Tłuczek do ziemniaków

Tym razem znów o chińskich pianinach. Przygotujcie się na najdłuższy post w historii „Ars Polonica” (3558 słów). Jak urosnę, zostanę pisarzem.

Czytałem swój stary post o azjatyckich fortepianach i pianinach i przeżywałem całe spektrum emocji: od pełnej akceptacji tego, co napisałem, do ochoty na ostrą polemikę i na bardziej całościowe i przemyślane ujęcie sprawy. Mam nadzieję, że nie wyszło zbyt chaotycznie. Przypominam, że w poprzednim poście (link powyżej) znajduje się lista marek pianin i fortepianów produkowanych w Azji.

Nic dziwnego: telefon mam od Lenova (oryginalny), tablet – od Overmaxa („marka własna” naklejona na jakiś chiński produkt), inny telefon od Pentagramu (chiński Innos, na który naczepiono markę „Pentagram”, coś jak gdyby na pianino „Legnica” nakleić napis „Calisia”) – i w sumie całą tę produkcję sobie chwalę. Ba, chińska mikrofala od 14 lat działa bez zarzutu i nijak nie chce się popsuć, a chińska płyta indukcyjna to chyba najbardziej udany zakup ostatnich lat!

Więc, odnosząc się sceptycznie do fortepianów i pianin produkcji chińskiej (wliczając w to również Indonezję, Malezję i częściowo Koreę), nie powinienem potępiać wszystkiego jak leci ani też zakładać, że jakość produkcji pozostanie tak samo kiepska „na zawsze”.

Pamiętacie, że jeszcze kilka-kilkanaście lat temu Chińczycy produkowali telefony-kopie, gdzie z grubsza zgadzał się tylko wygląd, a w środku wszystko było nietakie? Ledwo działające, z najgorszymi podzespołami o kiepskich parametrach itp.? Potem pojawiły się nic lepsze telefony na 3 karty SIM, na 4 karty SIM, z bateriami, które w ogóle nie trzymały, mimo iż w opisie miały jakąś zawrotną pojemność? Były to szpanerskie telefony-zabawki, kosztujące grosze, zarówno ze zniekształconymi nazwami (Nokla, Panasonix), jak i z tymi prawdziwymi – kto ubogiemu zabroni?

Z takiego samego poziomu startowały absolutnie śmieciowe marki Goldstar czy Shark – które jednak w pewnym momencie postanowiły, że będą grać serio. I co? I grają do dziś. Kupiłem 15 lat temu absolutnie jednorazowy w moim mniemaniu odkurzacz Shark za 99 złotych, który do dziś za nic nie chce się zepsuć, a przecież jest rzucany na najtrudniejsze obszary budowanego domu, gdzie u „normalnego” odkurzacza po 2 minutach pracy zapychają się filtry.

Teraz mamy Lenovo, mamy Huawei; specjaliści wyłożą jeszcze z tuzin kluczowych nazw, bez których nie można sobie wyobrazić dzisiejszego rynku. A więc nie można powiedzieć, że w chińskiej ofercie nadal są same „nokle”.

I tylko jeden szkopuł.

Ani Lenovo, ani Huawei nie są producentami tanimi. Ich produkcja ma cenę całkiem porównywalną z innymi, bardziej tradycyjnymi „gigantami”, a więc nie kosztuje grosze. Ale to jest normalne. Kupując coś od „Lenova”, my wybieramy „Lenovo”, a nie „taki sam telefon, tyle że tańszy”. Bo to naprawdę uznana marka, która zapracowała na swoje imię.

Można kupić bezpośrednio w Chinach i to, co w Polsce kupujemy pod „polskimi” nazwami Overmax, Pentagram, Prestigio (uwaga – „Prestigio” NIE jest polską firmą, jak twierdzą niektórzy, lecz białoruską, działającą z namaszczenia wiadomo kogo), MyPhone, Krüger&Matz, Manta itp. Te firmy same niczego nie produkują, a nawet nie projektują. One kupują w Chinach gotową produkcję, istniejącą pod lokalnymi nazwami, która potem przechodzi proces rebrandingu, płynie do Polski i sprzedaje się 20-40% drożej. Podstawowe pytanie jest takie: co i od kogo ci „polscy producenci” kupują. Jeżeli dbają o swoją reputację w Polsce – kupią produkty nienajgorsze i nienajtańsze. Ale też w żadnym przypadku nie odpowiadają za ewentualne problemy trapiące chińskiego producenta (np. wadliwa partia). Stąd nierzadkie są sytuacje, kiedy jakieś modele telefonów czy tabletów padają w Polsce niczym muchy, ich naprawa jest niemożliwa, reklamacja trwa miesiącami, a pewności, że wymieniony sprzęt będzie lepszy, nie ma żadnej. Dlaczego? Bo „polska firma” jedynie pośredniczy między chińskim producentem a polskim nabywcą. Ona sama niczego nie produkuje ani remontuje, a na dodatek, często kupuje zaledwie jedną jedyną partię danego towaru. Wysyłanie reklamacji do Chin, zwłaszcza jeżeli cała zakupiona partia jest trefna, jest uciążliwe i czasochłonne. Więc poczytajcie sobie o obsłudze gwarancyjnej stosowanej przez ww. firmy – a raczej, NIEstosowanej. W internecie jest tego naprawdę sporo.

Po co o tym wszystkim piszę? Ano po to, żeby nakreślić sytuację. Jeżeli chcemy kupić mniej markowy, lecz mimo wszystko dobry telefon czy tablet, musimy zapłacić za niego naprawdę sporą kwotę. Owszem, mniejszą, niż w przypadku pierwszoligowych „gigantów branży”, ale mimo to przedmiot nie może być „tani jak barszcz”. Musi swoje kosztować.

Tutaj dochodzi jeszcze jeden problem. „Giganci branży” też produkują swoje telefony i tablety w Chinach. Może w innych fabrykach, może wg własnych projektów i z własnym rygorystycznym systemem kontroli, może dorzucają do tego lepszy serwis gwarancyjny – przy wielokrotnie większych zyskach mogą sobie na to pozwolić – ale i tak mamy przedmiot „made in China”. To jest zupełnie nieodzowne…

Ale jeżeli chińskie pianina, żeby być instrumentami na akceptowalnym poziomie, muszą swoje kosztować, to po co nam chińskie pianina?

Nie, nie jestem Rejtanem, nie będę bronił „starego porządku”, brzóz, płaczących wierzb, schaboszczaków i „polskiej złotej jesieni”, ale uważam, że nie jest wszystko jedno, na czym przyjdzie nam grać Mozarta, Chopina czy Brahmsa.

Firmy europejskie, zwłaszcza te tradycyjne, istniejące nawet od końca XVIII wieku, to nie tylko „marka, za którą się płaci”. To również doświadczenie, tradycje oraz przekaz zwrotny pianistów i kompozytorów – artystów, którzy, używając fortepianów tej czy innej firmy, ukierunkowywali rozwój idiomu brzmieniowego i technicznego produkowanych przez nią instrumentów. Tak, wybieramy Steinwaya, bo to świetny instrument, ale jednocześnie pamiętamy, że Rachmaninow też wybierał Steinwaya. Więc w „naszym” Steinwayu będzie ukryta jakaś cząstka (nawet homeopatyczna) osobowości i kunsztu Rachmaninowa (a do tego Paderewskiego i wielu innych), bo mamy świadomość, że nasz nowy Steinway to wciąż w jakimś stopniu instrument, który budowano 80-100 lat temu, bo doświadczenie tamtych lat nie zostało zaprzepaszczone, a co najwyżej było uzupełniane o nowe pomysły, integrowane z nimi.

A ot Mahler przemówi do nas brzmieniem Czapki i Syna, Brahms – Streichera i Syna, Chopin – Pleyela, a wcześniej Buchholtza, a nawet Leszczyńskiego, nawet jeżeli nie był z tego ostatniego zadowolony. I nawet jeżeli Chiny nie zawiniły w tym, że ani Czapki, ani Streichera czy Buchholtza od dawna z nami nie ma, to już los Pleyela – i nie tylko – leży na ich sumieniu całkiem bezpośrednio.

1794-2007. Ta firma przeżyła wszystko, ale ostatnio musiała umrzeć.

1794-2007. Ta firma przeżyła wszystko, ale ostatnio musiała umrzeć.

Azja wchodzi do nas jak nie drzwiami, to oknem. Niektórzy przyrównaliby zjawisko do epidemii, ale ja przyrównam do czegoś, z czym mam do czynienia na co dzień. Otóż przygotowałem mały skrawek fajnej, nawożonej ziemi pod winorośl, którą tam wsadziłem. Po jakimś czasie poletko zarosło jakimś zielskiem, o którym nie mam żadnego pojęcia. Może któreś z roślin są ładne, może nie. Może niektóre są używane w ziołolecznictwie lub w barwieniu tkanin, może nie. Może niektóre są trujące. Ale żadne nie są chciane. I teraz, owszem, winogronko rośnie sobie, jakoś daje radę, ale ze wszystkich stron otoczone jest chwaściorami, których nie sposób wytępić. Tzn., można wszystko zaorać, można wylać na to wiadro roundupu, ale przy okazji winorośl zginie również. Jak to mawiają lekarze: „skutecznie pozbyć się raka można tylko w jeden sposób – mordując chorego”.

W jaki sposób produkcja pianin i fortepianów, czyli coś, na co było zapotrzebowanie i co, wydawałoby się, jest nie do ruszenia, nagle została zachwaszczona?

No cóż, na to składa się kilka czynników.

  1. Ogólny progres techniczny, skutkujący powstaniem coraz bardziej „wypasionych” „instrumentów” elektronicznych. Elektronika zaś przychodzi do nas z Azji poniekąd „od zawsze”, i w ten sposób określenie „azjatyckie pianino” zostało odczarowane, przestało dziwnie się kojarzyć.
  2. Ogólny trend konsumencki: ma być tanio. Pojawiły się hostele, tanie linie lotnicze, Polskibus… Podróże i noclegi za grosze. Niegdysiejsze luksusy stały się dostępne na wyciągnięcie ręki. To jest zaraźliwe… A przy okazji, ma być coraz bardziej atrakcyjnie. Nie chcemy już „wiecznych” lodówek z lat 60-ych, nigdy-nie-psujących-się telefonów na korbkę itp. Chcemy wymieniać komórkę co dwa lata, nawet jeżeli ta stara jeszcze dobrze działa. Pianina i fortepiany natomiast od zawsze są instrumentami z gatunku „wiecznych”. Wymagają ogromnych nakładów pracy i poprzez to nie mogą być tanie. A starczy ich na dziesięciolecia.
  3. Jednak mimo wszystko ludzie nie chcą wymieniać pianin co dwa lata, bo to sprawa kłopotliwa. Ale i płacić jak za samochód też nie chcą. A przecież ceny pianina nie można obniżać bez końca – bo europejscy pracownicy chcą zarabiać coraz więcej i żyć na coraz lepszym poziomie. Stąd, europejscy, amerykańscy i japońscy producenci zaczęli poszukiwać rozwiązań pośrednich, które maksymalnie obniżałyby koszty produkcji, a jednocześnie nie wprowadzałyby „dysonansu poznawczego” we wciąż jeszcze szanowaną dziedzinę produkcji. Zaczęli zamawiać mniej istotne podzespoły, niemające wpływu na dźwięk (pedały, śruby itp.) tam, gdzie jest naprawdę tanio: w Chinach. Potem doszły kolejne, już bardziej istotne podzespoły. Dalej – więcej. Okazało się, że produkcja w Europie w ogóle przestała się opłacać: ogólny kryzys klasycznej muzykalności, wespół z upowszechnieniem instrumentów elektronicznych, coraz lepszych nośników muzycznych, swobodnego dostępu do muzyki w internecie itp. sprawił, że domowe pianino przestało być jedynym dostępnym źródłem muzyki (poza koncertami). Sprzedaż pianin spadała; ich cena, zapewniająca dobrobyt pracownikom fabryk, rosła. Firmy desperacko próbują robić cokolwiek, wykupują marki i inne firmy, przenoszą zakłady z kraju do kraju, próbują zagarnąć to, czego zmonopolizować się nie da… Produkcja pianin coraz bardziej przypomina produkcję samochodów: silniki – tu, nadwozia – tam; jeden model produkowany jest w Polsce, drugi – w Rumunii, pod jedną marką produkcja jedzie na sprzedaż na Ukrainę, a pod inną – do USA. Ostatecznie nie wiadomo, czyj to samochód, jakiej jest jakości i co ma wspólnego z innymi samochodami o tej samej nazwie, a więc jaką ma tożsamość (w jednym kraju ten sam samochód nazywa się chevrolet, w drugim – daewoo, a co wspólnego „ten” chevrolet ma z „tamtym”, nie wie nikt). No ale samochód niekoniecznie musi mieć swoją tożsamość – ważne jest, żeby elektronika odpowiednio wcześnie się popsuła i wymusiła wizytę w ASO, a czy robili go Rumuni, czy Polacy, czy może Koreańczycy z Północy zatrudnieni w polskiej fabryce – nie ma większego znaczenia. Natomiast tożsamość pianina jest ogromnie ważna – można ją porównać do tożsamości malarza. Przecież znaczenie ma nie tyle to, co namalowano na obrazie, ile to, jak jest ono namalowane… Tymczasem, kupując nowe pianino, my wiemy o nim coraz mniej, a monitorować na bieżąco ruchy giełdowe (czy to Samick ma 32% akcji Steinwaya, czy może odwrotnie, czy może akurat wczoraj coś się zmieniło i ktoś kogoś sprzedał / kupił / zamknął / wznowił w Chinach…) i roszady w poszukiwaniu „optymalizacji” (czy marka „Vogel” produkowana jest w Polsce, czy w Czechach, czy jednak znów w Polsce, i na ile jest to „niemiecka jakość w polskim wykonaniu”, a na ile „polska jakość z niemiecką nazwą”, i czy aktualnie są to pianina „tanie, ale dobre”, czy „dobre, bo tanie”…) nie ma żadnych możliwości.

    Ostatecznie powstała konieczność zmajstrowania pianina niby markowego, niby „o wieloletnich tradycjach”, a jednocześnie budżetowego – „jednorazowego”, poddanego „planowemu postarzaniu” (planned obsolescence). W tej sytuacji produkcja fortepianów i pianin banalnie się zwulgaryzowała, upodobniła do coraz bardziej użytkowych sprzętów gospodarstwa domowego. Przestała być dziełem sztuki. Straciła całe swoje namaszczenie i poszanowanie wśród społeczeństwa. No cóż, poszanowania na chleb nie nasmarujesz…

Potraktowanie fortepianu czy pianina jako dobra konsumenckiego, wpuszczenie Azji do strzeżonego ogródka czegoś, co w istocie było bazą materiałową zapewniającą ciągłość kultury europejskiej, ten „pakt z diabłem” i „flirt z Hitlerem” nikomu się nie przysłużył. Jak to się mówi, „daj im palec – odgryzą całą rękę”, „pazurek uwiązł – jest już po całym ptaszku”. Mało kto z producentów, wdrażając „racjonalizację” produkcji, uniknął problemów. Fabryki europejskie zaczęły się masowo zamykać; syndycy zajęli się za ułamek wartości „ratowaniem tego, co się da”, a co jeszcze kilkanaście lat wcześniej wydawało się być w całkiem dobrej kondycji. Wyprzedano „srebra rodowe” po cenie kruszcu, nie rozumiejąc, że cenniejsze od wartości złomu są tradycje, pielęgnowane przez pokolenia.

Teraz na stronach internetowych poszczególnych marek aż roi się od „tradycji”, ich „nieustannego pielęgnowania”, „kumulacji 300-letniego doświadczenia”, „najwyższej próby klasyczności brzmienia i wyglądu”, „ekskluzywności ręcznej produkcji z użyciem luksusowych materiałów prosto z Niemiec”, „kwintesencji ducha Chopina” itp., którymi to frazesami spece od PR wycierają sobie gębę, wmawiając nieświadomemu odbiorcy, że wszystko jest jak najlepiej, tak ma być, więc należy po prostu kupić nowy instrument i nie zadawać zbędnych pytań.

Oto objawy „azjatyzacji” produkcji fortepianów, czyli z życia wzięte sytuacje, poprzez które zawartość Azji w klasycznym dźwięku fortepianowym jest coraz większa:

1. Firma europejska poszczególne podzespoły kupuje w Chinach.
2. Firma europejska lub amerykańska część instrumentów (tańszych) produkuje w Chinach.
3. Firma europejska (amerykańska, japońska…) całość instrumentów produkuje w Chinach wg swojego projektu. W Europie może, choć nie musi, odbywać się „ostateczne szlifowanie” – swoista „europeizacja” instrumentów.
4. Azjaci wchodzą w częściowe czy całkowite posiadanie marki europejskiej czy amerykańskiej, przy zachowaniu ciągłości produkcji w Europie.
5. Jw., z dodatkiem oznak „globalizacji” – łączenie mocy produkcyjnych, wykorzystywanie wspólnych podzespołów (europejskich i tych azjatyckich zwyczajowo stosowanych przez nowego właściciela), ujednolicanie produkcji itd.
6. Firma europejska upada; marka zostaje wykupiona przez Azjatów, którzy mają wyłączność na produkcję instrumentów tej marki.
7. Firma europejska upada; marka trafia w „niemuzykalne” ręce; właściciele marki zamawiają gotowe instrumenty w Chinach, na które naklejana jest dana marka. Te same instrumenty mogą występować pod absolutnie różnymi nazwami / markami, w zależności od tego, kto jaką zamawia.
8. Instrument był i jest rdzennie azjatycki, zaś sama firma (np. chińska, japońska, koreańska), mając np. długą i zasłużoną historię na rynku lokalnym, rozpoczyna podbój rynku europejskiego.
9. Firma jest rdzennie azjatycka (np. japońska), lecz tnie koszty i przenosi produkcję do krajów taniej siły roboczej, co ma wpływ na jakość produkcji. Instrumenty potem płyną do Europy jako wersje „budżetowe”.
10. Firma jest rdzennie azjatycka i produkuje średniej ręki instrumenty, którym nadaje europejsko brzmiące nazwy wcześniej przez nikogo nieużywane. Sprzedaje je potem w biedniejszych krajach Europy, gdzie brakuje jednocześnie nowych instrumentów, jak i dużych pieniędzy na ich zakup.

Powinienem, oczywiście, przytoczyć tutaj konkretne przykłady każdej opisanej sytuacji, ale nie robię tego z dwóch powodów. Raz, że po jakimś roku sytuacja może istotnie się zmienić – a uzupełniać i pilnować „rynku” nie mam ochoty – a dwa, że już przeczuwam święte oburzenie importerów, dealerów, przedstawicieli i właścicieli marek i niekoniecznie chcę być straszony pozwami za „szkalowanie” marki i nazywanie chińszczyzny chińszczyzną, z czym już wystąpiła do mnie pewna „polska firma z tradycjami” sprzedająca chińskie fortepiany (w razie ciągu dalszego gróźb obiecuję upublicznić całą korespondencję). Tak więc Czytelnikom nie pozostaje nic innego, jak uwierzyć mi na słowo :)

Zarzuty stroicieli wobec chińskich instrumentów

Powyższy podtytuł jest cokolwiek nieprawidłowo sformułowany, tak jak gdyby nazwać artykuł „Zarzuty kierowców wobec amerykańskich samochodów”. Są różne samochody, różni producenci, różne ceny i półki, różne okresy produkcji oraz, oczywiście, różni kierowcy. Jednak muszę o tym napisać, i to nie po to, żeby „raz na zawsze” zdyskwalifikować jakąś produkcję, tylko żeby uczulić kogoś, kto poszukuje pianina / fortepianu, i wyostrzyć jego zmysły podczas oglądania pianin na potrzeby zakupu. Te uwagi są naprawdę przydatne, a poza tym są całkiem świeże – pochodzą z ostatniego roku.

Niemiecki stroiciel o pianinie produkcji chińskiej po 8 latach od zakupu:

„Klej puszcza w całym mechanizmie. Rozpadają się klejone elementy, wypadają młotki i przeciwchwytniki. Mimo stałej kontroli klimatu pękła płyta rezonansowa.”

Ukraiński stroiciel o pianinach kupionych dla szkoły:

„Mimo iż kołki siedzą sztywno, strój jest bardzo niestabilny. Rozklejają się młotki. Filce niewiarygodnie złej jakości, chyba zrobione z odpadów przemysłowych wymieszanych z klejem. Takich młotków nie sposób intonować, bo podczas nakłuwania filc odpada kawałkami. Na szczęście, bracia-Chińczycy zapewniają nam mnóstwo remontów generalnych w nieodległej przyszłości.”

Niemiecki stroiciel:

„Nie jest tak źle. Na szczęście, do Europy już nie wysyłają tego, co było jeszcze kilka lat temu. Ale wszystkie pianina z Chin wydają się być zrobione według jednego wzoru w jednej fabryce, bo niczym się od siebie nie różnią, oprócz nazwy i kształtu. Chińska powódź trwa, a tymczasem fabryki niemieckie umierają jedna po drugiej.”

Dyrektorka szkoły muzycznej z Moskwy:

„Nasza szkoła kupiła fortepian May Berlin wraz z systemem klimatyzacji poleconym przez dystrybutora i zainstalowanym przez stroiciela z salonu. Po nieco ponad roku pękła płyta rezonansowa. Mimo 5-letniej gwarancji dystrybutor odmówił wymiany czy naprawy instrumentu.”

Niemiecki stroiciel:

„Byłem na targach we Frankfurcie, gdzie eksponowano instrumenty Feurich. Obok siebie stały dwa półkoncertowe fortepiany, które różniły się jedynie kolorem ramy. Pograłem na jednym – może być, jest niezły. Wtedy podszedł do mnie przedstawiciel firmy i poprosił o wypróbowanie drugiego. Wow! Znakomity. Nie mogłem się oderwać. Skąd taka różnica? Pierwszy złożono w Chinach, drugi – w Niemczech. Ten niemiecki Feurich kosztował 2,5x więcej, niż chiński.”

Rosyjski stroiciel na etacie w szkole muzycznej:

„Pianino Ritmüller z 2013 roku. Ładnie wygląda, strój trzyma. Mechanizm sklecony byle jak. Jakość filców koszmarna. Wszystkie części, które powinny być mocno osadzone, ruszają się. Filce tłumików są zbyt cienkie – w dyszkancie zaledwie 5 milimetrów. Futrówka wykonana bardzo niedokładnie. Ośki siedzą słabo i wypadają. Kaszmir wyłazi z otworów i zbija się. Klawisze wykonano nieprecyzyjnie, z najtańszego drewna, bez jakiegokolwiek wykończenia. Most i progi wykonano ze sklejki! Jeden próg już w momencie zakupu okazał się rozklejony, czego nikt nie zauważył. Sztyfty w moście już się powyginały – chyba są ze zbyt miękkiego metalu.”

Rozwarstwiony próg pianina ze sklejki

Rozwarstwiony próg pianina ze sklejki

Stroiciel z Kazachstanu:

„Jeden z klientów był w sąsiednich Chinach, skąd przywiózł, jak mu powiedziano, „prawdziwe niemieckie pianino” Irmler. Progi i most basowy zrobione ze sklejki, płyta rezonansowa nie wiadomo z czego, wygląda na laminowany panel podłogowy, bo „idealna struktura drewna” okazała się być… fototapetą. Dźwięk pianina koszmarny. U nas natychmiast popuściło strój, i to mimo zakupu nawilżacza. Nic dziwnego: w Chinach wilgotność jest 2-3x większa, więc ich pianina są robione pod tamtejszą wilgoć, a u nas natychmiast się rozsychają.”

Właściciel salonu z pianinami z Łotwy:

„W mechanizmie nowego pianina były pęknięcia. Klawisze wykonano z jodły, która się rozbije po paru latach użytkowania. Korpus pianina – chyba ze sprasowanej wełny bazaltowej. Młotki i filce – z syntetycznego ocieplacza. Nowe pianino kosztowało 1500 dolarów.”

Stroiciel z Polski:

„Pianino Ritmüller. Rezonans goły, z obu stron nielakierowany, niczym nawet nie nasączony. Węzły mechanizmu pedałowego plastikowe – ciekawe, po jakim czasie się złamią? Most basowy wyraźnie jest z brzozy – też bardzo nietrwały. Cóż – buk, grab czy klon są o wiele droższe…”

Stroiciel ze szkoły z Rosji:

„Dwa lata temu kupiliśmy pianino marki Falcone. Nic z niego nie zostało – ani brzmienia, ani stroju, który nie trzyma. Rezonans popękał. Kiepskie chińskie młotki, choć reklamowano jako „Japońską fabrykę młotków”. Nikomu bym tego nie polecił.”

Stroiciel z Niemiec:

„Kupiliśmy fortepian o nazwie Chloris. „Zapomniano” wyposażyć go w śruby. Co drugiej śruby w ramie brak; baczki włożone luzem, lira pedałowa nie ma jednej śruby, a nawet otworu na nią. A ot uroki stosowania metalurgii proszków: napięcie jednej z basowych strun wyrwało połowę agrafy, która teraz luzem wisi na strunie.”

Wyrwana agrafa

Wyrwana agrafa

Jeden z rosyjskich stroicieli wpadł na genialny pomysł, jak wyeliminować tanie chińskie instrumenty z przetargów, organizowanych przez rosyjskie szkoły i uczelnie. Przetargów, gdzie bodajże jedynym kryterium jest cena. Otóż jednym z warunków przetargu powinno być sformułowanie, że „marka pianina (fortepianu) musi być jednocześnie nazwą producenta tegoż pianina (fortepianu)”, a do tego ma widnieć zarówno na nakrywie, jak i być wytłoczona na ramie instrumentu. Tłumacząc to na nasze polskie realia, „Legnicka fabryka fortepianów i pianin „Legnica” w Legnicy” (ufff !) jest (była) producentem pianin „Legnica”, a ot „Pekińska fabryka fortepianowa” nie jest producentem fortepianów marki „Pekińska fabryka fortepianowa”, lecz takich marek, jak Calisia, Haidiel, Xinghai, Hsinghalk, Kawai, Haileer, Shubert (bez „c” !) itp.

Owszem, fabryka „Legnica” produkowała również Th. Bettinga, „Calisia” – Offberga itp., „Petrof” – Weinbacha, ale mimo to owe submarki były jedynie dodatkiem do produkcji podstawowej. W „tradycji” chińskiej natomiast owej podstawy nie ma wcale – są same tylko „dodatki”.

A po co wymóg zgodności nazwy instrumentu na nakrywie i na ramie? A po to, by na potrzeby przetargów nie produkowano jakichś specjalnych klap, łatwych w montażu. Bo co innego wymienić w fortepianie klapę, a co innego – żeliwną ramę z odlanym napisem.

Wymogiem alternatywnym może być np. „100-letnie doświadczenie w produkcji fortepianów”. Fabryka pekińska osiągnie takowe w 2049, fabryka w Kantonie (Guangzhou, producent marek Ritmuller, Essex, Pearl River, Kayserburg itp.) – w 2056 roku. Inne – jeszcze później.

***

Jako że chciałbym zachować bezstronność i zauważać nie tylko złe, ale i dobre rzeczy, powiem, że swego czasu byłem bardzo pozytywnie zaskoczony nowym koreańskim pianinem Samick, sprzedawanym w jednym z salonów w Polsce w bardzo, ale to bardzo interesującej cenie. Obejrzałem pianino szczegółowo i nie znalazłem nic, do czego można było się przyczepić. Owszem, tu i ówdzie spotykałem różne drzazgi i nierówności, ale nie było ich więcej, niż np. w pianinach Petrofa. Dźwięk był bardzo przyjemny – dynamiczny, koncertowy, pełny. Rzecz jasna, najciekawsze pytanie to takie, „co z tego pianina i jego pięknego dźwięku pozostanie po 20-30 latach?”, ale w dzisiejszej rzeczywistości, kiedy nikt o „babcine pianina” nie dba, nikt nie kupuje pianin dla kolejnych pokoleń, a i cena nawet takiego nowego pianina pozwala na jego niezbyt bolesną wymianę nawet i po 10 latach, moje pytanie może być po prostu nieaktualne. Pianino może zostać zezłomowane jeszcze zanim jego stan niebezpiecznie się pogorszy. A szkoda, bo nasze osiągnięcia techniczne i przedmioty codziennego użytku mają znacznie mniej szans zostać kiedyś uznane za zabytki, niż przedmioty używane przez naszych przodków.

A teraz trochę miłych, zabawnych obrazków.

Nowa kolekcja polskich fortepianów i pianin prosto z Chin

Nowa kolekcja polskich fortepianów i pianin prosto z Chin

Duma Chin. Tyle że "od 1878" to był Fibiger, nie Calisia. No, ale tam... nieistotne szczegóły :) Przecież liczy się duch!

Duma Chin. Tyle że „od 1878” to był Fibiger, nie Calisia. No, ale tam… nieistotne szczegóły:) Przecież liczy się duch!

Stylowe pianinko, na które nie wiedzieć czemu naczepiono dobrze nam wszystkim znaną markę...

Stylowe pianinko, na które nie wiedzieć czemu naczepiono dobrze nam wszystkim znaną markę…

Nie mniej stylowy fortepian.

Nie mniej stylowy fortepian.

 

A oto efekt tłumaczenia Google’a opisu pianina Calisia. Można się z niego dowiedzieć o różnych ciekawych rzeczach: o tym, że na Calisii grał i tworzył Chopin, o tym, że „dzięki” wznowieniu marki w Chinach „procesy produkcyjne i technologia zostały znacznie poprawione” (a myśleliśmy, że w planach było „uratowanie doskonałej jakości rdzennie polskich tradycji budownictwa fortepianowego na światowym poziomie” – taka prawdziwa MISJA, a nie banalna chęć zysku…), a instrumenty zyskały „typowy niemiecki design”…:

Kochani bracia Chińczycy, Kallithea - to miasto w Grecji, nie w Polsce :) Chociaż, być może, wam jest wszystko jedno :) Ale Chopin był w Grecji co najwyżej duchowo, nie mogła więc tworzył fajni muzika na pianin Kallithea !

Kochani bracia Chińczycy, Kallithea – to miasto w Grecji, nie w Polsce :) Chociaż, być może, wam jest wszystko jedno :) Ale Chopin był w Grecji co najwyżej duchowo, nie mogła więc tworzył fajni muzika na pianin Kallithea !

 

Na koniec anegdota.

— Co wspólnego ma tłuczek do ziemniaków z fortepianem?
— Importera.

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • hanil pianino (3)
  • e barthold stettin od kiedy produkowano (2)
  • frank wiert vienna pianino waga (2)
  • pianino kingsburg ku116 (2)
  • tłuczek do ziemniaków sprzedam (1)
  • tłuczek do ziemniaków (1)
  • pianino kingsburg jakość (1)
  • historia budowy fortepianu (1)
  • gdzie wycenić stare skrzypce poznań (1)
  • fortepiany weber (1)
  • tłuczki do ziemniaków sprzedam (1)