Trafne wybory

Tak bardzo się ucieszyłem z tego, że wreszcie włączyli prąd, iż postanowiłem złożyć ofiarę dziękczynną, wziąć się w garść i wreszcie napisać posta :)

Dziś o tym, że nie wszyscy handlarze pianinami są tacy, jak to kiedyś opisałem tutaj. Oraz o tym, że nawet najlepszy handlarz, najlepsze pianina najlepszych firm i marek, przechowywane w najlepszych warunkach nie sprawią, że pianino, które wybierzemy, stanie się prawdziwie naszym pianinem.

Otóż jakiś czas temu odbyłem podróż na południe Polski (miejsca ani adresów nie udostępniam – nie chodzi o tak pożądane konkrety, tylko o opisanie precedensu, pomocnego w podejmowaniu trafnych wyborów), żeby z pewnym młodym małżeństwem wybrać pianino. Jak zawsze, zaskoczyłem nawet sam siebie. Ale też uczciwie przyznam, że owe „południe Polski”, znane generalne jako siedlisko mafii pianinowej, też mnie zaskoczyło, co tam mówić – przyjemnie.

Małżonkowie przeznaczyli na zakup pianina jakieś 7 tysięcy złotych. W duchu pomyślałem sobie: „No i co ja tu robię? Przecież 99% pianin kosztujących 7 tysięcy jeszcze przed ‚wysokim sezonem’ będzie do polecenia nawet w ciemno”. Faktycznie, jak się uprzeć, to można kupić nawet dwa przyzwoite pianina. Ale, jako rasowy szpecjalista, nie okazałem oznak zdumienia z powodu takiej rozrzutności – w końcu sam na tych łamach wielokrotnie pouczałem i wychowywałem przyszłych posiadaczy pianin.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, znaleźliśmy około 20 pianin stojących w całkiem schludnym pomieszczeniu. Część z tych pianin była w stanie oryginalnym, część – pomalowana, na tyle dobrze, że nowa powłoka obiecała się utrzymać nawet po transporcie pianina do domu (uwaga! nie zawsze tak bywa). Kilka pianin było białych, kilka – czarnych. Na moje szczęście, ze strony przyszłych właścicieli nie było żadnego „parcia na kolor” ani na luksus, dobrze znanego wszystkim rodzicom, których dzieci uczęszczają do prestiżowych „kuźni talentów”, gdzie trwa permanentna licytacja rodziców, pedagogów i dzieci, i gdzie „biała Yamaha” absolutnie musi być, bo to kwestia życia i śmierci, honoru i dyshonoru – rodem, a jakże, z dobrze znanego „Co ludzie powiedzą?”.

Wszystkie pianina były zadbane i nastrojone – no, może „prawie do końca” zadbane i nastrojone. Na tyle, że można było bez większego problemu dostrzec sufit ich potencjału.

Pianina kosztowały od 3500 do 9000 złotych, tak więc dwa najdroższe odrzuciliśmy na wstępie. Sprawdziłem zatem kilkanaście pianin.

Uprzedzając konkluzję, powiem: każde jedno pianino nadawało się do zakupu! Nie spotkałem ani jednego naprawdę złego pianina. Gdybym miał do obejrzenia tylko jedno pianino z całej dwudziestki, nie miałbym powodów, żeby je odrzucić. (I to, zważywszy na dalszą opowieść, jest mocny argument za tym, żeby wybierać pianino nie w drodze akceptacji („tak” lub „nie”), a drogą porównania kilku pianin, nawet jeżeli jest to opcja droższa.)

Ale jak wśród tylu dobra wybrać to najlepsze? Ano, wiadomo, trzeba zwiększyć kontrast, ostrość i rozdzielczość wewnętrznej, wbudowanej we mnie poszukiwarki. Zaczyna się zabawa w szczegóły, w zmysły, w rzeczy nieuchwytne…

Malmsjo potwierdził moją poprzednią opinię – było to pianino finezyjne, z klasą, o małym, lecz szlachetnym dźwięku. Było to jednak pianino najniższe, kompaktowe – i jako takie zostało odrzucone. „Nowy” polski Th. Betting (Legnica) miał brzmienie hałaśliwe i płaskie, choć w swojej klasie nie był to zły instrument. Koreański Samick absolutnie rewelacyjnie brzmiał na górze – nie mogłem przestać grać! – ale w dolnych partiach klawiatury dźwięk był zbyt otwarty i perkusyjny, niemalże wulgarny. Fiński Fazer nie wyróżnił się niczym – ot, typowe „szkolne” pianino. Może dlatego pomalowane na biało, w celu zwiększenia atrakcyjności?

Pierwszym pianinem, które było harmonijne „z nóg do głowy”, był Rosler. Jego brzmienie nie było zbyt poetyckie, ale solidne – mówiąc pedagogicznie, „mocne 4 plus”. Zaraz sobie pomyślałem, że zwrócę uwagę na to pianino, zwłaszcza iż cenowo (4500) wypadało, jak na handlarza, bardzo korzystnie. I tu nagle zaskoczenie – mała, niepozorna Yamaha. Niewielka, niewysoka, ale te basy… Te basy nagle zabrzmiały organami! A do tego to, co zwykle umyka w tego typu porównaniach – niewiarygodnie wręcz „smakowita” klawiatura. Przyjemny, ergonomiczny dotyk i chód klawiszy. Idealna ciężkość, sprawność i precyzja. Na tym tle poprzedni Rosler wypadł „plastikowo”, przeciętnie, a przecież wcale nie źle! Tyle że – w nim klawiatura była, można powiedzieć, schludna i porządna, a tutaj – wirtuozowska. Tam – rygoryzm, tu – dynamizm. Tam – świetny warsztat, tu – talent.

Tyle że górna część skali tej Yamahy była przeciętna, ledwie poprawna. Ot, gdyby tak połączyć dół Yamahy z górą Samicka, to byśmy mieli fajnego azjatyckiego mutanta! :)

A potem… Potem zaczęła się uczta. Poszły Petrofy.

I tutaj dopiero zrozumiałem, po co tu jestem. Namacalnie też odczułem to, jak sobie szkodzą ci, którzy wybierają pianina ze zdjęć i opisów w internecie.

Otóż, proszę Państwa, spośród sześciu Petrofów nie było choćby dwóch, które by brzmiały tak samo! I to nawet w ramach pianin tego samego modelu, o takiej samej wysokości.

Każde pianino było dziełem autorskim. Na dodatek, kosztowały one praktycznie tyle samo (przeciętnie 6000 zł).

Od razu powiem: sprawdza się moja opinia o tym, że białe pianina są dlatego białe, że w stanie oryginalnym mają mniejsze szanse na sprzedaż (lub w ogóle ich nie mają). To się sprawdziło nie raz i nie dwa – więc po raz kolejny uczulam tych, co ganiają za luksusową bielą. Wasze białe pianino wcale nie będzie luksusowe! Sprzedawcy brak powodu, by poprzez malowanie podwyższać atrakcyjność pianina, które i tak sprzeda się sumą wszystkich swoich pozostałych zalet. W znacznie mniejszym stopniu dotyczy to malowania na inne, mniej „modne” kolory – w tym przypadku może chodzić głównie o poprawienie stanu wizualnego, a nie o wykreowanie nowego „luksusowego” produktu.
Najciekawsza jest sytuacja, w której dwa takie same pianina – jedno białe, drugie „niebiałe” – kosztują tyle samo. Dlaczego? Bo „niebiałe” pianino jest po prostu lepszym pianinem!

Petrof – to uczta dla wytrawnego pianisty. Nie zawsze to uczta dla dziecka, które jeszcze niewiele umie, a któremu trzeba podać atrakcyjność brzmienia „tu i teraz”, bez wysiłku. Na pewno dziecko, podobnie jak i ja, będzie zaczarowane pięknym dyszkantem Samicka. Ale, jeżeli nie szukamy łatwych, natychmiastowych rozwiązań, lecz pianina na lata, to praktycznie zawsze otrzemy się o Petrofa – nawet jeżeli ostatecznie wybierzemy jakieś inne pianino.

Każde pianino Petrofa było dziełem sztuki. I każde kolejne było lepsze od poprzedniego! Różnica między najlepszym wytypowanym pianinem a drugim w kolejności była taka, jak między zimnym a ciepłym piwem tej samej marki. Można pić ciepłe (niektórzy lubią), potem przesiąść się na zimne, ale jeżeli nagle ponownie spróbować ciepłego, to nasz naturalny odruch wymiotny właśnie będzie tym, co odczułem, powracając od ostatniego pianina do poprzedniego. Po dłuższej chwili muzykowania „odruch” ustąpił, bo pianino ponownie zaczęło „smakować” – ale tamto ostatnie pianino było po prostu mistrzostwem, czymś ponadprzeciętnym. Więcej niż dobrym.

Jego brzmienie nie było łatwe – ale miało ogromną rezerwę, ogromne pokłady tego, co dopiero powinien wydobyć z niego pianista. Brzmienie, które nigdy się nie znudzi i nigdy nie pogorszy, jak ten wciąż dzisiaj magiczny dyszkant Samicka (kto wie, co z nim będzie za 20 lat?). Ogromny potencjał. Jakościowa żyleta. Na całej skali nie było ani jednego słabszego obszaru. Potężne, choć nie otwarte basy, dynamiczny i głęboki środek oraz mocny, choć i nie perełkowato-błyskotliwy dyszkant, otwierający się dopiero przy większym wysiłku pianistycznym. To taki Steinway wśród pianin – instrument choć wymagający, za to z ogromnymi możliwościami. Instrument, nad którym nie ma już innych, lepszych pianin – dalszym krokiem byłoby już kupno dobrego (a więc nie każdego!) fortepianu.

I, żeby było ciekawiej, po zajrzeniu do środka okazało się, że pianino ma wady. Rezonans jest w jednym miejscu pęknięty, a w dwóch innych – szpanowany. Nagle wszystko stanęło z nóg na głowę – sprawę trzeba było przemyśleć od początku.

Nie będę opisywał toku myśli, rozważań „za” i „przeciw”. Ale kupiliśmy właśnie to pianino. Uznałem, że jego zalety przewyższają sumarycznie zalety innych, nieuszkodzonych pianin, a pęknięcie nie ma wpływu na dźwięk (to się zdarza, i to koniecznie trzeba wyjaśnić podczas sprawdzenia pianina). A do tego uzyskaliśmy – za sprawą mojej „niezłomności” – od sprzedawcy zniżkę, która z nadmiarem pokryła koszt mojego udziału w wyborze pianina :)

Nikt, kto nie był na miejscu, nie sprawdził organoleptycznie wszystkich pianin, nie wiedział, co można, a czego nie można się spodziewać po kilku latach użytkowania lub nauki, nie zajrzał do środka wytypowanych najlepszych pianin, nie znalazł wad i nie ocenił, na ile te wady są „fatalne”, a na ile można z nimi żyć – powtarzam, nikt nie miałby szans wybrać tego „najlepszego wśród znakomitych” instrumentu w oparciu o zdjęcia i opis w internecie, a nawet w oparciu o rozmowę ze sprzedawcą, który w najlepszym przypadku neutralnie opowie o każdym instrumencie, a w najgorszym – wepchnie nam, zachwalając, to, czego nijak nie może sprzedać. Zapewne, taki „zdalny poszukiwacz” byłby zadowolony z każdego-pierwszego-lepszego pianina z tej sali – dopóki by się nie dowiedział, co właśnie go ominęło.

A przecież tak się boimy o nasze wybory życiowe, prawda? Idziemy na zajęcia muzyką, „bo potem pożałujemy, że nie poszliśmy”. Idziemy na akademię sztuk pięknych, ale nie jesteśmy pewni, czy bardziej nie sprawdzimy się w życiu jako doskonały restaurator czy szef kuchni. Harujemy w korporacji, a tymczasem umiera w nas znakomity fryzjer… Po latach żałujemy, że „mama nie posłała, nie skierowała, nie wymusiła…”, że „nie mieliśmy tylu możliwości”, że „nie zdawaliśmy sobie sprawy” itd. Opatrzności trzeba pomagać, bo ponoć jest ślepa!

Więc gdzie jest to, co dobre, a gdzie to – co najlepsze? Najlepsze właśnie dla nas? Kto nam powie, gdzie jest to nasze? To, co nam jest pisane?

Kiedy widziałem ten zabójczy uśmiech na twarzy Pana Małżonka – uśmiech szczęścia, którego nie potrafił ukryć – wiedziałem już, że znalezione pianino stało się właśnie jego pianinem. A te znalezione wady nawet go jakoś z pianinem zbliżyły. Każdy chyba wie coś o tym, chyba że jest pedantem. Pamiętam, jak kiedyś brałem kotka ze schroniska. Pokochałem go od razu ze wszystkimi jego „wadami”.

No cóż, takim pianinem ja bym też nie pogardził. Wybrałbym je dla siebie bez względu na dostrzeżone wady. Bo przecież wybierałem pianino jak dla siebie, a tym, co znalazłem, „zaraziłem” przyszłych właścicieli.

Bo przecież fachowcowi płaci się nie tylko za dojazd, spędzony czas i liczbę sprawdzonych pianin. Płaci się przede wszystkim za doświadczenie, wiedzę, gust, wyobraźnię i subiektywne poglądy, opinie i upodobania. A może przede wszystkim za to. Za to, co nienamacalne i niepoliczalne.

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • pianino organy kupno (1)
  • producent fortepianów na literę F (1)