyczaj kilka tysięcy), a całe łączenie ich w całość następuje dopiero w komputerze, gdzie nasz zestaw sampli instalujemy. Do tego, nagranie organów jest robione zarówno z bliska (mniejszy pogłos), jak i z daleka (większy pogłos), a nawet ze środka organów; pogłos można dodać lub usunąć, poszczególne rejestry można ze sobą połączyć lub używać pojedynczo, organy można przestroić cyfrowo w dowolną z kilkunastu dostępnych temperacji…

… a potem, siedząc w domu, można zagrać na organach, dajmy na to, Katedry Notre Dame w Paryżu, albo na klawesynie, który oryginalnie znajduje się gdzieś w muzeum w Wielkiej Brytanii. Albo na fortepianie, który zachował się w pojedynczym egzemplarzu i z pewnością nie jest dostępny każdemu chętnemu.

A teraz wyobraźmy sobie, że katedrę zburzyli muzułmanie, a muzeum strawił pożar. W oka mgnieniu legendarny instrument przestał istnieć! W tym momencie ten zestaw utrwalonych sampli – to jedyna rzecz, która trwale nam zostanie po zniszczonym instrumencie. Owszem, zostaną jeszcze płyty – jednak utrwalone na nich interpretacje zestarzeją się (moralnie) jeszcze szybciej, niż zestarzeją się matryce nagranych płyt. I mielibyśmy brzmienie wspaniałych instrumentów raz na zawsze skojarzone z przestarzałą interpretacją, której już nie da się słuchać inaczej, jak pod kątem badawczym (z zakresu „historii interpretacji muzycznej”).

A tak – mamy nadal narzędzie, z którego możemy korzystać bez ograniczeń. Na od dawna już nieistniejących organach (ciągle mówię o paryskim Notre Dame – obym nie zapeszył…) możemy zagrać dowolny utwór i nagrać dowolną płytę, a jakość tego nagrania będzie porównywalna z jakością płyt nagranych naprawdę.

I jeden jedyny „szkopuł” polega na tym, że prawdziwe brzmienie tych organów, klawesynów czy fortepianów będziemy mogli usłyszeć jedynie w słuchawkach, ewentualnie odtwarzając potem nagrany przez nas plik (również w słuchawkach). Bo żaden z naszych domowych, droższych czy tańszych, mniej czy bardziej audiofilskich zestawów głośnikowych nie zapewni nam efektu obecności w samej katedrze Notre Dame. Dlaczego? Bo tam usłyszymy żywe brzmienie kilku lub kilkunastu tysięcy piszczałek, a nie brzmienie dwóch, czterech, pięciu lub siedmiu głośników (a po chwili sąsiada walącego chochlą w kaloryfer).

A sama nasza sterująca klawiatura, jak by dobrze nie była zrobiona, nie będzie nam przypominać prawdziwej klawiatury prawdziwych organów gdzieś na drugim końcu świata.

Co więc za tym idzie? Że mamy niesamowitą frajdę usłyszeć w słuchawkach brzmienie legendarnego instrumentu pod własnymi palcami – ale ani nie przygotujemy się na naszym domowym „ustrojstwie” do zagrania koncertu na organach w Notre Dame, ani istotnie tego koncertu nie zagramy – bo cóż, niektóre rzeczy można zrobić jedynie osobiście w pewnym miejscu i czasie (tak jak np. się ochrzcić – przecież nie wystarczy jedynie obejrzeć nagrania, na którym choćby sam papież kogoś chrzcił!).

A więc frajda jest, i to niemała – ale praktycznie nadal nie mamy instrumentu do ćwiczeń. Bo po wszystkich najlepszych nawet symulatorach samolotowych (i to symulatorach organoleptycznych! Innych dla każdego konkretnego modelu!) musimy się uczyć latać i sterować prawdziwym samolotem. A co mówić o jednej klawiaturce, do której podłączymy muljon zestawów różnych sampli, a przy tym nie nauczymy się sterować własnymi palcami?!

Przykładowo, kupujemy sobie zestawy sampli różnych historycznych fortepianów – na jednym z nich grał Beethoven, na drugim – Chopin, na trzecim – Liszt, na czwartym – Brahms, na piątym – Rachmaninow.

Niemal każdy z tych fortepianów będzie miał inną długość klawiszy (zarówno ramion, jak i części przeznaczonej dla palców), inną głębokość zapadania klawiszy, inny ciężar klawiszy i inny mechanizm, którym ten klawisz steruje. Beethoven i Brahms będą mieli mechanizm wiedeński (przy tym fortepian Beethovena będzie słaby, bez ramy metalowej, o cienkim korpusie; Brahmsa – w pełni masywny i wytrzymały, ale wciąż o mechanizmie wiedeńskim), zaś Rachmaninow – nowoczesny angielski. Chopin grał na Pleyelu o pojedynczym wymyku (uwaga: nie lubił Erarda z jego podwójnym, choć i nie z tego względu), Liszt – na Erardzie o podwójnej repetycji (wymyku) (uwaga: zapewne z jego muzyką nie poradziłby sobie fortepian Pleyela).

Tymczasem my ze swoją midi-klawiaturą będziemy mieli taką „repetycję”, jaką zapewni nam producent naszego sprzętu AGD i nasza „parapetowa” sprężynka. Kolokwialnie mówiąc, będzie totalna sztucznizna. I, mając do dyspozycji brzmienia tak różnych (historycznie, stylowo, praktycznie) fortepianów, na żadnym z nich nie nauczymy się grać naprawdę.

A czy nauczymy się, grając na takim „parapecie”, prawdziwej fortepianowej pedalizacji? Owszem, zestawy sampli zawierają w sobie wersję z pedałem i bez, z naturalnym pogłosem (klawesynu), z brzmieniem składowych harmonicznych – to wszystko zostało nagrane i utrwalone. Ale sterować tym trzeba za pomocą jakiegoś niedorzecznego pedałopodobnego symulatora, podłączonego nie do listwy tłumików, które dosłownie czujesz pod czubkiem stopy, lecz do wejścia USB…

A jak się nauczyć sterować lewym pedałem fortepianowym („una corda”), w którym każdy milimetr ruchu nogi daje nam zmienioną barwę dźwięku, jako że młotki biją w struny innym swoim fragmentem? Nawet, jeżeli tego typu gradacje zostały nagrane (w co średnio wierzę), to jak nauczyć się tym sterować zupełnie sztucznym urządzeniem? Przecież żaden pedał w żadnym fortepianie (czy to nowoczesnym, czy historycznym) nie pracuje zero-jedynkowo.

A do tego – coś za coś. Im więcej kupisz zestawów sampli, im większy będziesz miał wybór – tym mniej docenisz każdy z nich. Szybko zobojętniejesz i stracisz wrażenie niesamowitości. Bo, zamiast pojechać aż do Hiszpanii, żeby zagrać na prawdziwych i niespotykanych nigdzie więcej hiszpańskich organach, wystarczy, że przełączysz zestaw, a namiastkę Hiszpanii będziesz miał we własnym pokoju. Im więcej sampli kupisz, tym bardziej one stracą dla ciebie na znaczeniu – bo coś, co jest zbyt łatwo dostępne, nigdy nie będzie doceniane.

Wirtualne organy

Parę lat temu zajmowałem się instalacją nowych organów wirtualnych w koledżu muzycznym w Grodnie. Wykonawcą instrumentu była znana polska firma Magnus z Sulechowa. Specjalnie dla potrzeb uczącej się młodzieży dobrałem taką listę nagranych organów, jaka pozwoliłaby uchwycić w jednym instrumencie 90% muzyki organowej kiedykolwiek skomponowanej. Sęk w tym, że na Białorusi, gdzie większość organów – to małe kościelne instrumenty w tragicznym stanie technicznym, przeciętny człowiek nie ma żadnej możliwości wypróbowania zróżnicowanych instrumentów, wsłuchać się w ich brzmienie, zapoznać się z terminologią i budową charakterystyczną dla najważniejszych europejskich szkół organowych.

W tej sytuacji – wyłącznie w celach edukacyjnych, bo trzeba wziąć pod uwagę, że „organy wirtualne” systemu Haputwerk w Grodnie powstały nie zamiast jakiegoś instrumentu piszczałkowego, a zamiast dwóch planowanych do zakupu organów elektronicznych poprzedniej generacji (Viscount, Albhorn, Johannus itp.) – zastosowaniu najnowszych technologii należy jedynie przyklasnąć. Owszem, wybrany kontuar organowy był tak duży i rozbudowany, jak tylko możliwe (miał aż cztery manuały, co jest zupełnie niepotrzebne podczas używania jakiegoś zestawu organów starowłoskich, ale jest konieczne do „ogarnięcia” organów kościoła św. Wawrzyńca (Laurenskerk) w Rotterdamie) i odpowiadał dzisiejszym wymogom wymiarowym według amerykańskich standardów, ale nawet ja, entuzjasta i pomysłodawca takiego wyboru, byłbym niezwykle daleki od powiedzenia, że istotnie czułem się za tym całkiem wygodnym kontuarem, jak za kontuarem prawdziwych organów w Rotterdamie, Caen, Pradze, Brescii itp. Z pewnością też odczucia palców od gry na miłej w dotyku drewnianej klawiaturze nie miały wiele wspólnego z klawiaturami jakiegokolwiek wgranego instrumentu.

Jednak największe rozczarowanie przeżyłem, kiedy zdjąłem z siebie słuchawki i usłyszałem TO COŚ, co wychodzi z podłączonego do kontuaru systemu audio. Pomimo zastosowania czterech wysokiej klasy kolumn stereo, pomimo ustawienia ogólnej głośności organów na maksymalnie wysokim poziomie (tuż przed rozpoczęciem przesterowania), efekt, jaki dało się uzyskać czy to na sali (organy stanęły na scenie sali koncertowej koledżu), czy na samej scenie, nie miał wiele wspólnego ani z brzmieniem prawdziwych organów w konkretnych katedrach i kościołach, ani nawet z tym, co jeszcze przed chwilą słyszałem w słuchawkach przy wyłączonym wyjściu na kolumny.

Jednak koncertu nie słuchamy w słuchawkach – chcemy go słuchać na żywo… I tu natrafiamy na opór podłej materii.

Jest też i inny, jakże ważny dla nas, aspekt. Otóż jeden z utworów koncertu – Fantazję f-moll Adolfa Hessego (kompozytora z Wrocławia) – postanowiłem zagrać na zestawie sampli organów bazyliki w Krzeszowie. W końcu, też Dolny Śląsk…

I zagrałem, z niemałym powodzeniem.

Sęk w tym, że na prawdziwych organach w Krzeszowie, zbudowanych w połowie XVIII wieku, tego utworu zagrać by się nie dało. Dlaczego? Ano dlatego, że krzeszowskie organy mają zupełnie inne wymiary kontuaru, odległości manuałów względem siebie i względem pedału, a nawet odległości krawędzi klawiatury pedałowej od jej centrum. Kiedy te organy budowano, ludzie na świecie byli o wiele niżsi (Bach, na przykład, uważał się za postawnego mężczyznę, tymczasem jego wzrost wynosił 166 cm). Dla mnie prawdziwe organy krzeszowskie są za małe (wymiarowo – nie w sensie liczby piszczałek), więc na koncert w prawdziwym Krzeszowie dobrałbym znacznie bezpieczniejszy repertuar, niewymagający karkołomnej ekwilibrystyki bez większych szans na powodzenie.

Tymczasem, grając na współczesnym, uniwersalnym kontuarze wirtualnych organów w Grodnie, nawet nie poczułem jakiejś niespójności odczuć podczas grania Fantazji Hessego.

Więc powiem to jednoznacznie: gdybym chciał przygotować się do koncertu w Krzeszowie, nic by mi nie dało ćwiczenie programu na wirtualnych organach „o brzmieniu Krzeszowa”. Tak samo, jak i picie napoju „o smaku mango” nic by mi nie dało z pożywności i wartości odżywczej samego mango. Owszem, dowiedziałem się, jak mango smakuje, ale chyba każdy z nas, gdy po raz pierwszy dostał prawdziwe mango do spróbowania, przeżył szok, bo nie wiedział, jak się do niego zabrać…

Wróćmy do pianin i fortepianów.

Wirtualny a prawdziwy fortepian: dwa równoległe światy

Owszem, brzmienia różnych organów są na tyle różne, że ich zastosowanie w różnych utworach muzycznych ma głęboki sens. Ale czy to samo można powiedzieć o wirtualnych fortepianach?

Oczywiście, że tak. Proponuję odsłuchać plik zupełnie niezwykły (pożyczony ze strony Steffena Fahla), a mianowicie komputerowe nagranie tego samego utworu – Etiudy A-dur op. 1 nr 9 wrocławskiego kompozytora Eduarda Francka (1817-1893), ucznia Mendelssohna – w brzmieniu najpierw wrocławskiego fortepianu Traugotta Berndta (z roku 1848), a potem – to samo nagranie z użyciem brzmienia współczesnego fortepianu marki Fazioli.

Czy ma to sens? Ależ oczywiście. Namacalnie słyszymy, czym jest XIX-wieczny idiom brzmieniowy epoki późnych Mendelssohna i Schumanna, a czym od niego się różni współczesny fortepianowy etalon z najwyższej światowej półki, bliski brzmieniowym ideałom Rachmaninowa, Ravela, Prokofiewa czy Paderewskiego. Różnica jest kolosalna – nieprawdaż? – ale niejeden z nas bałby się stwierdzić, która wersja bardziej mu odpowiada. Osobiście gustuję w autentyzmie, więc dla mnie mocno niedzisiejsze brzmienie wrocławskiego Berndta (przypomnijmy – najlepszej wrocławskiej wytwórni fortepianów i pianin) w utworze wrocławianina Francka ma ogromną wartość samą w sobie.

Gwoli ścisłości – zaprezentowane nagranie jest wykonaniem komputerowym. Najpierw zeskanowało się nuty, poprawiło je w edytorze komputerowym, a potem odtworzyło się je z użyciem zestawu sampli najpierw jednego, a potem drugiego fortepianu. Przy okazji nie obeszło się bez wpadek – parokrotnie harmonie są przekłamane, bo autor opracowania nie zauważył krzyżyka albo tego, że w oryginalnych nutach był błąd druku… Ale cóż, za wcześnie jest jeszcze na wyeliminowanie człowieka z procesu interpretacji muzycznej :)

Jakby nie były dobrze nagrane i interesujące zestawy sampli wspaniałych prawdziwych fortepianów, jak dobrze by nie była wykonana klawiatura, która ma te zestawy obsługiwać, jakikolwiek system audio by nie był podłączony do komputera – nie będziemy mieli namiastki prawdziwego instrumentu.

No, może nie: namiastkę akurat będziemy mieli. Ale, grając na niej, nie nauczymy się gry na prawdziwym instrumencie. Tego brzmienia będziemy mogli użyć w nowoczesnych kompozycjach i aranżacjach, będziemy mogli sobie godzinami improwizować w słuchawkach, będziemy mogli nagrywać swoje wykonanie od razu w postaci cyfrowej (i to bez konieczności używania mikrofonów!). Z całą pewnością takie urządzenie może posłużyć niejednemu kompozytorowi podczas pracy zawodowej.

Ale nie nauczymy się grania na fortepianie czy na pianinie, mając to coś do dyspozycji. Przyjrzyjmy się wideo z youtube, które mój rozmówca mi zaproponował. Ten oto fajny chłopak, który wirtuozowsko gra, opisuje i pokazuje zalety instrumentu „Nord Stage”, tak dobrze to robi bynajmniej nie dlatego, że od dzieciństwa uczył się gry na „Nord Stage” – lecz na prawdziwym instrumencie, co daje mu możliwość świetnego operowania również i tym sprzętem, i wielu innym – ale w drugą stronę już by nie zadziałało.

A teraz czytamy opis. Jego głos słyszymy, bo został nagrany przez mikrofon, a ot brzmienie fortepianu pochodzi z nagrania cyfrowego, a nie z głośników – bo tych głośników ten wirtualny instrument nie posiada. Można do niego podpiąć jakieś głośniki – ale, gdyby to ONE miały brzmieć, cały ambaras byłby po nic – nikogo by to brzmienie nie zachwyciło.

I uwaga. Słuchając doskonałego brzmienia wirtualnych fortepianów czy organów, pamiętajmy – wzięło się ono z cyfrowego nagrania powstałego w „pokładowym” komputerze, a nie z głośników. To, że potem, podczas montowania filmu, wirtualny dźwięk podkłada się pod obraz wideo, zastępując właściwą ścieżkę dźwiękową, jest ogromną manipulacją, mającą na celu zwieść i zachwycić niedoświadczonego użytkownika.

A teraz odpowiedzmy na pytania wyrażone w mailu od mojego rozmówcy.

I tam spośród wszystkich wypunktowanych wad pianin cyfrowych, długość ich użytkowania wydawała się dla mnie znikomym czynnikiem…

Zgadza się – dla mnie też. Jednak nie można nie powiedzieć, że, o ile stuletnie pianina i do dziś potrafią nieźle grać, o tyle nikt chyba nie zakłada istnienia stuletnich „cyfraków”.

a pozostałe wady, wciąż wydają się dla mnie bezpodstawne – mając na myśli pianina cyfrowe do nauki gry, dla kogoś kto nie chce przeszkadzać domownikom,

Tu należałoby wyjaśnić, o jaką „naukę gry” chodzi. Jakże często mylimy pojęcia „nauki nut” z „nauką gry na fortepianie”. Cóż, naukę nut można mieć nie mając pianina w ogóle – mając np. skrzypce, flet czy akordeon. A można poznać nuty i w samej tylko teorii. Tymczasem, „nauka gry na fortepianie” powinna obejmować nie tylko rozpoznawanie dźwięku na oko, na słuch i na dotyk, ale i opanowanie pewnych umiejętności palcowych, których nie da się posiąść grając w słuchawkach na klawiaturze midi.

Kolejna sprawa: należałoby wyjaśnić, co ma iść za nauką gry. Weźmy przykład gitary. Czy spodziewamy się po nauce gry na gitarze, że będziemy mogli wykonywać utwory Giulianiego i Paganiniego, czy akordy do piosenek oazowych? Taki ot Władimir Wysocki nieodzownie kojarzy nam się z gitarą, tymczasem ten człek wcale nie umiał na gitarze grać – bo chyba brzęczenia trzech podstawowych akordów w na wieki wieków przyjętym a-moll nikt nie nazwie „graniem na gitarze”.

Tak samo i tu: samo wtykanie paluchów w odpowiednie przyciski klawiatury nie oznacza, że nauczyliśmy się grać na pianinie! Tu można by zainicjować gigantyczną dyskusję dotyczącą sztuki elitarnej i egalitarnej, klasycznej i popularnej, wysokiej i amatorskiej, „na poziomie akademickim” i „na poziomie umuzykalniającym” – ale chciałbym jedynie, żeby wszyscy zainteresowani przynajmniej zrozumieli zakres problematyki.

i mając na myśli te cyfrowe pianina, które najlepiej oddają wrażenie prawdziwego pianina/fortepianu…

Uwaga: „najlepiej oddają wrażenie prawdziwego fortepianu” – ten słuszny i prawdziwy wyraz musi się odnosić nie tylko do ucha z założoną słuchawką, ale i do palców pianisty. Inaczej mówiąc, możemy dać babci słuchawki i zagrać, a wysłucha ona koncertu na jakimś zjawiskowym fortepianie z dalekiego muzeum. Natomiast dla grającego pianisty (nie dla grajka, który ma pianino – pamiętamy przysłowie o „posiadaczu lustrzanki”?) równie ważne, co wrażenia słuchowe, o ile nie ważniejsze – są wrażenia dotykowe, palcowe. Pianista, jeżeli chce nauczyć się prawdziwego grania na prawdziwym fortepianie, musi ćwiczyć na prawdziwym, a nie wirtualnym, fortepianie. Tak samo jak przyszły kierowca autokaru musi praktykować na prawdziwym autobusie, a nie na symulatorze.

Jak już pisałem wyżej, żadna konstrukcja cyfrowego „parapetu” nie odzwierciedla wrażeń z gry na prawdziwym fortepianie, ani też nie wytrzyma prawdziwych ćwiczeń pianistycznych, które dla każdego pianisty są konieczne. Żadne, nawet najlepiej nagrane brzmienie, nie da nam wrażenia wielkości korpusu instrumentu. Żaden, nawet najcięższy i najlepiej zamocowany keyboard, nie pozwoli rzucić na niego wagi całej ręki od pleców do palców – i żaden najlepiej nagrany wirtualny fortepian nie da wydobyć z siebie naturalnego brzmienia zależnego od wagi całej naszej ręki. Ostatecznie, pianista nie może ciągle grać w słuchawkach – bo musi kontrolować fizyczne, nie wirtualne, brzmienie wydobywające się z fizycznego, a nie wirtualnego, korpusu fortepianu czy pianina. Słuchawki nie pomogą w tym wcale, a głośniki, jak drogie by nie były, nie stworzą efektu fizycznej obecności dużego i ciężkiego instrumentu pod palcami.

na których to pianinach też można grać „ciszej” i nie będzie się to wiązało z regulacją głośności…

Ale kto i gdzie będzie umiał ustalić ten poziom głośności, który da pianiście kontrolę nad siłą dźwięku? Kto mu powie, że to, co zostało ustawione pokrętłami, guziczkami, myszą i kursorem, odpowiada fortepianowi o długości 274 cm stojącemu na scenie sali koncertowej na 850 miejsc siedzących, wypełnionej w połowie i mającej pewny mankament, a mianowicie wzmocnienie basu i osłabienie wysokich częstotliwości?

po kilku latach używania będzie można przejść do prawdziwego instrumentu bez większego zaskoczenia…

Niezupełnie. Nauka docelowa musi się zacząć w pewnym wieku, inaczej potem nie będziemy w stanie przyswoić całej niezbędnej wiedzy i zachowań (które tymczasem przyswoili nasi rówieśnicy). To tak, jak z nauką języka obcego – najlepiej zacząć jeszcze w kołysce, bo, im dłużej zwlekać, tym bardziej obcy on będzie (i pozostanie na zawsze). Zresztą, piszę o tym, że uważam za dopuszczalną naukę dziecka na keyboardzie przez pierwsze pół roku – rok (zanim prawdziwa nauka wciąż na dobrą sprawę się nie rozpoczęła). Ale dziecko w tym wieku ma zupełnie inny zestaw zainteresowań, niż nagrane sample wspaniałych fortepianów, z którymi tyle fajnych rzeczy można by zrobić… Dla dziecka te „wypasione opcje” są bez znaczenia. Jednak jeżeli dziecko straci swoje cenne dzieciństwo na granie na nieprawdziwej, sztucznej (choćby i nazywała się „ważona”) klawiaturze, ryzykuje nigdy już nie przyswoić sobie nawyków grania na prawdziwej fortepianowej klawiaturze.

Sytuacja jest na tyle poważna, że czas to wreszcie powiedzieć. Jeżeli dwójka dzieci rozpoczęła naukę gry na pianinie jednocześnie, w wieku 7 lat – ale jedno z dzieci gra tylko na pianinach (w domu i w szkole), a drugie – na pianinie w domu, a na fortepianie w szkole – to w wieku 10 lat pierwsze dziecko będzie wobec drugiego na pozycji straconej. I może już nigdy nie nadrobić opóźnienia i strat, związanych z brakiem dostępu do prawdziwego fortepianu choćby przez godzinę tygodniowo. Już po roku-dwóch będzie słychać różnicę w poziomie gry dzieci podczas egzaminu. A więc to drugie dziecko ma szansę zostać koncertującym pianistą, tymczasem gdy to pierwsze będzie skazane na pracę w szkole!

Nawet tego typu niuanse mają znaczenie, a pianino nie stanowi pełnego ekwiwalentu dla fortepianu. A co dopiero pianino cyfrowe!

Pamiętajmy: rok życia dziecka – to 10 lat życia dorosłego! Na początku życia człowiek rozwija się znacznie szybciej, więc wszystkie rozwiązania tymczasowe mogą mieć zgubny wpływ na przyszłość. Dziecko nie może „poczekać” i „zrozumieć”!

W klasycznej nauce gry na fortepianie opcji „sample wspaniałych instrumentów, z którymi można w wolnym czasie trochę pokombinować” w ogóle nie ma. Jest to element całkowicie niepasujący do wieloetapowej i wieloletniej nauki, gdzie doprawdy nie ma niczego zbędnego (bo na nic zbędnego po prostu nie ma czasu). To, że amator w czasie wolnego wieczorku zakłada słuchaweczki i zaczyna bawić się brzmieniami – to nie jest żadna nauka gry, to jest wyłącznie zabawa z fajnym urządzeniem. To jest zabawa, która jak najbardziej jest dopuszczalna i wystarczająca w sytuacji, jeżeli naszym celem jest opanowanie „Do Elizy” i kilku przebojów z „Final Fantasy” i innych filmów – ale tym gra na fortepianie się nie ogranicza. A jeżeli dla kogoś się ogranicza (bo w życiu zarabia harując w korporacji, a za „wirtualnym fortepianem” się relaksuje), to przynajmniej bądźmy uczciwi i nie piszmy o tym, że „po kilku latach używania przejdziemy do prawdziwego instrumentu” – gdyż „wirtualny fortepian” jest celem sam w sobie, a nie jednym z etapów prowadzących do fortepianu prawdziwego.

czytając pańskiego bloga, odniosłem wrażenie, że pianina cyfrowe nie mogą być w żaden sposób dobre, że to tylko zabawki i strata czasu dla kogoś, kto zaczyna naukę gry…

Zaraz. Wróćmy do napoju o smaku mango. Czy napoje o smaku mango (skład: woda, chemia, no mango) mogą być dobre? Ależ mogą, bo mogą nam smakować. Ale korzyści odżywczych nie dadzą i prawdziwego mango nie zastąpią. Poza tym, nie nauczą obierania prawdziwego mango i przyrządzania z niego deserów. Więc cóż to znaczy „dobre”? Jeżeli jeden chemiczny napój bardziej smakuje jak mango, niż drugi – to czy jest „lepszy”? Czy może jest „lepszym oszustwem”?

nie chodzi mi o to, że opcja pianina cyfrowego jest lepsza (pianino cyfrowe może w najlepszym przypadku tylko naśladować pianino prawdziwe) – prawdziwy fortepian to spełnienie marzeń – ale dla mnie dobre pianino cyfrowe to całkiem dobra tymczasowa alternatywa.

Wirtualne bądź cyfrowe organy, pianina i fortepiany mają swoich zwolenników – i słusznie. Bo instrumenty te mają zastosowanie w zupełnie różnych sytuacjach. Fortepiany prawdziwe – w świecie muzyki poważnej; cyfrowe/wirtualne – w muzyce rozrywkowej. Organy prawdziwe – w kościołach i salach koncertowych; wirtualne – w procesie edukacyjnym i w domowym muzykowaniu. Zatem nie trzeba mówić o tym, że „fortepian wirtualny – to alternatywa tymczasowa”. Bo żadnej „wymienności” tu nie ma. De facto ci, którzy planują zostać muzykami, np. pianistami, i wiedzą, że będą musieli grać na realnych, fizycznych instrumentach, nigdy nie zainwestują w fortepian wirtualny. Ich droga zawodowa nigdy się nie zejdzie z drogą tych, którzy od początku stawiają na instrument wirtualny. Ci zaś „wirtualiści”, otrzymując całkowitą satysfakcję z używania wirtualnego fortepianu, nagrywając i odsłuchując swoją twórczość, aranżując występy sceniczne artystów popularnych itp., nigdy nie zamienią go na prawdziwy, z krwi i kości, fortepian – instrument o analogowym brzmieniu i fizycznym korpusie, w którym brakuje gniazda USB i słuchawkowego… No mango.

A wiecie, że wcale nie lubię prawdziwego mango? Ot tak. Lubię natomiast smak mango w różnych lodach i napojach. Dlatego naprawdę jestem w stanie zrozumieć, że ktoś może wybierać wirtualny fortepian zamiast prawdziwego. Jednak w dalszym ciągu mamy problem z nauką: opanujesz grę na fortepianie prawdziwym – zagrasz i na cyfrowym bądź wirtualnym. Zaczniesz od cyfrowego – i o prawdziwym możesz zapomnieć. Bo wirtuoza z ciebie nie będzie.

„Nord Stage”, zarówno jak i każde inne stage piano, przynależy do świata znajdującego się już po drugiej stronie horyzontu zdarzeń – do świata muzyki rozrywkowej, wykorzystującej w ogromnym zakresie to wszystko, co zasilane jest prądem. Wyłączcie prąd na scenie, i co zostanie z koncertu?! Jednak brzmienia stricte elektroniczne już dawno się ludziom znudziły, dzięki czemu od lat możemy obserwować powrót do brzmień tradycyjnych, jak to fortepian, orkiestra smyczkowa, organy, instrumenty dęte itp. Już Enya nie obchodzi się bez prawdziwych smyczków i harf, już Vangelis nie robi wszystkiego za pomocą swoich syntezatorów, lecz angażuję w swoje projekty najlepsze orkiestry symfoniczne… (Mythodea, 2001). Stąd powstają takie hybrydy, które jakby zatrzymały się w rozkroku – ani nie wróciły w pełni do „korzeni”, czyli do instrumentów grających bez prądu, ani nie są już wyłącznie instrumentami, w których prąd jest źródłem dźwięku i które muzykę klasyczną mają po d*** stronie.

I z tym wiąże się źródło wzajemnego niezrozumienia. Otóż świat muzyki rozrywkowej zawłaszczył sobie nazwę „piano” i definicję tego, czym owe „piano” jest. Czytając definicję „stage piano” (= „scenicznego fortepianu”), trafiamy na określenie, że jest to instrument „do wykonania muzyki na scenie, w studiu i do dokonywania nagrań” – jednak nie o taką scenę, nie o takie nagrania, nie o taki fortepian tu chodzi. Tu wszystko jest „nie takie”. To jest równoległy świat, który ma wszystkie prawa na istnienie, ale nijak się nie łączy z pierwotnym światem muzyki klasycznej, kiedy za pomocą bijących w struny młoteczków dziecko uczy się grać „Do Elizy” Beethovena lub Polonezu B-dur Chopina. Nie łudźmy się, że najbardziej wypasione „stage piano” pomoże mu w tym.

… A potem czytam w jakimś bałamutnym mailu, że gościu chce sprzedać swoje „piano”, i nie wiem, co ma na myśli i czy w ogóle rozumie, o czym pisze. Bo za chwilę może się okazać, że dla niego te moje pianina i fortepiany są jakimś przestarzałym, niezrozumiałym dziwolągiem, który wypada poza obręby jego własnego świata muzycznego.

Podobnego zawłaszczenia dokonali Hindusi z… fisharmonią. Otóż przyswoili sobie ten instrument, który, wprowadzony do obiegu przez kolonizujących Indie Anglików, zminiaturyzowany, stał się instrumentem prawdziwie ludowym, a dziś z ogromnym powodzeniem wykorzystuje się w muzyce rozrywkowej. Pomyślmy – dla ponad miliarda ludzi na świecie fisharmonia nie jest „naszym” instrumentem salonowo-kościelnym, lecz „ich” popularnym.

A „organy”? W powszechnej świadomości Polaków jeszcze parę lat temu „organy” oznaczały keyboard na prąd. Powiesz jakiemuś „tradycyjnemu” autochtonowi, że grasz na organach – to przecież nie zrozumie, bo będzie się dopytywał, „na jakich”. A przecież nie ma żadnych „jakich”! Organy są tylko jedne! – a cała reszta – to warstwa umysłowego brudu, która się dolepiła do oryginalnego zjawiska w sposób zupełnie nieuprawniony…

Tymczasem dla mnie osobiście instrumenty wirtualne mają swoją własną wartość, bardzo jednak daleką od tego, czym się zachwycają entuzjastyczni wyznawcy Nord Stage i innych tego typu wynalazków.

Dla mnie wartość poznawczą i historyczną ma samo zjawisko emulacji brzmienia konkretnych ciekawych instrumentów – czy to fortepianów, czy organów, na wielu z których być może nigdy nie będzie mi dano zagrać. Emulacja, czyli utrwalenie brzmienia danego instrumentu (za pomocą cyfrowej archiwizacji, możliwej do odczytu na bardziej zaawansowanych urządzeniach w dowolnej przyszłości – z myślą o przyszłych pokoleniach) – musi mieć miejsce nie tylko w postaci nagranych na tym instrumencie płyt, ale i w postaci zestawu sampli, na którym każdy będzie mógł zagrać (cokolwiek chce i potrafi) – kiedykolwiek, być może nawet wtedy, gdy sam oryginalny instrument ulegnie nieodwracalnej destrukcji. Gdyby takiej dokumentacji (emulacji) dokonywano przed każdym burzeniem wspaniałych organów, przed każdą ich przeróbką na nowszy, bardziej „modny” i „aktualny” wzór, przed powszechnym wyrzuceniem wszystkich klawesynów lub masowej ich przeróbki na fortepiany – ocalilibyśmy ogromne pokłady własnej kultury.

Ale wszystko jeszcze przed nami – dziś nie tylko Palmyra jest zagrożona…

Cyfrowe pianino a dziecko

Nie mogę też nie przytoczyć mojej dyskusji z pewną panią, która również postanowiła wybadać, czy rzeczywiście aż tak jestem „na nie” wobec instrumentów cyfrowych.

Mój e-mail będzie dla pana zapewne jednym z wielu podobnych. Niemniej, postanowiłam go napisać po przeczytaniu pańskiego bloga. Po pierwsze, bardzo dziękuję, że poświęca pan czas na jego prowadzenie, gdyż dla wielu osób, takich jak ja, poszukujących pianina, ale bez własnej wiedzy „jak zacząć”, jest to nieoceniona pomoc. Trafiłam na pana stronę przypadkowo, poszukując w internecie informacji na temat pianin. Mam pięcioletnią córkę, która na początku września zaczęła swoją przygodę z pianinem. Pomimo swoich pięciu lat i faktu, że w domu nie posiadamy pianina, córka dość szybko robi postępy, ma ewidentnie pamięć muzyczną i ogromny zapał do gry. Chciałam jakiś czas poczekać z zakupem instrumentu, na wypadek gdyby jej zapał opadł, ale ona gdziekolwiek tylko zobaczy pianino, od razu do niego biegnie. Lekcje ma dwa razy w tygodniu, a zapamiętuje krótkie „kawałki”, które grała wcześniej i gra je na następnej lekcji bez ćwiczenia w domu. Widać, że obcowanie z instrumentem sprawia jej przyjemność, i że jeśli tylko stworzymy jej dobre warunki, to będzie chciała grać. Dlatego podjęliśmy decyzję o zakupie instrumentu. Po lekturze pańskiego bloga nie powinnam w ogóle stawiać tego pytania, a jednak postawię, czy rzeczywiście tak ważne jest by dziecko obcowało od początku z klasycznym (akustycznym) instrumentem?

Gdyby chodziło o moje dziecko, bez wahania bym kupił prawdziwe pianino.

Nasza nauczycielka kategorycznie odrzuca pianina cyfrowe, z kolei znam dość znanego w Polsce kompozytora, którego siedmioletnia córka uczy się na fortepianie cyfrowym właśnie…

To nic nie znaczy. Córka może się uczyć na „fortepianie” cyfrowym dlatego, że tata już go miał, a nie dlatego, że specjalnie jej go kupił. Poza tym, nie orientowałbym się za bardzo na kompozytorów. Kompozytor rzadko kiedy umie dobrze grać na jakimkolwiek instrumencie. Zadania do wykonania, które stoją przed twórcą muzyki a odtwórcą muzyki, są całkiem rozbieżne. Tworzyć muzykę można i na cyfraku, i na kolanie, i w głowie – jednak odtwarzać ją trzeba umieć na konkretnym, dobrym instrumencie. I tego powinien nauczyć się wykonawca.

Ja jako osoba niemająca do tej pory doświadczenia w tym temacie czuję się pogubiona. Dlatego też, między innymi, napisałam do pana, bo pan pomimo dość jasno określonego poglądu na ten temat, wcale tak kategorycznie pianin cyfrowych nie odrzuca.

Osobiście odrzucam je definitywnie i kategorycznie, ale z szacunkiem przyjmuję wybory innych ludzi. Każda sytuacja jest inna… Ktoś zabiera ze sobą pianino cyfrowe na statek, gdzie nie będzie stroiciela. Ktoś lubi grać nocami w słuchawkach, bo nie może spać. Ktoś potrzebuje, by zagrana melodia znalazła się zapisana nutami w komputerze. Ktoś jest przerzucany służbowo z miasta do miasta… Taki „ktoś” kupuje pianino cyfrowe i ja to rozumiem. Ale w tej wyliczance nie ma i nie może być dziecka. Nikt jeszcze nie został muzykiem, mając w dzieciństwie do czynienia z samym tylko cyfrowym pianinem. Jeżeli za wszelką cenę próbujemy nagiąć rzeczywistość i wmówić sobie, że „może najdroższy model cyfraka jakoś zastąpi dziecku prawdziwy instrument” – to z góry możemy przyjąć, że z córki nigdy muzyka nie będzie, a cała rozpoczynana właśnie nauka jest na niby.

Cyfrowe pianino byłoby nam na rękę przede wszystkim z dwóch powodów: mieszkamy w bloku (temat sąsiadów, którzy mogliby mieć problem z ćwiczeniami córki), pokój córki ma zaledwie 12m2 i tak naprawdę jest tylko jedno miejsce, w którym pianino mogłoby stanąć i 140-145 cm szerokości to jest max co możemy wygospodarować. Wiem, że pianina cyfrowe mają mniejsze wymiary niż akustyczne. Biorąc pod uwagę te argumenty, czy jest jakiś cyfrowy model, który mógłby nam pan polecić?

Nie. Poza tym, przepraszam, ale argument z walką o każdy centymetr do mnie w ogóle nie dociera. Sam pochodzę z bloków i musiałem upychać rzeczy i rozbudowywać swoje meble wszerz i wzwyż, by móc cokolwiek zmieścić. Stąd wiem, że dla chcącego nic trudnego. Może by tak wymienić szafkę na węższą, albo postawić pianino w poprzek? Aczkolwiek mniejsze pomieszczenia są lepsze dla pianin, czasem stawiane są do salonów, zaś ćwiczenia odbywają się kosztem rodzinnego telewizora… Wszystko da się zrobić.

Czy jednak, mimo wszystko, powinniśmy szukać pianina akustycznego? Czy w ogóle takie węższe (ok 140 cm) istnieją?

Zapewne tak. Mimo to, znalezienie konkretnego węższego pianina może sprawić trudność, bo nikt nie ewidencjonuje pianin wg długości ich klawiatury. Nie ma takich rejestrów, ani też nie ma takich praktyk, by tworzyć pianina nie tylko wg ich wysokości, rzetelnie notując każdy centymetr, ale i według szerokości. Trzeba by było chodzić z miarką przy każdym pianinie i je mierzyć.

Bo jeśli tak, to moglibyśmy ewentualnie rozważać taki zakup. Budżet – na blogu czytałam, że przeciętnie kupowane używane pianino kosztuje ok 4500 zł, my możemy przeznaczyć taką kwotę, a nawet dwa razy tyle, jeśli byłaby taka potrzeba. Natomiast, jak wspomniałam, ogranicza nas głównie miejsce. Większość pianin, jakie widziałam, ma około 150 cm. Bardzo proszę o wskazanie mi chociażby kierunku poszukiwań.

Można się wybrać do salonu sprzedawcy pianin i osobiście zmierzyć każde pianino, po czym spośród kilku wytypowanych wybrać to lepsze. Można (w niektórych przypadkach) poprosić o to samo sprzedawcę osobiście. Można, oglądając pianina w internecie, zwracać uwagę na pianina o 85, nie 88 klawiszach, a przy tym brać pod uwagę te, które po obu stronach klawiatury mają wąskie baczki. Jednak to wszystko jest jałowe. To tak, jakby założyć, że chcemy kupić pomarańczowy samochód. Dzwonimy do komisów i pytamy, czy mają jakiś… Przeglądamy całe otomoto i sprawdzamy, czy gdzieś taki jest. Okazuje się, że owszem, gdzieś jakiś jest – ale czy warto go kupić??? A może to ruina? Obrane kryterium – pomarańczowy kolor – jest raczej ostatnim kryterium, które należałoby wybrać podczas zakupu samochodu…

I o rozwianie moich wątpliwości do kwestii pianina akustycznego vs cyfrowe. Czy rzeczywiście na tym etapie nie znalazłabym jakiegoś lepszego modelu pianina cyfrowego, które byłoby dobre dla mojego dziecka?

Osobiście uważam, że przez pierwszy rok nauki dziecko, zwłaszcza tak małe, może korzystać z „pianina” cyfrowego – i to niezależnie od widzimisię nauczyciela. Ale czym innym jest granie na już posiadanym keyboardzie (najczęstszy model sytuacyjny w praktyce), a czym innym – świadomy zakup takiego sprzętu. Keyboard kupuje się nie po to, by przez rok mieć w pokoju więcej wolnych centymetrów – lecz po to, by w przypadku niepowodzenia nauki muzyki było go łatwiej sprzedać (lub schować na pawlaczu).
A co będzie po roku? Jeżeli nie planują Państwo przeprowadzki lub przemeblowania, problem powróci.

A może istnieje jakiś mniejszy, zgrabny model pianina akustycznego, którym warto się zainteresować?

Istnieją różne modele, w tym miniaturowe, bez „nadbudowy” nad klawiaturą (tzw. pianina okrętowe – ang. „spinet”), ze zmniejszoną liczbą klawiszy itp. Jednak im mniejsze pianino – tym gorszy wydaje dźwięk. „Pianina okrętowe” produkowało się po to, by marynarze na łodziach podwodnych mogli je tam sobie wstawić. A nie po to, by zachęcić dziecko do ćwiczeń.

Poza tym, jak już pisałem – dla wszystkich ważna jest wysokość pianina, nie szerokość. Miniaturyzacja zaczyna się od tego, że pianino ulega obniżeniu, a dopiero potem dochodzi zmniejszenie innych parametrów (szerokość czy głębokość). Nikt nie produkował i nie produkuje pianin wychodząc z założenia, że zostawiamy jego normalną wysokość, a zmniejszamy szerokość. Nawet, jeżeli takie pianina powstawały (a zapewne powstawały), było to kwestią przypadku, a nie żadną specjalną linią modelową. Toteż szukanie takich pianin musi się odbywać z miarką w ręku wg opisanego wyżej schematu.

(Na powyższą odpowiedź miła pani – mama pięcioletniej córeczki – nic mi nie odpisała. Widocznie, nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Nie powiem, żebym specjalnie lubił swój czas wolny tracić na pisanie na Berdyczów…)

Posłowie

No i na deser – przypadek z ostatnich dni.

Przychodzę stroić pianino. Jego właścicielka kilka lat temu myślała, że „postawi na nowoczesność” – zamiast utrzymywać przy życiu używaną w dzieciństwie „Calisię”, kupiła sobie drogie i nowoczesne pianino cyfrowe. Masywne, z ważoną klawiaturą.

Przez kilka pierwszych lat wszystko było dobrze – do momentu, kiedy pani usiadła za starą Calisię i z przerażeniem stwierdziła, że nie jest w stanie nic na niej zagrać: palce odmawiają posłuszeństwa i to pomimo regularnego grania na ważonej klawiaturze.

A potem zaczęły się rzeczy niepojęte – pianino cyfrowe zaczęło… kaprysić. Raz tak grało, raz inaczej, raz odzywało się za mocno, raz za cicho. (Normalnie doświadczenie każe mi wątpić w takie „opisy” – ale pani sprawdziła jakość strojenia całkiem zgrabnym wykonaniem Walcu h-moll Chopina, po którym od razu uwierzyłem we wszystko, bo to był prawdziwy walc Chopina.)

Więc pani doszła do wniosku, że minie jeszcze parę lat – a ona się oduczy grać całkowicie. Pianino cyfrowe – coś, co miało zastąpić jej pianino akustyczne – okazało się chybionym rozwiązaniem, które się zupełnie nie sprawdziło.

I dlatego do łask wróciła skromna Calisia, która przynajmniej nie udaje, że jest pianinem.

***

Nie mam, drodzy Państwo, więcej argumentów. Moim największym argumentem jest moje własne doświadczenie wykonawcze i moja praktyka stroicielska, polegająca nie tylko na poznawaniu i strojeniu kolejnych pianin, ale i na rozmowach (i korespondowaniu) z różnymi ludźmi, którzy przekazują mi własne doświadczenie.

Kupić można dowolny instrument – akustyczny, cyfrowy czy wirtualny. Ważne jest wiedzieć, po co chcemy go kupić i co będziemy z nim robić. Osobną kwestią jest nasza odpowiedzialność za wybór dokonany w imieniu dziecka – wybór takiego czy innego instrumentu potrafi mieć wpływ na cały dalszy jego los. Rodzic naprawdę odpowiedzialny nie powinien podejmować takiego wyboru pochopnie.

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • ocenia wartość antyku (5)
  • ernst fischer hoflieferant lichtenberg breslau price (1)
  • Ernst Fischer Hoflieferant Lichtenberg Breslau как узнать год (1)
  • Kto stroi pianino? jak się nazywa taki zawód (1)
  • Oddam za darmo alegro dzsiaj (1)
  • odpowiednio naciagnie struny w fortepianieha haslo do krzyzowki (1)
  • пианино Breslau Graugott Berdnt (1)
  • пианино ernst fischer breslau lichtenberg hoflieferant (1)