Liczba wyświetleń: 1 200

Skąd się biorą utwory organowe?

„Z księgarni” lub „z biblioteki”, ktoś powie i będzie miał rację.

Ale w księgarni czy bibliotece najczęściej możemy kupić lub wypożyczyć utwory już przez kogoś odkryte, upublicznione, wydrukowane.

Jeżeli zechcemy kupić w księgarni utwory organowe Carla Loewego, wszyscy wzruszą ramionami. Nikt nigdy o czymś takim nie słyszał.

Jeżeli udamy się do Książnicy Pomorskiej w Szczecinie i zapytamy o to samo, usłyszymy rezolutną odpowiedź, że „wszyscy się o to pytają, ale niczego takiego w ogóle nie ma”.

Kiedyś w pewnych XIX-wiecznych nutach natrafiłem na organową Fugę Es-dur Carla Loewego. Dlaczego nikt inny, pomimo upływu dobrych 160 lat, nie natrafił na to samo? A jeżeli natrafił, to dlaczego przeszedł nad tym obojętnie?

Poszukując organowych dzieł Loewego, nie wystarczy zapytać o nie w księgarni lub bibliotece. Trzeba poruszyć Ziemię, żeby coś takiego zdobyć. Trzeba przede wszystkim uważnie przejrzeć wszystkie dostępne utwory Loewego. Wierzyłem, że ma to sens, kiedy rozpoczynałem przeglądanie jego oratoriów i zachowanych utworów kościelnych.

Nagle – stop. Oratorium „Die Festzeiten” („Czasy świąteczne” lub „Pory roku liturgicznego”) zostało wydane w postaci wyciągu. Fortepianowego? NIE! Organowego. Przeglądam utwór od końca do początku (tak łatwiej natrafić na coś interesującego). I nagle – prezent od niebios. Oratorium rozpoczyna się od instrumentalnej introdukcji – niewielkiej, bo zaledwie na jedną stronę. Ale jest to samodzielny, kompletny, ukończony utwór, który tutaj występuje w postaci transkrypcji organowej, dokonanej przez samego Loewego! To sam kompozytor opracował jego wersję organową, co więcej, wyposażył ją w kilka wskazówek rejestrowych, odnoszących się do starych katedralnych organów w Szczecinie. Oznaczył zmianę manuałów i użycie pedału. Sam Loewe umiejscowił ową introdukcję w swoim kościele, na swoich organach.

Ale to nie wszystko. Po pierwszym przegraniu utwór porywa swoją niemalże genialnością. Nastrojowy, klimatyczny, bardzo romantyczny w wyrazie, a przy tym skupiony i jakby celowo zdrętwiały – gdyż w oratorium odpowiada za muzyczną ilustrację Adwentu. Skomponowany w lirycznym z ładunkiem dramatyzmu, mendelssohnowskim e-moll. „I tylko szkoda, że taki krótki”, myślałem sobie, sceptycznie oglądając wydrukowaną kartkę. Krótki?! Zależy, z czym porównać. Niedługo później okazało się, że w moim własnym wykonaniu ta jedna strona muzyki trwa niemal 10 i pół minuty! W ten oto sposób odkryłem chyba najważniejszy utwór organowy Loewego – więc nic dziwnego, że po pół roku po tym odkryciu trafił on – jako jedyny utwór Loewego – na moją płytę „Arcydzieła szczecińskiej muzyki organowej”.

Płyta nagrana, ale badania nie są skończone. Kłębek Ariadny prowadzi w coraz to dalsze zakamarki labiryntu.

W pewnym katalogu utworów organowych znalazłem przy nazwisku Loewego skąpą, enigmatyczną wzmiankę – „Vorspiel (preludium) C-dur”. Ani opusu, ani roku, ani wydania. Zacząłem szukać… i po dłuższym czasie natrafiłem na okładkę pewnej niemieckiej płyty długogrającej (LP), nagranej przez Wilhelma Krumbacha, niemieckiego organistę. Jeden z nagranych utworów – to właśnie Vorspiel C-dur Loewego.
Krumbach już nie żyje, zaś płyta jest nie do zdobycia. Nie wiem, jak utwór brzmi, ani skąd się wziął. Niemniej, od tego momentu poszukiwany utwór na dobre utrwalił mi się z nazwiskiem Krumbacha.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy w pewnym momencie natrafiłem w internecie na zbiór niemieckiej muzyki organowej, zredagowany właśnie przez Krumbacha! A w nim – co za przypadek – widnieje „Vorspiel” Loewego. Nuty były do zdobycia, choć kosztowały niemało – całe 20 euro za niewielki zeszycik.

„No – sobie myślę – złapałem srokę za ogon”. Można już nie szukać starego winyla, wystarczy zapłacić, a poszukiwany utwór sam do mnie przybędzie.

Zapłaciłem, odczekałem, dostałem nuty. Otwieram od tyłu… W posłowiu – krótkie nutki o kompozytorach, czyje utwory są w zeszycie. Oto i Carl Loewe. „Das Praeludium C-Dur schrieb er für ein Album…”. Pięknie, pięknie. Niech będzie „Praeludium”, co oznacza dokładnie to samo, co „Vorspiel”. Grunt, że jest C-dur – a więc chodzi o utwór z katalogu, w którym z pewnością umieszczono go w oparciu o starsze wydanie Krumbacha. Zaraz wszystko dopniemy, zaraz zamkniemy sprawę.

Powoli wertuję kartki nut do przodu, nie patrząc na nazwy ani na nazwiska. Upajam się nieznaną muzyką, próbuję zgadnąć, czyje utwory po drodze mijam. Zastanawiam się, czy odgadnę – który to Loewe?

I raptem… kubeł zimnej wody. Cóż to przede mną?! No nie – natrafiam na… Introdukcję do „Die Festzeiten”! To TO jest owe poszukiwane Preludium! No ale skąd deklarowany C-dur, skoro nadal jest to e-moll, z krzyżykiem przy kluczu?!

„Tajemnica owa wielka jest”, powiadają Rosjanie. Nie wiem, kto sprawił, że utwór w niedwuznacznym e-moll został w posłowiu wydania opisany jako w C-dur, i tak potem koczował na płytę (! – nagraną przez Krumbacha, który, co jak co, ale tonacje rozróżniać musiał!) i do katalogu. Ale okazało się, że, zamiast nowego utworu organowego, potwierdziłem stary, który dopiero co sam odkryłem.

Co ciekawe, Krumbach nie miał świadomości, że ów utwór Loewego jest introdukcją do oratorium kościelnego. Nie miał wglądu w oryginał z jego rejestracją. Dla niego ten utwór był po prostu „preludium”, skomponowanym z okazji planowanego wydania, poświęconego pamięci słynnego organisty i kompozytora Christiana Heinricha Rincka (1770-1846). Swoim zamiarem Loewe osobiście potwierdził, że uważał tę introdukcję za samodzielny utwór organowy. Choć w późniejszej wersji zaszły drobne kosmetyczne zmiany, 95% muzyki późniejszego Preludium „pamięci Rincka” wiernie trzyma się postaci znanej z organowego wyciągu oratorium.

I tylko nadal pozostają pytania: skąd się wziął C-dur w trzech różnych opisach i co zostało nagrane na płytę? Cóż, z biegiem czasu zapewne znajdę odpowiedź…