Kolorowe pianina? Nie, głupota opanowała Warszawę!

Jeżeli miałbym wskazać najbardziej denne i żenujące działanie kulturalne, którego byłem świadkiem, to bez wahania wskazałbym pomysł na ustawienie w warszawskich i wrocławskich plenerach pianin, pomalowanych przez „artystów”.

Jak się dowiadujemy, „celem akcji jest zainicjowanie wśród mieszkańców Warszawy kreatywnych działań”, a więc mamy rozumieć, że warszawiacy kreatywnością nie grzeszą, toteż jakiś browar nagle postanowił szumnie przeprowadzić jakiś pseudokulturalny happening na miarę Słoikowa – stolicy peryferyjnego kraju w Europie, który wciąż nie odchorował na modny paręnaście lat temu postmodernizm. Istotnie, biorąc pod uwagę modę na palmy, palenie stodół, spreparowane zwłoki (wystawione, a jakże, w galeriach handlowych), meteoryty i genitalia, czyli modę lansowaną przez tzw. „artystów performance’u” (dla nieobeznanych: artysta performance’u tak się ma do artysty, jak krzesło elektryczne do krzesła), można odnieść wrażenie, że kulturalna Warszawa o niczym innym tak nie marzyła, jak o zwiększonej dostępności pianin w najmniej do tego odpowiednich miejscach publicznych.

Akcja nazywa się „Za grolsch kultury” i jest przez pomysłodawcę opisywana tak: „Grolsch to jedyna marka piwa, która intensywnie wspiera wszelakie artystyczne inicjatywy w obrębie szeroko pojętej kultury niezależnej”. Niezależnej! – ale chyba od zdrowego rozsądku.

Niezwykle efekciarski pomysł natychmiast podchwyciła „Gazeta Wyborcza” (nie powiem, żebym się jakoś zdziwił…), która piórem red. Dumińskiej rozpłynęła się w grolschu zachwytach:

Od niedawna na ulicach stolicy pojawiły się niecodzienne przedmioty – pianina. Każdy przechodzień może spróbować swoich sił w grze. Niektórzy grajkowie potrafią nawet godzinami umilać słoneczne popołudnia gościom pobliskich barów.

Mieszkańcy Warszawy przejęli miejskie instrumenty z wielkim entuzjazmem. Jedni mijają je z zaciekawieniem, inni dają spontaniczne koncerty, gromadząc za każdym razem wokół siebie grupę słuchaczy. Jeszcze inni po prostu przy nich siadają i naciskają przypadkowe klawisze lub robią sobie zdjęcia.

[…] W stolicy można na nich zagrać aż w piętnastu miejscach. Zlokalizowane zostały w charakterystycznych punktach stolicy oraz w popularnych przez mieszkańców zagłębiach knajpianych, między innymi na placu Zbawiciela, ul. Parkingowej czy przy Rotundzie.

Każde pianino jest wyjątkowe, bo zaprojektowane przez innego artystę. Do współpracy zaproszono twórców tzw. sztuki ulicy. Ich działania uczyniły ze zwykłych instrumentów przedmioty wyjątkowe, których obecność w przestrzeni miasta miło zaskakuje i dodaje kolorytu. Celem akcji jest zainicjowanie wśród mieszkańców Warszawy kreatywnych działań. Każdy może zaprezentować swoje umiejętności, co często spotyka się z gromkimi brawami ze strony przypadkowych słuchaczy.

– Mamy kolegę, który tu pracuje i kiedy tylko może, siada do pianina. Kiedyś musieliśmy zamknąć pianino, bo ktoś zaczął grać po 23. Jeżeli ktoś umie dobrze grać, to jest wtedy świetna inicjatywa – twierdzi pracownik baru zlokalizowanego niedaleko jednego z instrumentów.

W związku z „Miejskimi Pianinami” zorganizowany został konkurs, który również ma pobudzać mieszkańców do twórczych działań. Wystarczy sfotografować lub sfilmować w ciekawy sposób jeden z instrumentów i umieścić pracę w internecie. Nagrodzone zostaną najbardziej pomysłowe interpretacje tematu.

Nie, pluję jadem nie dlatego, że nie wygrałem „konkursu pobudzającego”. I nie dlatego, że jakie niby mogą być „oddolne inicjatywy” związane z pianinami? A dlatego, że pomysł żywcem przypomina mi inny „kulturalny” pomysł autorstwa „zaplecza intelektualnego” pani Gronkiewicz-Waltz, znanej skądinąd wałszawianki – regularnego wyrzucania przez okno makiety fortepianu Chopina ku uciesze gawiedzi. Czyli też takiej w sumie „demokratyzacji” i „egalitaryzacji” nadmiernie wysublimowanego wizerunku Chopina, który dziś – zamiast otoczenia paryskich melomanów – potrzebuje otoczenia zgoła innego: Chopina trzeba zagryźć popcornem, popić piwskiem, beknąć i pierdnąć, a bardzo niegdyś śmieszne wyrzucenie przez kozaków jego fortepianu należy zwielokrotnić do masztabu nowego symbolu kurtularnego miasta.

Trochę tak, jakby w Rzymie codziennie urządzać „turystyczny” pożar pamięci Nerona – nie wątpię, że popularność Rzymu wśród turystów wykroczyłaby poza skalę.

I pomyśleć, że „słabo promowane” Kraków, Poznań czy Praga zadowalają się jakimś tam hejnałem, koziołkami i Orlojem… Im pani płezydęt ze swoimi kumpelami z pewnością zafundowałaby co najmniej trzęsienie ziemi – wszystko w ramach promocji turystycznej, rzecz jasna.

No dobra, a dlaczego pomysł z pianinami jest denny?

Dlatego, że pianina, wystawione jesienią pod deszcz, stają się przedmiotami użytku jednorazowego.

JEDNORAZOWEGO!!!

Wszystkie te pianina będą „cieszyły gawiedź” do pierwszego deszczu! Potem pójdą na złom.

Taki los był im przeznaczony od samego początku. Już na wstępie ktoś, kto chciał „przyczynić się” do darmowej reklamy w mediach, zgodził się na uśmiercenie pianin – które w obliczu ludzkiej głupoty są całkowicie bezbronne.

Dziękuję, Wielce Kulturalny Browarze Grolsch, za to, że nie pomalowałeś – a jakże, w celu upowszechnieniu malarstwa – żywych psów i kotów, wystawiając je w miejscach publicznych! Przecież mógłbyś to zrobić, nieprawdaż? Mogłeś na każdym kocie namalować sprayem butelkę swojego piwa. Dziękuję, że ograniczyłeś się jedynie do pianin!

Nawet gdyby tych pianin nie zalał jesienny deszcz, to czy możemy założyć, że te rozmalowane przez „artystów” pokraki przetrwają ową „akcję kulturalną” i, trwale oszpecone, gdziekolwiek jeszcze komuś posłużą? Oczywiście, że nie. Te pianina znikną z pola zainteresowania mediów po dwóch artykułach w prasie typu „Metro” i po trzech „występach” przechodzących obok pijaczków. Warszawiaków te pianina przestaną interesować jeszcze wcześniej. A po skończonej „akcji” pianina pojadą prosto na śmietnik.

Redaktor Dumińska pisze o tym, że „każdy może zaprezentować swoje umiejętności”? Cóż, spróbowałem na jednym z tych trupów coś zagrać. Klawisze się zapadają, tłumiki odpadły, młotki zablokowane, całość w ogóle nie brzmi, lecz ledwie wydaje jakieś dźwięki – to ma być „upowszechnienie kultury”?! Żeby już do jakiejś „akcji” nawiązać, proponuję porównanie do Intelligenzaktion – akcji mordu popełnionego na kulturze.

p1280145

Na początku wszystko zaczyna się niewinnie. Ot, piękne pianino w pięknej scenerii Krakowskiego Przedmieścia. I tylko nie wiem, co z tym wspólnego może mieć butla z piwskiem.

p1280147

Na pianinie wisi kłódka: cóż, „upowszechnienie” „kultury” może się odbywać na różne sposoby. Zapewne kłódka – to też część „instalacji artystycznej”.

A krzesełko jest przywiązane linką do pianina, które w tym celu należało przedziurawić. Szkoda, że również krzesełka nie przedziurawiono. Byłoby jak w stołówkach 30 lat temu. Pamiętam dziurawe łyżeczki na sznurku – wszyscy sobie wsypywali wspólną łyżeczką sól…

p1280148

Kłódka solidna… I tylko przed deszczem pianina nie chroni. Chroni przed ludźmi – dla których – ponoć – cała ta akcja została przeprowadzona.

p1280150

Ach, jak romantycznie… w kałuży odbija się Mickiewicz, samo pianino też jakoś tak romantycznie błyszczy…

p1280151

Wróć! Toż to woda – zabójca pianin. To trochę tak, jakby postawić w plenerze komputer – „dla ludzi”, oczywiście. Ile on wytrzyma?

p1280152

Jeszcze raz popatrzmy na tę wodę. Ona już sieje spustoszenie w środku pianina – i żadna kłódka nie stanowi tu problemu.

p1280153

Ileż w tym nieskrępowanego artyzmu, polotu fantazji i czego tam jeszcze… Wow, nawet taboret został pomalowany, nawet pedały… Dziękujemy „pani artystce”, że nie pomalowała jeszcze asfaltu dookoła pianina! Byłaby wówczas taka kompozycja muzyczno-asfaltowa. Czyli „muzyką o asfalt”. Jak mawiała moja matka: „fejsem o tejbl” (mordą o stół).

Następne zdjęcia zrobiłem po 5 dniach od poprzednich – kiedy wreszcie natrafiłem na otwarte pianino.

p1280202

Biedny, dobry, stary Mühlbach… Kto by pomyślał, że tak skończysz swój żywot? No i cóż – nie minęło i pięciu dni, jak „artyzmy” rozmazały się pod wpływem deszczu niczym nietrwały makijaż…

p1280203

Klawisze ugrzęzły…

p1280204

Młotki utkwiły, stalowe struny zardzewiały…

p1280205

Tłumiki odpadły…

A jak pięknie odlana była rama, prawda? Ktoś się kiedyś postarał… Przecież to jest wnętrze pianina, gdzie najwyżej raz do roku zagląda stroiciel. Tego piękna nikt nie miał doceniać z punktu widzenia handlowego! To piękno wewnętrzne. Niesamowite.

p1280206

Klawisze ugrzęzły, młotki utkwiły, tłumiki odpadły, kołki zardzewiały – czym nie wyliczanka z „Dziesięciu Murzynków”?

I tylko pianina szkoda…

Czasem patrzę na zdjęcia kogoś, kogo znałem, i nie mogę sobie wyobrazić, że tej osoby już nie ma… Jak to nie ma? Przecież na zdjęciu wygląda dobrze, uśmiecha się, żyje pełnią życia, z pewnością ma mnóstwo jakichś problemów… Co znaczy „nie ma”? I dlaczego kartka papieru, albo nawet wirtualne megabajty w komputerze są trwalsze, niż żywy człowiek?

Więc popatrzcie, proszę Państwa, na zdjęcia tego pianina. Zadumajcie się przez chwilę. Tego pianina też już nie ma. Ono – na moich zdjęciach – wciąż jeszcze o tym nie wie. Ale nie stało go nie wtedy, kiedy „akcja” się skończyła i niepotrzebne pianina zutylizowano – nie, ono umarło w tym samym momencie, kiedy jakiejś gnidzie przyszedł do głowy cały ten pomysł z akcją promującą piwo.