Koncerty z przypadku, albo Pianizm pełną gębą

To, że gwiazdorzyć potrafi Violetta Villas czy Doda, wiedział i wie chyba każdy. Takie gwiazdorzenie zawsze idzie w parze ze skandalami i fochami, cokolwiek by było jego przyczyną. Czasem artyście się wydaje, że jego zachowanie ma czemuś służyć i coś komuś udowodnić – jednak publiczność najczęściej nie rozumie tego przekazu, bo w gruncie rzeczy wszystko jej jedno, z czym się tam artysta „nie zgadza” lub kto zawinił, że nie wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Żaden fan nie lubi, gdy koncert jest odwoływany czy stoi pod znakiem zapytania – i nie ważne, z jakiego powodu. Gdyby każdy artysta wiedział o tym, że skandale, których jest autorem (lub, jak kto woli, ofiarą), w żaden sposób nie są skuteczne, potrafiłby z ciężkich sytuacji (które, oczywiście, zdarzają się wystarczająco często) wychodzić z twarzą i z o wiele lepszą dla siebie korzyścią. Czasem jednak… emocje biorą górę, i zamiast umiejętnie przeprowadzonego autoPRu mamy rozczarowanie publiczności, zerwany koncert i karczemną awanturę za kulisami. I wtedy nikt z tego korzyści nie odnosi.

Lecz czy tylko gwiazdy rozrywki potrafią tak gwiazdorzyć? Nie. „Klasycy”, czyli muzycy poważni, w niczym im nie ustępują. Może jedynie w skali zjawiska i w rozgłosie, który temu towarzyszy. Zajmują się tym zazwyczaj media specjalistyczne, a nie ”plotek”, ”pudelek” czy inny faktoid.

Powiem szczerze: zdarzają się takie sytuacje, kiedy artysta skłania się ku temu, by koncertu, który za chwilę ma się odbyć, nie zagrać. Z różnych powodów – mniej czy bardziej błahych. W większości przypadków muzyk zagryzie jednak wargę i koncert wykona, choć w tym celu należy siebie do tego zmusić. Nie zawsze jednak pozwoli to na zachowanie szacunku do samego siebie. I czasem się zdarzy, że szacunek przeważy.

Przyznam się, że raz w ciągu swojej kariery przyszło mi nie przybyć na mój własny zapowiedziany koncert. Z własnej woli. Okazało się bowiem, że całość miała służyć promocji osoby organizatora koncertu, startującego w wyborach samorządowych (z nadania partii, z którą wyjątkowo się nie utożsamiam – ale nie to było powodem mojej decyzji). „Reszta” – obcowanie z muzyką klasyczną – miała być do tego jedynie dodatkiem, medialnym tłem. Nie zdawałem sobie wcześniej z tego sprawy, lecz dzielnie walczyłem z zestawem absolutnie żenujących dla każdego artysty niedogodności: ustalonym w ostatniej chwili miejscem koncertu, brakiem prób, rozpadającymi się organami, brakiem osoby do asystowania (przewrócenia kartek i zmiany rejestrów), nagłym brakiem transportu… I nagle słyszę: „Skąd niby miałbym mieć na to wszystko pieniądze? Jeszcze mnie nie wybrali!”. Poczułem się raptem niczym marionetka, niczym popychadło w czyichś rękach. Wszystkie te niedociągnięcia organizacyjne, na które ja „w imię Sztuki” miałem przymknąć oczy, nagle stały się po prostu odgórnie wykalkulowanym planem, wg którego nie sam koncert czy jego jakość była najważniejszym celem imprezy – lecz prelekcja, wygłoszona przez pana „mecenasa”, przyszłego samorządowca, przed pełnym wiernych, księży, burmistrzów, wójtów i sołtysów kościołem. Sam w sobie mój koncert tak naprawdę obchodził tylko mnie.

I, kiedy stanowczo odmówiłem wykonania takiego koncertu, usłyszałem stek obelg i pogróżek pod swoim adresem. Zburzyłem bowiem komuś idealnie wypracowany plan na doskonałą kampanię wyborczą, na dotarcie do tuzinów potencjalnych wyborców.

Żeby było ciekawiej: po panu „społeczniku” wszystko spłynęło niczym po kaczce, więc on, niezrażony moją rejteradą, z dumą zaczął wymieniać moje imię i nazwisko w poczcie artystów, którzy brali udział w jego „festiwalu”. No cóż: tacy ludzie się nie obrażają, tylko korzystają ze wszystkiego, zaś ja, nawet nie zagrawszy koncertu, przynajmniej swoim nazwiskiem popracuję na renomę jego festiwalu. Tak więc „grałem tam, gdzie nie grałem”.

Mimo tak poważnego coming-outu – i to na samym wstępie! – muszę jednak stwierdzić, że o wiele częściej przychodziło mi ratować sytuację, kiedy koncert – czy mój, czy czyjś – był zagrożony, niż doprowadzać do jego odwołania.

Nie mówię nawet o sytuacji, gdy któryś zrozpaczony organizator chwyta za telefon i dzwoni z prośbą o pomoc, gdyż a to artystę okradli w pociągu, a to artystka złamała nogę podczas próby, albo inny „artysta” perfidnie zgodził się grać w dwóch miejscach jednocześnie i w ostatnim momencie z tego „mniej ambitnego” się wycofał. Ot, na przykład, tyle samo razy grałem koncert w katedrze w Płocku „legalnie” – czyli pod własnym nazwiskiem – co i w zastępstwie, kiedy na plakacie widniał kto inny. Oczywiście, nie udawałem, że jestem np. wiekową organistką z Izraela :) – publiczność otrzymywała odpowiednie wyjaśnienia – ale w świecie artystycznym ponoć i takie rzeczy się zdarzają. Dobrze, że jeszcze nie dochodzi do tego, że kto inny gra, a kto inny się kłania – choć, znając „pomysłowość” kolegów-artystów, nawet to mnie nie zdziwi.

Ale co robić, gdy np. tuż przed koncertem psują się organy, a pomocy czekać nie ma skąd? Kiedyś takie coś zdarzyło mi się w jednej z ukraińskich filharmonii. Koncert był biletowany, zaś sala – jak to w przypadku koncertów organowych na Wschodzie – wyprzedana. Po krótkim omówieniu sprawy z dyrekcją zagrałem… ten sam koncert na fortepianie. Zamiast muzyki organowej słuchacze otrzymali „Wieczór transkrypcji fortepianowej” – zaś ja musiałem owej transkrypcji dokonywać na bieżąco, nie mając nawet chwili próby. Proszę wierzyć: inaczej się koncert improwizuje, a inaczej gra się „pewniak”, czyli repertuar przygotowany. Jak sprawić, by utwory, które wywołują wrażenie i emocje, będąc grane na organach, nic ze swej wymowy nie straciły podczas przymusowego „przeniesienia” na fortepian? No cóż, nie da się tego zrobić w 100%, można jednak się postarać, by utwory nie tylko coś z siebie straciły, ale również coś w nowej aranżacji zyskały. Mimo wszystko, nie jest to łatwe – cały półtoragodzinny koncert odbyć na innym instrumencie, niż się przygotowywało. Ostatecznie, o uczciwość takiego podejścia zadbała filharmonia – tym, kto nie chciał słuchać fortepianu zamiast organów, nawet i w tym samym repertuarze, i w tym samym wykonaniu, zostały zwrócone pieniądze. Na sali pozostała zdecydowana większość publiczności, nie mniej niż ja podekscytowana tym, co miało się wydarzyć.

Tak oto ratowałem swój własny koncert. Ale zdarzało mi się ratować również cudze koncerty w warunkach zdecydowanie alarmowych.

Paręnaście lat temu spacerowałem sobie warszawską Starówką, aż na kościele św. Jacka dostrzegłem plakat. Tego samego dnia wieczorem miał się odbyć koncert pewnego białoruskiego organisty N. (nazwiska z litości nie przytoczę). Ponieważ jest to mój znajomy, postanowiłem kurtuazyjnie wybrać się na jego koncert.

Było lato, sobotnie popołudnie; kościół był pełen słuchaczy, w większości turystów. Warszawa – to nie Praga, gdzie koncerty „turystyczne” odbywają się codziennie niemal w każdym kościele w centrum miasta, a na każdym kroku stoi rosyjska emigrantka, rozdająca ulotki i sprzedająca na te koncerty bilety. W Warszawie próżno jest szukać podobnej oferty kulturalnej, toteż nic dziwnego, że wszyscy, niczym wygłodniałe wilki, rzucili się na ten koncert, jedyny w całej turystycznej okolicy.

Wybija godzina koncertu, wychodzi przeor dominikanów i ogłasza, że… koncert się nie odbędzie, jako że organista odmówił jego wykonania, spakował manatki i właśnie odjechał taksówką.

Po kościele rozniósł się pomruk niezadowolenia; część ludzi zaczęła wstawać, część, być może nie zrozumiawszy po polsku, nadal siedziała. Od wejścia nacierali kolejni słuchacze. „Co za wtopa”, pomyślałem sobie, idąc z odsieczą w kierunku ołtarza, gdzie wciąż stał przeor. Przecież to się nie może tak skończyć.

I już za chwilę koncert grałem ja. Nie byłem ani odpowiednio ubrany, ani przygotowany – jednak zawsze noszę ze sobą jakiś zestaw nut, nad którymi aktualnie pracuję, o których myślę – a więc było co grać.

Najlepsze jednak było to, że po jakimś czasie znalazłem się z koncertem w Mińsku. Znajomy organista tak samo kurtuazyjnie przyszedł na mój koncert, a po koncercie – do mnie za kulisy. Słowo za słowem, aż mój rozmówca, licząc oczywiście na odpowiedni efekt u otaczających nas ludzi, zaczął… chwalić się sukcesem jego recitalu w kościele dominikańskim w Warszawie! „Tyle że pański koncert zagrałem ja”, powiedziałem. Jego mina i niezdarne próby tłumaczenia (że w rzeczywistości koncert się… odbył, lecz kilka dni wcześniej, niż ktoś błędnie podał na plakacie…) były absolutnie bezcenne.

W tymże Mińsku, gdzie kiedyś się uczyłem i studiowałem, miało kiedyś miejsce inne wydarzenie. Otóż w Filharmonii Państwowej – na głównej scenie klasycznej kraju – miał grać recital organowy mój nauczyciel, którego nazwisko w niniejszym kontekście również wolę pominąć. Nie mogło więc na tym koncercie zabraknąć mnie. Miałem wówczas 19 lat.

Usiadłem w pierwszym rzędzie, obłożony nutami utworów, które były zapowiedziane w programie. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego – młodzi muzycy często słuchają muzykę, patrząc jednocześnie w nuty – w ten sposób można czegoś więcej dowiedzieć się o utworze, i jednocześnie lepiej zrozumieć zamysł interpretacji. Oczywiście, można też łatwo wyłapać wszystkie błędy i odejścia od tekstu oryginalnego, dzięki czemu kształtuje się również spostrzegawczość i wrażliwość, jak również umiejętność korelacji muzyki brzmiącej z muzyką pisaną.

Wychodzi prowadząca koncert – moja znajoma – i zaczyna mówić… Po kwadransie mówienia o wszystkim i o niczym zorientowałem się, że coś jest nie tak: koncert nijak nie może się rozpocząć. Dosłownie za chwilę prowadząca ogłasza „przerwę techniczną” i… zwraca się ze sceny do mnie, prosząc o przyjście za kulisy. Dopiero tam okazuje się, co się stało. Otóż mój nauczyciel, mający, niestety, pewne nałogi, a przez to problemy ze sobą, zamknął się od środka w pokoiku artystycznym i… odmówił wyjścia na scenę! Prelegentka, pełniąc jednocześnie pewną odpowiedzialną funkcję w tej filharmonii, pyta się mnie, „czy leci z nami pilot”, i czy jestem w stanie cokolwiek zagrać dla ponad dwustu osób siedzących na widowni. Odpowiedziałem, że, jeżeli mój luzacki strój nie jest przeszkodą, żeby wyjść na scenę, to jak najbardziej. Należy jeszcze wziąć pod uwagę, że na Białorusi obecność dwóch organistów w tym samym miejscu i czasie było wówczas prawdziwym ewenementem.

Kolejne pytanie prelegentki dotyczyło tego, co mogę zagrać w tej sytuacji. Odpowiedzią sprawiłem, że moja znajoma stała się moją bardzo-bardzo-dobrą znajomą: „ten sam program, co miał zagrać Maestro”.

Nuty, które zabrałem ze sobą, przydały się w całkiem innym kontekście, niż było zamierzone. Koncert udał się zjawiskowo – zazwyczaj nie mam tremy scenicznej, zaś adrenalina, wywołana zupełnie niesłychaną sytuacją alarmową i brakiem przygotowania, nie tylko mnie nie rozłożyła, a i dodatkowo zmotywowała. Oto co znaczy stale być w formie – technicznej i moralnej.

Inna sprawa, że mój nauczyciel stał się odtąd moim wrogiem. W niczym jednak mi to nie zaszkodziło: przeprowadziłem się niebawem do Warszawy.

Co może urosnąć z człowieka, zamykanego w pokoju z pianinem lub fortepianem na cały dzień, w piątek i świątek, w wakacje i ferie, zmuszanego od dzieciństwa ćwiczyć po 6-8-10 godzin każdego dnia? Na szczęście, jestem w o tyle wygodnej sytuacji, że to ja mogę zadać to pytanie i poszukać na nie odpowiedzi, zamiast zostać obiektem badań przeprowadzanych przez kogo innego. Nie może się tym pochwalić sławny rosyjski pianista Andrei Gavrilov (Andriej Gawriłow), który właśnie pokazał, że zdrowie palców nie zawsze idzie w parze ze zdrowiem duszy, serca i rozsądku. Zamieszczam poniżej tłumaczenie artykułu z pewnego putinowskiego szmatławca („Izwiestia”).

Wczoraj w Międzynarodowym Domu Muzyki w Moskwie orkiestra „Rosyjska Filharmonia” i Andriej Gawriłow mieli otwierać Festiwal Bożonarodzeniowy. Światowej sławy pianista nie grał w Moskwie od trzech lat, więc zainteresowanie jego koncertem było odpowiednio wysokie. Jednak kwadrans po planowanym rozpoczęciu dyrygent Dmitri Jurowski ogłosił, że pan Gawriłow się rozchorował, i zamiast niego Trzeci Koncert fortepianowy Rachmaninowa wykona Aleksander Gindin, który szczęśliwie zgodził się uratować sytuację.

„Gdy w Moskwie pianista odmawia wykonania Trzeciego Koncertu Rachmaninowa, na sali zawsze się znajdzie inny pianista, który to zrobi” – zachwycony rosyjską szkołą pianistyczną zażartował brytyjski krytyk muzyczny Norman Lebrecht.

Aleksander Gindin, pytany przez dziennikarza, wyjaśnił, że przybył na koncert Gawriłowa na prośbę szefa orkiestry, by potem podzielić się swoimi wrażeniami. „Wysłuchałem próby, stwierdziłem, że mam tego dość, więc miałem już wychodzić”. Jednak zamiast tego Gindin skierował się na scenę.

Tymczasem pan Gawriłow, opuszczając Dom muzyki wyjściem ewakuacyjnym i znikając w metrze, wytłumaczył zajście zupełnie inaczej. „Wydaje się, że wielu zrozumiało mnie opacznie”, napisał Gawriłow na facebooku. „Byłem doskonale przygotowany i miałem natchniony nastrój. Ale przecież nie byłem sam. To nie był recital solowy. Wszystko jasne, mam nadzieję?”.

Jednak zawiedzionym internautom nie było „wszystko jasne”, więc Gawriłow musiał kontynuować swoje wyjaśnienia. Skrytykował więc poziom gry orkiestry, mówiąc, że orkiestranci grają na poziomie „chorych kurcząt w inkubatorze, próbujących imitować słowiki”, zaś dyrygenta określił jako „rozkapryszonego i nieudolnego”. Wg Gawriłowa, orkiestra trzykrotnie nie potrafiła zacząć Koncert cicho, tak jak Gawriłow o to prosił.

Gazeta próbowała skontaktować się z Andriejem Gawriłowem przed jego wylotem z Moskwy. Pianista nie zechciał rozmawiać, tłumacząc, że… nie lubi korzystać z komórki. „Ona mnie rozprasza i przeszkadza przez cały czas myśleć o muzyce, którą ja żyję niczym chlebem codziennym”, wyjaśnił pianista. Mimo wszystko, odpowiedział na jedno pytanie, a mianowicie, po co w ogóle początkowo godził się grać z tą orkiestrą i tym dyrygentem, skoro są tak słabi. „Wszystkie moje projekty w Moskwie od trzech lat są torpedowane i odwoływane przez telefony wysoko postawionych nieprzyjaciół. To była jedyna szansa, by wreszcie przytulić moich bezgranicznie ukochanych moskwian”.

Pianista Aleksander Gindin jest przekonany, że „każdy pianista o zasłużonym nazwisku ma prawo traktować kompozytora, jak uważa za stosowne, lecz kwestie interpretacji należy rozwiązywać podczas prób”. Jak wyjaśnił, „istnieje również pojęcie etyki i godności zawodowej. Tak sobie po prostu wyjść tuż przed rozpoczęciem koncertu, nie zamieniwszy z nikim ani słowa, nie wypada; wręcz wykracza poza jakiekolwiek granice”.

Dyrektorka orkiestry „Rosyjska Filharmonia” oświadczyła, że „Andriej Gawriłow uciekł dla wszystkich nieoczekiwanie, ale za to z zainkasowanym honorarium. Gdy stwierdziliśmy, że w pokoju dla artystów go nie ma, ochrona rozpoczęła poszukiwania w całym budynku. Dopiero pracownicy bufetu powiedzieli, że widzieli mężczyznę, który wydostał się z budynku przez wyjście pożarowe”. Dodała, że „nie ma mowy o pretensjach do poziomu profesjonalnego orkiestry i dyrygenta, skoro wykonali oni koncert Rachmaninowa z Aleksandrem Gindinem zupełnie wybitnie, bez choćby jednej próby”.

Dyrygent, Dmitri Jurowski, powiedział z kolei, że „podczas próby Gawriłow nie potrafił odtworzyć nawet i połowy tekstu nutowego, napisanego przez Rachmaninowa”. Wg niego, „orkiestranci nie byli w stanie uwierzyć, że człowiek, który siedzi za fortepianem, to naprawdę Andriej Gawriłow”.

Ale dlaczego mówiło się o „chorobie” pianisty? Jak tłumaczy dyrygent, „trzeba było mu dać możliwość wybrnąć z zaistniałej sytuacji z twarzą. A na dodatek, nigdy nie należy wynosić na szeroką publikę zakulisowe skandale”.

Andriej Gawriłow jest znany ze zwycięstwa na Konkursie Czajkowskiego w roku 1974, po którym otrzymał zaproszenie od Herberta von Karajana odbyć wspólne tournée koncertowe. Jednak na drodze wyjazdu stanęło KGB, które uniemożliwiło artyście wyjazd z kraju. Dopiero w 1985 roku Gawriłowowi udało się opuścić Związek Radziecki. W roku 1994 Gawriłow zerwał wszelkie kontrakty i angaże i zaprzestał działalności artystycznej na siedem lat. Pianista znany jest ze swej bezkompromisowości i skłonności ku epatowaniu. Bardzo sobie zaszkodził w środowisku muzycznym, wyrażając publicznie swoje druzgocące opinie o własnych nauczycielach – Lwie Naumowie i Światosławie Richterze.

Świat artystyczny pełen jest intryg, toteż nie zdziwię się, gdyby się okazało, że powyższe wydarzenie zostało ukartowane, albo inaczej – ustawione. Zresztą, z „ustawką” należy się liczyć w każdym przypadku tzw. skandalu artystycznego. Ot, w przypadku mojego koncertu („uczeń za mistrza”) ktoś mógłby powiedzieć, że pedagog ukartował to w porozumieniu ze mną – by mnie wypromować. Zaś sam pedagog z pewnością myślał sobie, że mój występ został ukartowany przeze mnie wespół z filharmonią – i to przeciwko niemu. Tymczasem ani jedno, ani drugie nie miało jednak miejsca.

Jedna z piękniejszych „ustawek” w relacji „mistrz-uczeń” miała miejsce w XVIII wieku, w przedrewolucyjnej Francji. Słynny kompozytor operowy Christoph Willibald Gluck, mając kontrakt na napisanie nowej opery (pod tytułem Les Danaïdes) dla paryskiej Grand Opéra, nie miał już sił ani zdrowia, żeby się za to zabrać. Termin oddania opery zbliżał się nieubłaganie, więc Gluck był zmuszony poprosić o jej skomponowanie swego ucznia. Oczywiście, sprawy nie można było ujawnić: Gluck miał w Paryżu niesłychaną renomę, i żadne cudze nazwisko, tym bardziej ucznia, bynajmniej nie stanowiło tu godnej alternatywy, możliwej do zaakceptowania przez paryżan. Jednak „Danaidy” odniosły w Paryżu oszałamiający sukces. Szlachetny kompozytor, daleki od chęci przywłaszczenia sobie cudzego sukcesu, natychmiast napisał oświadczenie prasowe, w którym wyznał całą prawdę: muzykę „Danaid” w całości skomponował jego wspaniały uczeń, Antonio Salieri.

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • ile wazy pianino beethoven (2)
  • koncert Gawrilowa krakow (1)
  • pianizm (1)
  • pianizm czy pianistyka (1)
  • pianizm znaczenie (1)