Stary człowiek i może

Co może?
Może wszystko.

Może np. w wieku 83 lat posiadać 30 uli z pszczołami i – zamiast zadbać o to, co się stanie z nimi po tym, jak biologia zrobi swoje, walczyć z sąsiadami o prawo do posiadania. I będzie tak, że od biologii jednej żywej istoty zależy biologia tysięcy innych żywych istot.

Może w wieku 80+ wziąć sobie pieska, bo doskwiera samotność. Po kilku latach człowiek umrze ze starości, a niestary jeszcze piesek umrze z głodu. Ale przecież kultywowane normy społeczno-kulturowe każą nam sądzić, że komfort starszego pana jest ważniejszy od życia pieska, prawda?

Może w wieku 85 lat przejechać samochodem rodzinę. Bo już nie widzi, nie słyszy, jeździ na czuja i nie wie, że zmieniły się znaki drogowe. Zresztą, nie skojarzyłby połowy znaków drogowych, jako że w czasach, gdy zdawał na prawo jazdy, nie było ich jeszcze w kodeksie.

Ale – wystarczy choćby najdelikatniej zadać pytanie, dlaczego starsza osoba miałaby uzależniać od siebie bezpieczeństwo, zdrowie i życie innych, jak w całej Polsce podnosi się larum: bo „ma prawo”, bo „wara ci od staruszków”, bo „dożyj tyle, co on, to wtedy zobaczymy”. Skowyt „obrońców starości” jest absolutnie niezrozumiały, gdyż w każdym innym przypadku ci sami ludzie zlinczowaliby łajdaka, który przejechał rodzinę, zagłodził pieska lub zagazował pszczoły.

Skąd się bierze takie rozczulenie się nad starością?

Jeszcze do niedawna myślałem, że przyczyną jest ogólne rozczulenie się nad ubogimi, pokrzywdzonymi, słabymi, nieszczęsnymi, dotkniętymi losem, w myśl słów Jezusa o błogosławieństwie ubogich w duchu, smutnych, cichych, łaknących, miłosiernych i czystych.

Mało kto wie, ale w tych słowach zawiera się jedna z najważniejszych prawd prawosławia, która to prawda rzutuje na całe postrzeganie świata przez jego wyznawców. Dziwnym zbiegiem okoliczności Polska i tutaj woli należeć do świata Wschodu („russkij mir”, hehe), że robi sobie fetysz z tych akurat słów Jezusa. A przecież akcenty rozstawione w katolicyzmie są nieco inne…

Ale niedawno, strojąc pianino w domu staruszka, dostrzegłem całkiem inny wymiar problemu.

Ci zawsze-oburzeni-obrońcy starości – obrońcy przed zdrowym rozsądkiem, no bo bronić „cichych” i „ubogich w duchu” zdroworozsądkowo się nie da; można ich bronić jedynie emocjonalnie – tak naprawdę uciekają przed gigantycznym problemem trapiącym nasze społeczeństwo. Uciekają przed samotnością ludzi starszych. Samotnością, która wynika z tego, że nie mamy czasu ani ochoty zajmować się naszymi rodzicami i dziadkami. A może i sąsiadami, bo przecież czyjaś babcia cierpi wcale nie mniej, niż nasza własna.

Ten krzyk „Wara od staruszków!” bierze się stąd, że ci, którzy krzyczą najgłośniej, mają coś na własnym sumieniu. Mają samotność i zaniedbanie swoich własnych staruszków. Prościej jest „bronić” cudzych staruszków, prawda? Cudzych, abstrakcyjnych, nieznajomych. Gorzej, gdy trzeba zadbać o własnego staruszka. Nie – najpierw oddadzą matkę na święta do szpitala, ojca wpakują do „domu szczęśliwej starości”, a potem najgłośniej, jak tylko możliwe, hejtują w internecie, „broniąc” staruszków nieskonkretyzowanych, „w ogóle staruszków”. Broniąc „prawa” staruszków do czegoś. Nie ważne, do czego. Głównie, do uzależnienia od swojej biologii życia i zdrowia innych, bo przecież innych praw staruszkom nikt normalny nie odmawia. (Państwo odmawia staruszkom prawa żyć godnie, ale to już jest inna sprawa; no i chyba mało kto w tym zakresie państwo popiera.)

*

Stroiłem 90-letniemu panu pianino i prawie płakałem. Nad tym, jak głupio i niesprawiedliwie toczą się losy wielu z nas. Oraz losy pianin – bo pianin i fortepianów najczęściej trzeba przed ludźmi bronić. Bo pianina są słabsze od ludzi, a zwłaszcza od ludzkiej głupoty i zamiłowania do tandeciarstwa.

Starszy pan całe życie zaniedbywał swoje pianino; nie grał na nim ani go nie stroił przez ostatnie 50 lat. „Chodziło ono mu po głowie”, aż wreszcie teraz, kiedy kolej losu można już przewidzieć bez najmniejszego błędu, postanowił o swoje pianino zadbać. Nie, nie będzie on na nim grać – bo nie umie, a i nie ma nikogo, kto by umiał. Nie ma w ogóle nikogo…

Co miałem mu powiedzieć? Że zrobił to o 50 lat za późno? Że to nie ma sensu? Że pianino na tyle zdegradowało po latach nieużywania, że nic już mu nie pomoże? Że czyścić, naprawiać i stroić pianino warto tylko wtedy, gdy ktoś na nim będzie grał? Że warto kupić nawilżacz?

Nie da się 90-letniej osoby przekonać, żeby kupiła nawilżacz. Bo, po pierwsze, nie uwierzy, że nikt nie chce jej oszukać. Po drugie, bo w tak podeszłym wieku nie da się przekonać siebie do konieczności używania czegoś, czego się nie używało przez całe życie. Po trzecie, bo gołym okiem widać, że przed człowiekiem stoją problemy zdecydowanie bardziej głębokie i niemożliwe do rozwiązania – a z którymi mimo wszystko trzeba się mierzyć – niż zakup nawilżacza do wysuszonego pianina. Bo, jeżeli ktoś zmierza się z całym szeregiem chorób, samotnością i absolutnym brakiem perspektyw – wysuszenie pianina na tym tle wydaje się jakimś fantasmagorycznym żartem.

A jednocześnie widzę, jak starszemu panu zależy na tym, żeby pewien rozdział pięknie zamknąć, i stroję mu to pianino, mimo iż nie ma to sensu. Stroję i nie mam siły, patrząc staruszkowi w oczy, powiedzieć, że jest on oprawcą – sprawcą zagłady swojego pianina. Próbuję starszego pana oszczędzić, bo sytuacja jest bezwyjściowa. Nie ma w niej dobrego rozwiązania. Nie da się uratować ani pianina, ani staruszka – więc po co jeszcze człowieka dobijać i mówić mu ze szczegółami, jak sprawy wyglądają; jak, gdzie, w czym i kiedy staruszek niegdyś zawinił. To już niczemu nie pomoże, a może tylko zaszkodzić.

A może zależało mu też na tym, by móc jeszcze o kogoś zadbać? Człowiek przecież nie może dbać tylko o siebie, nawet jeżeli sam bardzo tej troski potrzebuje. Człowiek tak długo pozostaje człowiekiem, dopóki potrzebuje dbać o kogoś innego, jak bardzo by sam opieki nie potrzebował. Nakarmi swojego kotka, mimo iż sam może nie mieć co zjeść. Pójdzie z nim do lekarza, nawet jeżeli na własne leki nie ma pieniędzy.

*

Rodzina innego starszego pana unika go, jak ognia. Wszystko załatwiają telefonicznie, starając się nie pokazywać mu na oczy. Tak samo załatwili mu i strojenie pianina, i opłatę za nie – opatrując to komentarzem, cytuję: „Tatuś sobie zażyczył strojenia pianina. Wiemy, że nie będzie na nim grał. Ale niech się pobawi. W końcu to drogo nie kosztuje”. Idę do samotnego staruszka stroić pianino. Stroję, wykonuję swoją pracę – ale widzę, że starszemu panu znacznie bardziej, niż na pianinie, zależy na towarzystwie. Moim, a raczej czyimkolwiek. W gruncie rzeczy wcale bym nie musiał stroić mu pianina – ale gdybym mógł spędzić z nim te dwie godziny, wysłuchać go, dać zrobić sobie herbaty… Tego brakowało mu znacznie bardziej, niż nastrojonego pianina. Od opłaconej przez rodzinę usługi bardziej mu zależało na samej rodzinie.

*

Trzeci staruszek bardzo, ale to bardzo prosił mnie, żebym zadbał o jego pianino. Oczywiście, nie ma sprawy, zrobię. Okazuje się, że samotny pan ma za granicą rodzinę, która to rodzina odwiedza go zbyt rzadko, tłumacząc, że wnuczka „musi intensywnie ćwiczyć, a pianino dziadka nie bardzo się do tego nadaje”.
Och, słuchajcie, jakże bardzo chciałem starszemu panu pomóc. Robiłem z tym pianinem cuda. Pianino było strojone i sprawdzane przed każdym przyjazdem rodziny – czasem miesiąc po miesiącu (niezbadane są zawiłości rodzinnego kalendarza…), a czasem wcale, bo pomimo świąt nikt do pana nie przyjechał. Pan był gotów wydać na pianino ostatni grosz – byleby tylko rodzina do niego przyjechała. Sęk w tym, że pianino, które swoją jakością i „współpracą ze stroicielem” pozytywnie zaskoczyło nawet mnie, służyło rodzinie jedynie za pretekst do nieprzyjeżdżania. I starszy pan to pojął, z żalem rezygnując z utrzymywania pianina w nienagannym stanie jako zachęty do przyjazdu. Pianino przestało być potrzebne – tak samo, jak i jego właściciel… I pomimo ogromnego współczucia, które żywiłem wobec starszego pana, będąc świadkiem jego dramatu, nie mogłem przeboleć tego, że pianino, które chciało żyć, grać, brzmieć, stało się zakładnikiem rodzinnych układanek.

*

Pewna starsza pani, zamknięta w domu opieki razem ze swoim pianinem, zmienia stroicieli niczym rękawiczki – co miesiąc zamawia nowego. Ma staruszka atrakcję: każdy stara się, jak może, ale pani nigdy nie jest zadowolona z efektów pracy, więc odmawia zapłaty. Nikt ze stulatką kopać się nie będzie. Skąd o tym wiem? Zostałem uprzedzony przez kolegę, by do niej nie jechać. Zresztą, za każdym razem, gdy z godną pozazdroszczenia upartością do mnie dzwoni, pyta się, czy już u niej byłem.

*

Inna z kolei starsza pani powiedziała mi, że mam „dać z siebie wszystko i nie liczyć się z kosztami”, bo ma być „zrobione fest”. Jej stare, zaniedbane pianino wymagało naprawdę sporo pracy. Kiedy wreszcie skończyłem, z ulgą powiedziałem, że może sobie sprawdzić stan pianina, bo jestem z niego dumny. A ona mówi… że mi wierzy, i że sprawdzać niczego nie będzie. Bardzo się zdziwiłem, bo byłem pewien, że zaraz usiądzie za pianino, zagra nokturn Chopina i opowie, jak to kiedyś grywała z Rubinsteinem czy Szpinalskim na cztery ręce. I, nawet jeżeli palce już nie te, co kiedyś, to głowa myśli jasno, uszy słyszą dobrze, a potrzeby estetyczne nie dopuszczają kompromisu.

Już po wyjściu z domu zamieniłem parę słów z opiekunką tej pani. Okazuje się, że pani wcale nie umie grać na pianinie. Grał na nim mąż, który od 40 lat nie żyje. Ale pani jest honorowa, i chciała, jak to osoby starsze mają nieraz w zwyczaju, żeby coś doprowadzić do porządku, nawet jeżeli nie ma ku temu żadnych rozsądnych przesłanek. Zapewne chodzi też o pamięć po mężu.

Ale – jak bardzo bym nie współczuł człowiekowi, nie rozumiał nieubłagalności losu, nie chciałbym jakkolwiek pomóc – podczas strojenia zadaję pianinu w myślach pytanie: „co będzie z tobą?”. Nie mogę nie rozumieć, że żywot pianina w wielu przypadkach skończy się wraz ze śmiercią jego osamotnionego właściciela – podobnie, jak żywot kotka, pieska czy kilkudziesięciu pszczelich rodzin. I jeżeli dziś pianino wciąż jeszcze gra, wciąż chce służyć, wciąż „współpracuje” i odpowiada na starania stroiciela – to jutro może nadejść kreska, i nawet najbardziej „żywotne” pianino nie będzie zabezpieczone przez końcem swojej egzystencji. Bo bez człowieka pianino istnieć nie może.

Staruszków broni państwo (w teorii), rodzina (zaocznie) i cała armia hejtujących w internecie (lecząc obłudą własne kompleksy). Ich pianinom pomóc, zrozumieć ich chęć do życia, może tylko stroiciel – w tym przypadku ja. Ale takie wtajemniczenie, nasączone jednocześnie bezradnością, nie może nie pozostawiać śladu w świadomości. Rozumiejąc te pianina, biorę na swoje plecy cząstkę ich doli. Ostatnio dźwignięta cząstka okazała się być zbyt ciężką, stąd musiałem niniejszym podzielić się tym ciężarem.

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • czym wyczyścić pożółkłe klawisze pianina (3)
  • pianino legnica mozna pomalowac? (3)
  • fortepiany stare 3/4 (2)
  • czym wyczyscić klawisze z kości słoniowej (1)
  • fortepian małecki szreder (1)
  • przyżą stroiciela krzyzówka (1)
  • wybielenie klawiszy keyboardów (1)