Opowieść wigilijna

Mama od lat pracuje i mieszka w Wielkiej Brytanii, ale przyjechała w odwiedziny na święta do Polski, na Podlasie. Dorosłe już dzieci postanowiły sprawić mamie niecodzienny prezent…

Otóż mama za dzieciństwa grała na pianinie i co jakiś czas dzieciom o tym opowiadała. W domu jednak żadnego instrumentu już nie było. I któregoś razu – właśnie teraz – dzieci (nie napiszę “dzieciaki”, bo to nastolatkowie) postanowiły kupić mamie pianino. Nie wiem, za ile – zapewne możliwie tańsze, choć w tym przypadku nie musiało to mieć znaczenia. Na budowie pianin żadne z rodzeństwa się nie znało, lekturą internetu nikt sobie głowy nie zaprzątał; ani w najbliższej okolicy, ani w promieniu dziesiątków kilometrów nie było i nie ma żadnego stroiciela, który chciałby nie tyle pojechać, sprawdzić i wybrać pianino, ale choćby banalnie skonsultować młodych ludzi, jak i czego szukać. Więc, jak sądzę, kupili oni pianino, które jako-tako ładnie wyglądało, z przodu łypie Beethoven czy inny Chopin, a poza tym było w zasięgu ręki, czyli w tej samej miejscowości. Szybko i skutecznie. Cóż, “wymarzona” sytuacja…

A więc mama przyjechała i znalazła we własnym pokoju ubrane w czerwone kokardki pianino – prezent na gwiazdkę. Oczywiście, rozczuliła się do łez, ale w tym konkretnym przypadku łzami niewiele zdziałasz – pianino wymagało “dostrojenia”, gdyż żaden z przypomnianych sobie utworów nie brzmiał, jak powinien.

I tu zaczęły się gorączkowe poszukiwania stroiciela – gdyż święta są tuż tuż, a zaraz po sylwestrze mama wracała do UK.

I tak oto zjawiłem się na miejscu, gdzie zastałem sytuację, w której jeden stroiciel zasugerowałby zezłomowanie durnego mebla, drugi zaproponowałby remont generalny o wartości wielokrotnie przekraczającej wartość samego pianina, trzeci po prostu odmówiłby pracy.

Ja natomiast wczułem się w sytuację i w swoją rolę. Zobaczyłem determinację u właścicielki – ona nie da się zmarnować tak pięknemu prezentowi od dzieci. Nieważne, jak to pianino będzie grało, ono zostanie z nią na zawsze.

Tak więc trzeba było robić i nie narzekać.

Pianino zostało wyprodukowane przez niszową, lokalną niemiecką wytwórnię Franz Geissler z Zeitz w okresie 1915-1922. Sama firma działała w latach 1878-1931. Mechanizm pianina, aczkolwiek posiada sześciocyfrowy numer seryjny, nie jest oznaczony nazwiskiem producenta, w związku z czym nie da się przywiązać numeru do żadnej znanej wytwórni, żeby datować pianino dokładniej. Kwestię komplikuje m.in. I wojna światowa, kiedy większość firm zaprzestała produkcji, a znaczna część uległa likwidacji, oraz okres powojennej hiperinflacji, kiedy normalne funkcjonowanie handlu i przemysłu było niemożliwe. Tak więc roboczo można przyjąć datę “ok. 1920”, licząc na to, że w przyszłości będą znane kolejne instrumenty Geisslera, o innych, lepiej poddających się datowaniu numerach, co za pomocą datowania “krzyżowego” pozwoli uściślić rok produkcji również i tego pianina.

To, że fabryka jest wciąż “Hof”, czyli nadworna, nie determinuje niczego, czyli w tym przypadku pochodzenia pianina sprzed upadku monarchii. W wytwórni mogły pozostać niewykorzystane ramy odlane wcześniej…

A to już jest ciekawe: numer seryjny pianina (powtarzany również na elementach drewnianych) jest wytłoczony bezpośrednio na żeliwnej ramie.

Pianino – cóż – było w strasznym stanie. Płyta rezonansowa miała kilkanaście pęknięć, z których część była już kiedyś przykręcana. Pozostałe szpary były tak duże, że nie było nawet mowy o ich sklejeniu. Na dodatek, pianino pozbawione było kółek i stało na postawionych na cienkim boku kawałkach drewna, co w zasadzie wykluczało odsunięcie go od ściany i zajęcie się rezonansem od tylnej strony.

Ach te koszmarne luźne deski rezonansu, które ktoś kiedyś próbował scalać śrubami…

A to już nowsze pęknięcie, tuż nad mostem basowym – którego nikt scalać nie próbował.

Ukradzione były nie tylko kółka, po których namacałem pozostałe otwory od spodu nóg. Nie było ani gałek mocujących mechanizm od góry, ani śrub mocujących go do ramiaka.

Kołki były skorodowane, a pod klawiaturą były mysie gówienka i zniszczenia wyrządzone przez mole. Część widełek mechanizmu była uszkodzona mechanicznie, w części sparciał kaszmir.

Brzmienie pianina – jeżeli te dźwięki można w ogóle było nazwać “brzmieniem” – przede wszystkim wskazywało na to, że płyta rezonansowa rezonuje niczym rozbita beczka, a tłumiki nie działają niemal wcale – i nie chodziło tu o brak mocowania mechanizmu: ktoś je niemiłosiernie powyginał.

Z suchości poluzowana okazała się większość śrub i wkrętów – zarówno w konstrukcji “meblowej”, mocowaniu ramy, jak i w elementach mechanizmu.

Po oczyszczeniu pianina, podstawowym odrdzewieniu kołków i dokręceniu wszystkich, jakie tylko było można, śrub i wkrętów, postanowiłem zawalczyć o zlikwidowanie brzydkiego rezonansu. Z góry muszę powiedzieć, że to się udało połowicznie. Tradycyjnie skleić mogłem jedynie drobne szczeliny. Szpary, które były kiedyś “ratowane” poprzez wkręcenie śrub, rozeszły się jeszcze bardziej, i musiałem tam, gdzie była taka możliwość, wstawić szpany, a dopiero potem kleić. Tak samo musiałem kleić płytę rezonansową do bocznych ścian korpusu. Na całość prac zużyłem naprawdę sporo kleju, a tam, gdzie tego nie wystarczyło, włożyłem kliny pomiędzy ramą a rezonansem. Ostatecznie poziom basu pianina istotnie się zmniejszył, ale też zmniejszył się poziom chrypki i bzyczenia (a raczej dźwięku, który powstaje po położeniu na struny fortepianu gazety). Liczę na to, że po całkowitym wyschnięciu kleju jakość dźwięku poprawi się jeszcze bardziej – nie byłem jednak w stanie tego się doczekać, jako że i tak praca przeciągnęła się do 23.30.

Czyżby pan Piechota był ostatni, kto zajmował się pianinem 10 stycznia 1948 roku?

Skleiłem i przymocowałem również nutnik, który ktoś próbował zamocować zbyt grubymi wkrętami, które rozsadziły cienkie i delikatne, a przy tym wysuszone drewno po obu stronach pulpitu. Zamocowałem mechanizm, stosując w zastępstwie brakujących gałek i śrub rozwiązania zastępcze. Po dokręceniu śrub musiałem na nowo ustawić wszystkie młotki. Wyregulowałem tłumiki i działanie obu pedałów.

Strój pianina przedstawiał sobą plątaninę dowolnie rozstrojonych chórów, z których przebijało jednak ostatnie, nie wiadomo kiedy przeprowadzone strojenie na wysokości zbliżonej do kamertonu 440 Hz. Ponieważ, mając na uwadze olbrzymie wysuszenie pianina, wcale nie byłem pewien stopnia uszkodzenia strojnicy, zdecydowałem się nieco obniżyć strój do wysokości a1 = 423 Hz. Na szczęście, na nowej, łatwiejszej dla utrzymania stroju wysokości wszystko dało się nastroić bez konieczności czy to dobijania kołków, czy wkładania forniru. Struny, popuszczone uprzednio nieraz o sekstę czy o kwintę, utrzymały strój i po nastrojeniu całości, i po dynamicznym sprawdzeniu, i po ostatecznej drobnej korekcie. Byłem nawet gotów do usunięcia po jednej struny z każdego chóru (na szczęście pianino nie posiadało łączonych strun), ale, po zbadaniu rozstrojenia każdego chóru, odkryłem, że nie ma prawidłowości, kiedy rozstrojeniu ulega ciągle ta sama struna w każdym – lub co drugim – chórze (co wskazywałoby, że dany rząd kołków tkwi w miejscu pęknięcia strojnicy). Oznaczało to, że najgorszych dla strojnicy uszkodzeń – a przy tym niewidocznych, jako że strojnicę przysłania rama – w pianinie raczej nie ma.

Jest więc szansa, że pomimo drastycznie uszkodzonego rezonansu pianino nie będzie sprawiać większych kłopotów, a cały podjęty wysiłek nie zostanie zmarnowany. Najgorsze bowiem jest wtedy, gdy wszystko jest na nic. Podczas tego typu prac nie ma nikogo, komu bardziej, niż mnie, zależałoby na ich powodzeniu! I nie chodzi tu o zapłatę. Chodzi o to, że jedynie sukces w postaci odratowanego, uruchomionego pianina jest w stanie okupić ten nierzadko ogromny wysiłek, który trzeba z siebie dać. Nikogo tak nie cieszy każdy nastrojony chór, każdy ładnie brzmiący akord, każdy precyzyjnie, pięknie i bezszelestnie działający pedał, mechanizm, klawiatura – jak mnie. Dla właściciela pianina to zazwyczaj kwestia pieniędzy, ale, mimo iż chodzi o jego instrument, nie odczuwa on radości tych wszystkich drobnych zwycięstw, które towarzyszą mojej pracy nad dziesiątkami i setkami elementów tej niesamowitej układanki, jaką jest pianino czy fortepian. Nie odczuwa, bo po prostu spodziewa się słusznych wyników! – chyba że towarzyszy mi przez cały czas pracy, widząc wszystko, co robię, słuchając każdego komentarza i każdej na głos wypowiedzianej uwagi, jak to się zdarzyło kilka dni temu przy innym pianinie. Ale tu właścicielem pianina był lekarz, który rozumiał, co czuję. I na końcu usłyszałem komplement: “Dziękuję, że nie traktuje pan tych wszystkich instrumentów rutynowo”.

No i przejdźmy wreszcie do kotletów konkretów 🙂 Oto filmik ukazujący brzmienie pianina przed pracą i po pracy. Zachęcam przy okazji do subskrypcji mojego kanału.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *