Sommerfeldogedon

Owidiusz powiadał, że kropla drąży skałę. Znów i znów wracam do tematu bydgoskiego producenta pianin i fortepianów Brunona Sommerfelda. Nie dlatego, że pojawiło się więcej informacji, ale po to, by krytycznym okiem ocenić to, co dziś w drugim obiegu „chodzi” przed oczyma i w głowie zainteresowanych. W końcu, upór wszystkich poszukujących doprowadzi do ustalenia nowych faktów.

Dla polskich czytelników ważne są m.in. dwa teksty o Sommerfeldzie – jeden autorstwa Barbary Gogol-Drożniakiewicz, drugi – Adama Willmy. Błędów nie ustrzegł się żaden, jednak ten drugi operuje wyjątkowo sprzecznymi ze sobą hipotezami i pełen jest wzajemnie wykluczających się tropów.

W niniejszym tekście postaram się spojrzeć na oba te artykuły krytycznym okiem i skomentować każdą wątpliwą frazę, po czym odrzucić ewidentne przekłamania i poddać syntezie to, co pozostało.

Najpierw – artykuł Barbary Gogol-Drożniakiewicz „Fabryka pianin i fortepianów B. Sommerfelda” (Wydawnictwo Uczelniane Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, Zeszyt Naukowy nr 15, s. 89-92). Opuszczam w nim genezę i historię fortepianu i wszystko inne, co nie dotyczy bezpośrednio Sommerfelda. Moje sprostowania zamieszczam na czerwono.

„Jednak z początkiem XX wieku największą fabryką fortepianów w Polsce była wytwórnia oraz hurtownia pianin i fortepianów, założona przez Brunona Sommerfelda w Bydgoszczy, w 1905 roku.

W roku 1905 założono hurtownię (skład), jednak produkcja pianin rozpoczęła się dopiero w roku 1921 lub nawet 1923-24. To jest podstawowy i absolutnie kluczowy błąd powielany dziś w najlepsze.

Wytwórnia istniała pod nazwą „B. Sommerfeld”. W okresie międzywojennym Bydgoszcz, obok Kalisza, stała się potentatem w produkcji instrumentów klawiszowych. Oprócz Sommerfelda działały tu bowiem jeszcze dwie mniejsze fabryki: Ottona Majewskiego i Willego Jaehne.

Ależ nie dwie. W samym okresie międzywojennym co najmniej pięć.

Wytwórnia Sommerfelda mieściłą się przy ul. Elisabethstrasse 47 i 56 (dziś ulica Śniadeckich), w latach między I a II wojną światową przy ul. Śniadeckich 2 (przed zmianą numeracji w 1931 roku – 56) oraz przy ul. Promenada 44/45 (dziś ul. Jagiellońska) i Gdańskiej 27. Przejściowo w okresie 1921-1922, gdy do Brunona dołączył jego brat Ernest, wytwórnia funkcjonowała pod nazwą „Bracia Sommerfeld” [W. Weber, Księga adresowa m. Bydgoszczy, Adresy miasta Bydgoszczy 1922-1936/37, Bydgoszcz 1922-1937].

W 1904 roku podpisano konwencję handlową z Niemcami, w zakresie dystrybucji instrumentów. Byłe tereny Polski, a zwłaszcza okupowane przez Prusy, stały się więc atrakcyjnymi miejscami ich zbytu.

Kto podpisał ową konwencję? Rosja? A co to ma wspólnego z Sommerfeldem? A co Rosja miała wspólnego z Bydgoszczą? Nie widzę tu żadnego związku z tematem. Dodatkowo, wydaje mi się, że słowo „okupowane” należałoby zarezerwować dla II tudzież I wojny światowej, i nie nadużywać go w odniesieniu do zaborów.

Sądzę, że na tej fali, a także z pobudek czysto utylitarnych – wszak Bydgoszcz na początku XX wieku była bardzo ważnym ośrodkiem muzycznym w ramach Rzeszy, stąd i dużego popytu na instrumenty – Brunon Sommerfeld założył swoją fabrykę właśnie tutaj.

A może założył w Bydgoszczy, bo tam mieszkał? To nie jest pytanie krytykujące – niewiele wiemy o „wczesnym” Sommerfeldzie.

I choć generalnie przemysł fortepianowy w Polsce do wybuchu I wojny światowej, i później, w okresie międzywojennym, przechodził regres mierzony przede wszystkim kryzysami gospodarczymi, to największa w Bydgoszczy i podówczas w Polsce fabryka fortepianów Sommerfelda (zwłaszcza po roku 1920), rozwijała się w sposób, który można by określić jako bezprzykładny.

W opublikowanej w 1988 roku pracy habilitacyjnej Beniamina Vogla pt. Budownictwo fortepianów na ziemiach polskich do II wojny światowej, w wykazach tabelarycznych w niej umieszczonych, a dotyczących iloci wyprodukowanych instrumentów, fabryka Sommerfelda znajduje się zawsze na czołowych pozycjach. Np. w 1932 roku (czyli w czasie głębokiego kryzysu gospodarczego) „B. Sommerfeld” przewodzi z liczbą 264 sztuk na ogólną liczbę 595 fortepianów i pianin wyprodukowanych we wszystkich fabrykach w Polsce. Dla porównania: w kaliskich wytwórniach wyprodukowano wtedy łącznie 91 instrumentów.

Brunon Sommerfeld zatrudniał przeciętnie 200 pracowników, w tym przeważnie Polaków. Kilkoro z nich, jak Marian Marciniak, żyje do dziś, wspominając pracę u Sommerfelda jako okres prosperity, acz wypracowany niezwykle skrupulatnym wypełnianiem obowiązków, z jednoczesnym przestrzeganiem profesjonalizmu wysokiego lotu. Nb. za jakość produkcji odpowiedzialny był Polak – Franciszek Nowacki. Zmarły w 2001 roku Feliks Goliński, który m.in. zajmował się moim fortepianem marki będącej przedmiotem niniejszego doniesienia, wspominał o ogromnie długim i żmudnym procesie korekt, jakim poddawany był każdy instrument oferowany na sprzedaż, a już tym bardziej przeznaczony do prezentowania na rozlicznych wystawach. Nic dziwnego, że ich plonem były najwyższe medale, że wymienię Grand Prix i Złote Medale z Florencji, Paryża z 1927 i 1929 roku oraz kilkanaście najwyższych medali na wystawach krajowych.

Prawdziwym hitem firmy był produkowany od 1935 roku tzw. „Baby grand”, czyli fortepian dziecięcy o długości 138 cm i szerokości 147 cm, z 7 1/4 oktaw, eksportowany do Anglii i innych krajów Europy Zachodniej.

„Baby grand” nie tłumaczy się z angielskiego dosłownie. Nie jest to żaden fortepian „dziecięcy”, „zabawkowy” ani też „fortepian wielkiej baby” – czy to w cudzysłowie, czy bez (!). Wyraz „baby grand” należy przetłumaczyć jako „fortepian gabinetowy”.

Zarówno ten typ fortepianu, jak i pianina produkowane u Sommerfelda, odznaczały się – wg opinii eksperta Jana Szczęsnego – dobrze „wyliczoną” menzurą, dobrą strojnicą oraz pięknym, nośnym i jasnym dźwiękiem, czego potwierdzenie – zwłaszcza w stosunku do tej ostatniej cechy – każdorazowo znajduję, słuchając swojego egzemplarza fortepianu tej firmy.

Bujny rozwój fabryki „B. Sommerfeld” wymógł powstanie jej oddziału w Grudziądzu (przy ul. Groblej 4) a także filii w Warszawie, Poznaniu, Katowicach, Łodzi i Gdańsku. Oprócz bowiem własnej produkcji, w hurtowni posiadano szeroki wybór pianin i fortepianów firm: „Steinway”, „Bechstein”, „Blüthner”, „Feurich”, „August Förster”, Heinrich Wolframm” i innych, jak również fisharmonie firmy „Mannborg”. Oferowano instrumenty za gotówkę i na dogodne, uzgodnione z klientem raty miesięczne, lecz w wysokości nie mniejszej niż 100 złotych (w okresie międzywojennym).

Ceny produkowanych instrumentów kształtowały się różnie, od ok. 800 do 3500 złotych, choć każdorazowo mogły być negocjowane. I tak w stosunku np. do dyrekcji Miejskiego Konserwatorium Muzycznego B. Sommerfeld stosował szczególne przywileje, mając świadomość, że użytkownicy jego instrumentów, uczniowie i ich nauczyciele, przysparzają firmie reklamy [z korespondencji między fabryką a dyrekcją Miejskiego Konserwatorium Muzycznego, w zbiorach Rajmunda Kuczmy, teczka pt. Miejskie Konserwatorium Muzyczne – zakup pianin z firmy Sommerfeld, przechowywanej w zbiorach specjalnych Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, s. D-2 do D-16]. W korespondencji kierowanej do właściciela, dyrektor polskiego konserwatorium, Zdzisław Jahnke, każdorazowo podkreślał, że mimo szkolnego, częstego używania, zupełnie nie zmieniły się „instrumenty fabrykatu Sommerfelda, zachowując nadal ton dźwięczny i pełny, przy czem nad wyraz miękki” [tamże, s. D-1].

Właściciel nie szczędził reklamie ani środków, ani miejsc. Praktycznie w całej bydgoskiej prasie (polskiej i niemieckiej), jak i toruńskiej, a także w tych miastach, gdzie firma posiadała swoje oddziały, ukazywały się reklamy i to zarówno wyrobów własnych, jak i instrumentów innych fabryk, będących w ofercie Sommerfelda. Przez pewien okres funkcjonował także firmowy zespół jazzowy (jazz-band), w którego składzie znajdował się markowy, fabryczny fortepian. Nadto każdorazowe wypożyczenie instrumentu na koncerty organizowane przez polskie i niemieckie stowarzyszenia, szkoły i instytucje, a nawet kawiarnie i restauracje, stanowiło doskonałą okazję do zaprezentowania i zareklamowania wyrobów firmy.

Obroty fabryki i hurtowni „B. Sommerfeld” w najlepszych latach sięgały ponad 2 mln złotych, a jej właściciel należał do najzamożniejszych Niemców zamieszkałych w Bydgoszczy. Był on m.in. członkiem działającego od 1927 roku Zrzeszenia Przemysłu i Handlu Muzycznego w Polsce, a także Związku Fabrykantów w Bydgoszczy. Jako jeden z ostatnich opuszczał Bydgoszcz w styczniu 1944 roku, na dzień przed wkroczeniem wojsk radzieckich (22 stycznia) [jednym ze świadków tego zdarzenia był Rajmund Kuczma]. Mimo bowiem zawieruchy wojennej, fabryka działała przynajmniej do 1941 roku, bo z tego właśnie okresu pochodzą ostatnie egzemplarze instrumentów (np. wyprodukowany na specjalne zamówienie znanego bydgoskiego lekarza, doktora Klikowicza fortepian przeznaczony dla córki Ireny [Instrument ten o numerze 7612 jest teraz w posiadaniu autorki doniesienia – Barbary Gogol-Drożniakiewicz]).

W tym zdaniu ważnych jest kilka aspektów. Po pierwsze, kwestia produkcji instrumentów w 1941 roku jest bezdyskusyjna. Po drugie, należy zwrócić uwagę na numer seryjny wymieniony przez Autorkę. Instrument o numerze 7612 musiał być wyprodukowany latem 1940 roku, a nie w 1941, i nijak nie mógł być jednym z ostatnich egzemplarzy. Ale to nie wszystko. Podczas wywiadu, udzielonego przez B. Gogol-Drożniakiewicz Adamowi Willmie (tekst przytoczony niżej), sfotografowano instrument o zupełnie innym numerze seryjnym, a mianowicie [7]748 (pierwsza siódemka jest dziwnym trafem starta, tak jakby ktoś chciał ukryć prawdziwy numer fortepianu, jednak słowo „Bromberg” na nadruku firmowym niedwuznacznie wskazuje na to, że ma to być właśnie siódemka, a nie np. szóstka. Rzeczywiście, numer 7748 byłby najwyższym znanym dziś numerem instrumentu Sommerfelda.

Sommerfeld 7748

Skąd się zatem wzięły te rozbieżności w numerach? Gdyby pomylono się w jednej cyfrze, można mówić o przypadku – ale numeru 7748 nijak nie można pomylić z numerem 7612.

Po trzecie, dr Klikowicz, „znany bydgoski lekarz”, wnioskując z nazwiska, był Polakiem. Nawet jeżeli na chwilę zapomnimy o akcji eksterminacyjnej polskiej inteligencji i wysiedleniu Polaków z terenów przyłączonych do Rzeszy, czy możemy sobie wyobrazić, że doktor Polak, mieszkający w Bydgoszczy, w środku trwającej wojny zamawia nowy fortepian dla córki? Chciałoby się uwiarygodnić to świadectwo…

No i wreszcie po czwarte, Bydgoszcz wyzwolono w styczniu 1945, nie 1944 roku. Wstyd!

Później sam właściciel i dyrektor Brunon Sommerfeld zatrudniony został jako ekspert przez Wielkopolską Fabrykę Fortepianów i Pianin z Poznania, która w Bydgoszczy posiadała swój skład i warsztat naprawczy. Niewątpliwe znawstwo i fachowość B. Sommerfelda było niezwykle cenione wśród producentów i dystrybutorów instrumentów klawiszowych.

„Wielkopolska Fabryka Fortepianów i Pianin w Poznaniu” – to mała wytwórnia Antoniego Drygasa, która produkowała same pianina w latach 1917 (1922?) – ok. 1935. W roku 1945 ona nie tylko już od dawna nie produkowała żadnych instrumentów i tym bardziej nie posiadała filii w innych miastach, ale i nie istniała fizycznie: w roku 1945 jej budynki w Poznaniu doszczętnie spłonęły. Zatem Sommerfeld nie mógł być przez nią zatrudniony i ta relacja (wg A. Willmy – autorstwa Rajmunda Kuczmy; B. Gogol-Drożniakiewicz źródła nie podaje) nie jest prawdziwa. No a „niewątpliwe znawstwo i fachowość Sommerfelda było niezwykle cenione wśród producentów i dystrybutorów instrumentów klawiszowych” – to już domysły własne. „A co, nie było? No chyba nie mogło nie być?” Brrr.

Pianina i fortepiany z jego fabryki zdobiły salony bydgoskich notabli i stanowiły w głównej mierze wyposażenie w instrumenty klawiszowe bydgoskich szkół i instytucji. Do dziś instrumenty „B. Sommerfeld” cenione są za swoje walory czysto brzmieniowe, „trzymanie” stroju, jak i za funkcje estetyczne, będące wykładnią najpiękniejszych cech mebli z początków XX wieku. Nic też dziwnego, że w Bydgoszczy spotkać ich można najwięcej. Natomiast Filharmonia Pomorska im. I. J. Paderewskiego, jako jedyna w Polsce, posiada unikatową Kolekcję Zabytkowych Fortepianów, której zgromadzenie niewątpliwie zaświadcza o bogatych tradycjach budownictwa tych instrumentów w Bydgoszczy. Tradycji, w której najpoważniejszą rolę odegrała z pewnością fabryka pianin i fortepianów „B. Sommerfeld”.”

A teraz – artykuł Adama Willmy (Sprawa Sommerfelda, w: „Gazeta Pomorska”, 07.10.2011, Magazyn, s. 9), który wobec powyższego tekstu jest raczej wtórny, mimo to zawiera szereg innych informacji, które warto rozpatrzyć i sprostować. Ponieważ moich komentarzy jest zdecydowanie więcej, niż było dotychczas, w celu uniknięcia kolorowego oczopląsu decyduję się na umieszczenie tekstu omawianego w postaci cytatu, a swoich komentarzy – jako tekstu podstawowego.

Śledztwo w sprawie Sommerfelda

To miał być tekst o najbardziej znanym przedwojennym fabrykancie z Bydgoszczy. Ale słuch o nim zaginął. Pozostały świetne fortepiany.

W rankingach instrumentów czasem używa się porównań do samochodów. Sommerfeldy nie były rolls-royce’ami pośród pianin i fortepianów. Tę półkę zajęło kilka niemieckich wytwórni. Ale były volkswagenami, a niekiedy mercedesami na tym rynku.

Brzmienie mercedesa

Do „mercedesów” zaliczyć można fortepian prof. Barbary Gogol-Drożniakiewicz z KUL, znawczyni bydgoskiej kultury muzycznej. Niewielki, salonowy instrument zachował czarujące brzmienie: – Wcześniej miałam starego Bechsteina, ale dźwięk jest nieporównywalny. Sommerfeld jest bardzo uniwersalny – można na nim równie dobrze oddać precyzję Bacha, jak i rozmazane obrazy Debussy’ego. I do tego jak trzyma strój! Ostatni raz strojony był 6 lat temu i nadal nie potrzebuje ręki fachowca.

Oj nie. Potrzebuje, Pani Profesor, jeszcze jak potrzebuje. Naprawdę, ostatnią rzeczą, którą należy się chwalić, to to, że nasz fortepian „nie potrzebuje” strojenia i że go nie stroimy.

– Sądzę, że Sommerfeld zasłużył na miano polskiego Steinwaya.

Egzemplarz pobrzmiewający w mieszkaniu pani profesor jest prawdopodobnie ostatnim fortepianem, który opuścił bydgoską fabrykę. Zbudowano go chyba w 1941 roku na zamówienie doktora Klikowicza, znanego bydgoskiego lekarza, który zamierzał kształcić muzycznie córkę.

Do powyższej informacji odniosłem się już w komentarzu do poprzedniego artykułu, skąd wiadomość zaczerpnięto. Pomimo tego, iż numer 7748 jest obecnie najwyższym znanym numerem instrumentu Sommerfelda, nie możemy definitywnie stwierdzić, że jest to ostatni wyprodukowany instrument.

Opinię prof. Gogol-Drożniakiewicz potwierdza Maciej Szarafiński, konserwator fortepianów z poznańskiego Muzeum Instrumentów Muzycznych: – Pierwsze instrumenty Sommerfelda, z początku XX wieku, brzmią bardzo przeciętnie, ale później ich jakość zdecydowanie się poprawia. Już w latach 30-ych z Bydgoszczy wyjeżdżają bardzo dobrej klasy fortepiany i pianina.

Sęk w tym, że produkcja pierwszych pianin Sommerfelda rozpoczęła się dopiero w 1921, albo nawet i 1923-24 roku. Konia z rzędem temu, kto słyszał brzmienie nieistniejących instrumentów Sommerfelda!.. Ba, tu nie tylko „solidna opinia” – tu nawet „świadectwo o progresie”. A ot ja nigdy nie słyszałem „bardzo przeciętnych” instrumentów Sommerfelda! Wszystkie brzmiały dobrze. Jaka z tego konkluzja? Że „progresu” nie było?

Co najmniej kilka pianin z tego okresu, z którymi miałem do czynienia, brzmiało bardzo dobrze, a jedno z nich było najlepszym tego typu instrumentem, z jakim się zetknąłem. Jeśli instrument trzyma parametry przez tyle lat, świadczy to o dużej klasie producenta. Pianino Sommerfelda stoi np. u pianisty Waldemara Malickiego, który bardzo je chwali.

Ze Śniadeckich na Cejlon

Brunon Sommerfeld jako producent pianin zadebiutował w 1905 roku.

Nie. W 1905 roku powstał jedynie skład pianin i fortepianów – inaczej mówiąc, należący do Sommerfelda salon sprzedaży instrumentów różnych europejskich firm. To, że później sam Sommerfeld wywodził swą firmę jako egzystującą od 1905 roku, było normalną praktyką. Kto by chciał kupować pianina produkowane „od wczoraj”?

Swoją wytwórnię umieścił przy Elisabethstrasse (dzisiejsza ulica Śniadeckich 2). Z czasem firma zajmowała kolejne budynki – przy Jagiellońskiej i Gdańskiej.

– Sommerfeld odniósł nadzwyczajny sukces. Pod względem liczby fortepianów już w latach 20-ych stał się największym producentem w Polsce – podkreśla prof. Gogol-Drożniakiewicz, która opisywała losy tej firmy. – To nie brało się znikąd. Kultura muzyczna stała w mieście na bardzo wysokim poziomie, a pianino czy fortepian było obowiązkowym wyposażeniem mieszczańskiego domu.

Oprócz Sommerfelda działało w Bydgoszczy kilka innych fabryk. Większość z nich nie rozwinęło nigdy skrzydeł: – Fortepiany budowali Majewski, Wojdylak oraz Jähne, spotykałam też instrumenty z wytwórni Chamskiego. Większość to były „składaki” nie dorównujące Sommerfeldowi, który stosował np. mechanizmy najlepszych ówczesnych producentów.

Fortepianów nie budowała żadna z wymienionych tu firm (oczywiście, chodzi o pianina), ale nie to jest najważniejsze. Wszystkie one stosowały „mechanizmy najlepszych ówczesnych producentów” – tych samych, od których kupował mechanizmy także i Sommerfeld. Dlatego z takim samym powodzeniem mianem „składaka” można określić również instrumenty Sommerfelda. Owszem, mniejsze wytwórnie bydgoskie kupowały od podwykonawców również np. gotowe klawiatury. Ale to samo robił przynajmniej we wczesnym okresie produkcji i sam Sommerfeld, jako że wówczas jeszcze mu się nie opłacało założenia własnej produkcji klawiszy. Nie czyni to ani jego pianin, ani instrumentów jego rachitycznej konkurencji gorszymi czy lepszymi.

Sommerfeld (w pewnym okresie działający z bratem) zaczął tworzyć składy fabryczne poza Bydgoszczą: w Grudziądzu, Poznaniu, Warszawie, Katowicach, Łodzi i Gdańsku. Instrumenty eksportowano do Wielkiej Brytanii, Holandii, Francji, a nawet na Cejlon i do Palestyny.

W firmowych salonach można było kupić również Steinwaya, Blüthnera czy Bechsteina. Sprzedaż napędzały złote medale, jakimi uhonorowano bydgoskie fortepiany na wystawach w Paryżu i Florencji. W ofercie były instrumenty w cenach od 800 do 3500 zł. W najlepszych latach obroty firmy przekraczały 2 miliony złotych.

Bruno z Ornety

Sommerfeld pojawia się jako reklamodawca na łamach prasy, wypożycza swoje instrumenty na koncerty organizowane przez liczne stowarzyszenia muzyczne. Znika nagle, wraz z zawieruchą wojenną.

Nie znika on „nagle”. Trzeba wziąć pod uwagę, że fabryka, która znajduje się w tarapatach, upada, kończy działalność, walczy o byt – zazwyczaj nie dokumentuje chwil swojej agonii z należytą starannością. Pracownicy uciekają niczym szczury z tonącego okrętu, działają na własną rękę i korzyść, w dokumentacji panuje chaos, nikt już się nie stara „dla potomnych”, lecz walczy o własne przeżycie. No i już ustaliliśmy, że firma nie „znika wraz z zawieruchą wojenną”, tylko zmienia nazwę miasta z „Bydgoszczy” na „Bromberg” i w najlepsze produkuje pianina i fortepiany dalej – jeszcze nawet przez 2 lata od rozpoczęcia wojny.

O ile losy innych polskich producentów fortepianów można łatwo odtworzyć, ślad po Sommerfeldzie niknie.

Czyżby? Końcówka działalności większości polskich firm produkujących pianina i fortepiany, o ile nie były one przejmowane (odkupywane) przez kolejne generacje fabrykantów, jest dziś nieznana. Krall i Seidler? Kerntopf? Małecki? Hofer i Hildt? A jak być z tymi, o których jedyne świadectwo doszło do dnia dzisiejszego w postaci jedynego cudem zachowanego pianina czy fortepianu? Taki oto „A. Strobach, Lodz”? „Łatwo odtworzyć” – to coś na pograniczu fantastyki…

Wiadomo jedynie, że budynek fabrycznej lakierni, na miejscu której wybudowano dzisiejszy dworzec PKS, spłonął doszczętnie po trafieniu rosyjskim pociskiem.

W encyklopedycznych notach poświęconych fabryce brakuje nawet daty urodzenia właściciela. Na próżno szukać w Bydgoszczy choćby tablicy pamiątkowej. W Cafe Pianola, gdzie zebrano kolekcję starych fortepianów, na Sommerfelda nie wystarczyło miejsca.

– Chcieliśmy opisać tę postać w Bydgoskim Słowniku Biograficznym, ale ocalało zbyt mało informacji – przyznaje dr Marek Romaniuk, kierownik działu opracowania zbiorów w Archiwum Państwowym.

Dr Romaniuk obiecuje poszperać w dokumentach. Gdy znajdujemy Józefa Bronisława Sommerfelda (fabrykant posługiwał się niekiedy imieniem Bronisław), wydaje nam się, że jesteśmy u celu, tym bardziej, że ów Józef występuje w aktach jako kapelmistrz. Ale nic z tego – nasz Sommerfeld nie mógł urodzić się w 1884 roku, ponieważ pierwsza fabryka powstała w Bydgoszczy w 1905 roku.

Uwaga na to, co będzie dalej.

Drugi strzał okazuje się trafny: Brunon Sommerfeld, urodzony 13 czerwca 1887 roku w Wormditt (Orneta), syn Józefa i Barbary z domu Wagner.

Rozumiem, że autor zakłada produkcję instrumentów od roku 1905 (o czym już pisałem), ale mimo wszystko, co z logiką? Dlaczego Sommerfeld „nie mógł urodzić się w 1884” (jak rozumiem, byłby wówczas za młody), mógł natomiast w 1887?

Czy mógł zatem Sommerfeld w wieku 18 lat otworzyć swój własny skład fortepianów? Niestety, nie wiemy tego na pewno, choć trudno to sobie wyobrazić. Ale wiemy jedno: już w pierwszym okresie działalności składu pianin i fortepianów na zachowanych instrumentach sprzedawanych przez Sommerfelda („Bruno Sommerfeld Pianohaus Bromberg”) występuje to samo imię – Bruno. Zatem nadal należy mieć poważne wątpliwości, czy osiemnastolatek z biednej warmińskiej Ornety mógł założyć w dużym obcym mieście swój własny skład z przednimi instrumentami najlepszych światowych firm. Tymczasem, jak się wyjaśni dalej, nazwisko Sommerfeld nie należało do rzadkich, i wzmianka o jakimkolwiek Sommerfeldzie (nawet jeżeli przypadkiem ma na imię Bruno) nijak nie musi oznaczać, że chodzi właśnie o naszego bohatera.

Ale najbardziej powinno nas interesować to, skąd pochodzi wiadomość o Sommerfeldzie urodzonym w roku 1887 w Ornecie.

Czwartego grudnia 1926 roku żeni się ze znacznie młodsza od siebie Julianną Hazemann (ur. 1899), pochodzącą z alzackiego Hochwaldu. Państwo Sommerfeld mają trójkę dzieci: Józefa (1927), Annę Marię (1929) oraz Brunona Herberta Karla (1931). Początkowo mieszkają przy ul. Chopina 18, później przy Promenadzie (obecnie Jagiellońska), w końcu przy Gdańskiej 80.

Wygląda na to, że z zapisu z księgi parafialnej o ślubie, choć jest to tylko moje przypuszczenie. Jeżeli tak, to z którego kościoła? Czy Sommerfeld był ewangelikiem, czy katolikiem? Czy wiadomości o dzieciach pochodzą z innych źródeł, np. z metryk chrztu? Jak to jest, że Sommerfeld założył własną firmę w wieku lat 18, a ożenił się, mając 39? A skąd wiadomość o adresach zamieszkania? Tego też nie wiem, i autor artykułu pochodzenia tej cennej informacji nie wyjaśnia. Niestety, oznacza to, że obok niej należy postawić znak zapytania.

Według istniejących źródeł fabryka Sommerfelda istniała do 1941 lub nawet 1942, kiedy to została zlikwidowana.

Rodzinny sekret

Z relacji Rajmunda Kuczmy wynika, że Sommerfeld był jednym z ostatnich Niemców, którzy opuścili Bydgoszcz w styczniu 1944 roku, tuż przed rosyjską ofensywą. Później niedawny fabrykant pracować miał jako ekspert w Wielkopolskiej Fabryce Fortepianów i Pianin w Poznaniu.

I znów bydgoszczanie nie wiedzą, kiedy wyzwolono Bydgoszcz… i przepisują cudze błędne informacje. Ponadto, co najmniej druga część tej relacji jest nieprawdziwa, o czym już pisałem w komentarzu do artykułu B. Gogol-Drożniakiewicz, z którego jednak nie wynika wprost, że wiadomość o pracy u Drygasa pochodzi również od R. Kuczmy. Być może, dwie różne relacje w jedną połączył już A. Willma. Jednak wówczas nie wiemy, od kogo pochodzą informacje o pracy Sommerfelda w Poznaniu. Co więcej, dochodzi do jeszcze jednego przekłamania: B. Gogol-Drożniakiewicz pisała o poznańskiej firmie, która posiadała filię w Bydgoszczy, z czego nie wynikało wprost, jakoby Sommerfeld istotnie przeprowadził się do Poznania. Przynajmniej, nie wynika to z tekstu oryginalnego.

Maciej Szarafiński nic na ten temat nie wie. Wielkopolska Fabryka Antoniego Drygasa była mniejszą firmą, która nie mogła równać się z potężnym Sommerfeldem.

Trop podsuwa znany bydgoski stroiciel Jan Szczęsny: – Najlepiej zorientowaną osobą jest przecież pan Nelkowski, wicedyrektor Filharmonii.

A więc mamy klucz do rozwiązania zagadki.

– Tak, Bruno Sommerfeld to mój krewny – mówi Cezary Nelkowski. – Babcia nazywała się Sommerfeld i w domu czasem wspominało się o Brunonie. Ale co się stało z Sommerfeldem? Przyznaję, że nie wiem. Rodzina miała korzenie niemieckie, więc po wojnie nie były to wątki, do których się wracało.

No a jak babcia miała na imię? Czy była ona córką Sommerfelda, np. notowaną wyżej Anną Marią? Bo niestety, jeżeli z poprzedniej relacji (o ślubie i urodzinach dzieci) wyjąć adresy zamieszkania Sommerfeldów (dotychczas nie spotkałem się z podawaniem adresu w księgach chrztów, więc pytanie, czy znów nie doszło do połączenia dwóch różnych relacji w jedną), to nadal nie będziemy mieli odpowiedzi na pytanie, czy w tych relacjach mowa idzie o tym naszym Brunonie Sommerfeldzie, o jego żonie i dzieciach.

Czyżby Sommerfeld wspierał niemiecką mniejszość i musiał ratować się ucieczką przed wkroczeniem Armii Czerwonej? Dr Romaniuk komplikuje sytuację jeszcze bardziej: – Gdyby tak było, nazwisko funkcjonowałoby w dokumentach. Tak wielki fabrykant nie mógł pozostać niezauważony. Byłyby kwity dotyczące grupy narodowościowej czy wsparcia mniejszości. A takich kwitów nie ma.

Trudno tu dostrzec ciąg przyczynowo-skutkowy. „Wsparcie mniejszości” to raczej szczytny cel. Czy Armia Czerwona prześladowała za „wsparcie mniejszości”? Wydaje się, że racjonalizacja „polityki” Armii Czerwonej względem niemieckich cywilów jest raczej bezcelowa, gdyż takowej po prostu nie było: oberwać mógł każdy (kto krzywo patrzył, był zbyt bogaty lub w ogóle był). Prędzej można założyć, że Sommerfeld bał się Polaków, a nie czerwonych, jeżeli np. kolaborował z okupantem. Ale liczne świadectwa mówią o tym, że Sommerfeld nawet podczas okupacji zatrudniał wielu Polaków, w który to sposób ich chronił. Większość pianin sprzed wojny również jest sygnowana przez Polaków, pracujących w fabryce na kluczowych stanowiskach, co raczej oznacza, że Sommerfeld był przed wojną lojalnym obywatelem Rzeczypospolitej. Na to wskazuje również wzorowa współpraca Sommerfelda z polskimi instytucjami muzycznymi w Bydgoszczy (o czym pisała B. Gogol-Drożniakiewicz), które to instytucje w Bydgoszczy ostro konkurowały ze swymi niemieckimi odpowiednikami w tym samym mieście. W świetle dzisiejszej wiedzy jedyny możliwy zarzut kolaboracji może polegać na tym, że wraz z wybuchem wojny Sommerfeld nie zaprzestał produkcji, lecz zmienił „Bydgoszcz” na „Bromberg”, a w nazwie zamiast „Sp. z o.o.” pojawiło się „GmbH”. Na tej samej zasadzie „kolaborację” można zarzucić Wacławowi Biernackiemu, który w latach 1942-43 zbudował organy dla katedry w Łowiczu, albo dopatrzeć się kolaboracji w tym, że po Warszawie w okresie okupacji jeździły tramwaje, a ludzie chcieli jeść i żyć…

No i jakie kwity? Przedwojennego polskiego kontrwywiadu? Nie ma? No to tym lepiej. Czyli nie był zauważony w działalności wywrotowej. Cześć mu i chwała.

Co więcej, nasz fabrykant znika z pola widzenia już w 1939 roku. W czerwcu 1939 mamy kwit o zameldowaniu rodziny Sommerfeldów, ale nie ma już wśród nich Brunona.

Marek Romaniuk milknie: – Zaraz, zaraz, jest tu jeszcze jeden dopisek… „skazany”. Na co skazany? Przez kogo? Z jakiego czasu pochodzi adnotacja? Żadnej informacji.

I znów brak konkretów. Kto dokładnie był zameldowany? Gdzie znajduje się ten dokument? Kto jest niby „skazany”, jeżeli „nie ma już wśród nich Brunona”? Nie ma, ale jest skazany?

To, że Brunona nie ma na jednym z zachowanych do dziś dokumentów, nie przesądza o niczym. Ani o tym, że zmarł, ani, że trafił do więzienia. Podpisy Sommerfelda widnieją na dokumentach Sądu Okręgowego w Bydgoszczy jeszcze z 13 listopada 1941 roku. Ostatnie dokumenty tegoż sądu, dotyczące firmy, pochodzą z lutego 1942 roku. Nie oznacza to końca jej działalności (należałoby przeszukać wszystkie zbiory archiwalne z okresu okupacji), a raczej tego, że udało się udokumentować jej działalność przynajmniej do tego momentu.

Wojna z Bechsteinem

Tomasz Jachowicz z firmy Pianoexpert: – Sprawa Sommerfelda jest rzeczywiście bardzo intrygująca. Firma z Bydgoszczy była znaczącym producentem w Europie, a mimo to nie znajdzie pan śladu po niej w bardzo dokładnych niemieckich katalogach.

Znajdę. Co najmniej w kilku.

  • Grossbach – s. 341
  • Henkel – s. 613
  • Witter – s. 698

Jakie katalogi są jeszcze bardziej dokładne, w których Sommerfelda ma nie być?

Tutaj należy podkreślić jedną rzecz. Sommerfeld był producentem polskim, o bardzo krótkim czynnym życiu zawodowym (1921 lub 1923-24 – ok. 1942, czyli 18-21 lat). Produkcja instrumentów rozpoczęła się już w polskiej Bydgoszczy i niewiele miała wspólnego z działającymi ówcześnie firmami niemieckimi, wiele z których miało dodatkowo znacznie dłuższy rodowód. To cud, że niemieckie katalogi w ogóle wspominają o Sommerfeldzie. Wielu innych polskich Niemców fortepianmistrzów nie zostało tam odnotowanych.

Moja hipoteza jest taka – Sommerfeld mógł mieć żydowskie korzenie i to z góry go wykluczało.

To nieprawda. Przeczy temu choćby to, że Herr Sommerfeld w najlepsze działał w okresie okupacji pod niezmienioną nazwą i podpisywał się na dokumentach firmowych, nie pomijając nieodzownego w tej sytuacji „Heil Hitler!”. Jego firma nie została więc znacjonalizowana ani zamknięta. De facto, my nadal nie wiemy, dlaczego ona w ogóle została zamknięta. Ale w roku 1942 Żydzi nie tyle już produkowali fortepiany i wypożyczali je niemieckim władzom i instytucjom, co jechali w bydlęcych wagonach do Treblinki. Zakaz jakiejkolwiek działalności biznesowej Żydów nastąpił natychmiast po rozpoczęciu okupacji, a, cytując prof. Zdzisława Biegańskiego (http://bydgoszcz.wyborcza.pl/bydgoszcz/
1,128852,12456028,Zapomniana_historia_bydgoskich_Zydow.html), „w 1941 roku […] w Bydgoszczy nie mieszkał już ani jeden Żyd”, przy czym większość została zamordowana jeszcze we wrześniu 1939.

Jachowicz podsuwa też inny trop: – Zetknąłem się z informacją, że Sommerfeld miał przed wojną spór sądowy z Bechsteinem, gigantem w produkcji fortepianów. Chodziło o podkupowanie robotników z tej fabryki, która była oczkiem w głowie Hitlera. Niektórzy przypuszczają, że z tego powodu instrumenty Sommerfelda z lat 30. były tak dobrej jakości. Ale czy to prawda? Dokumentów żadnych nie widziałem.

I temu wrednemu konkurencyjnemu „Żydowi” pozwolono pracować jeszcze przez 2-3 lata, zamiast natychmiast przekazać jego fabrykę bezpośrednio Bechsteinowi? Poza tym, zwracałem już uwagę, że fabryka Sommerfelda mocna była swoimi polskimi pracownikami, odpowiedzialnymi za końcowe etapy produkcji instrumentów (inaczej byśmy znajdowali setki podpisów szeregowych majchrów, a nie dwie-trzy najważniejsze sygnatury). Gdzie są ci zwabieni od Bechsteina? Zamiatali podłogę w fabryce? No i znów: „słyszałem”, „zetknąłem się”, „nie widziałem”, „ale chyba strasznie mnie rajcuje tematyka żydowsko-hitlerowska”. Więc z tego powodu należy mieć aż dwie sprzeczne ze sobą „koncepcje”…

Jeszcze jedno. Przecież Sommerfeld w swoim salonie sprzedawał instrumenty Bechsteina. Robił to, mimo iż ściągał do siebie jego pracowników? Czy podkupywał pracowników, mimo iż sprzedawał instrumenty konkurenta? Absurd goni absurd.

Nazwisko Sommerfeld pojawia się głownie w społeczności niemieckiej z okolic Chodzieży i Wrześni. Ale było też wielu Żydów o takim nazwisku, zwłaszcza w Prusach Wschodnich.

I z tego właśnie wynika, że nie każdy Sommerfeld, a nawet Bruno Sommerfeld, może być potencjalnie „naszym” Sommerfeldem.

Sprawdzam rejestry ofiar holokaustu. Sommerfeldów są na tej liście dziesiątki. Wśród ofiar w Auschwitz znajduję Bruno Sommerfelda. Tyle, że ten był młodszy, nie zgadza się również miejsce urodzenia.

O ile bezdyskusyjnie założyć, że ten urodzony w 1887 w Ornecie Sommerfeld jest istotnie „naszym” Sommerfeldem. Wracamy do punktu wyjścia, pisałem o tym już wyżej. Z drugiej strony, nie szukałbym wśród ofiar Holokaustu, bo trop jest na 100% fałszywy.

Koncepcję o żydowskich korzeniach Brunona Sommerfelda burzy Jan Szczęsny: – Po wyjeździe z Bydgoszczy otworzył firmę w Berlinie.

Relacja sprzeczna z informacją o pracy w Poznaniu [Rajmunda Kuczmy?] i tak samo nieprawdziwa. Nie ma na to żadnych dokumentów. Sami Niemcy podają zupełnie inne informacje (o obecności Sommerfelda w Konstancji w roku 1946, o czym niżej).

Sam zresztą widziałem tam przed laty firmę o takiej nazwie. Z symboli wynikało, że zajmowała się fortepianami. Niestety, nie miałem wówczas możliwości zajść do tamtego Sommerfelda.

Kolejna osoba, która „niczego nie widziała” i „nie miała żadnych możliwości”. A dokładniej, widziała, tylko nie wie, co. Kiedy pan Szczęsny był w Berlinie? W którym Berlinie? Cóż to za „symbole”, z których coś wynikało? Czy to są symbole masońskie, jak w „Czarodziejskim flecie”? Czy może klucz wiolinowy na szyldzie? OK, nawet jeżeli tak, to skąd założenie, że to ten sam Sommerfeld? Już przecież wiemy, że nazwisko było rozpowszechnione. Z kolei, jeżeli relacja opisuje wydarzenia niedawne, to ślad po tym Sommerfeldzie byłby w niemieckim internecie.

A zatem jeszcze jednak kwerenda wśród berlińskich firm. Nie ma śladu po Sommerfeldzie. – Dobrze – zastanawia się Szczęsny. – Ale mogę przysiąc, że serwisowałem kiedyś niemieckie pianino Sommerfeld. Powojenne!

Że też tak szczęśliwym trafem trafiło to pianino do pana Szczęsnego… Ale zaraz. To więc czy widział firmę? Czy serwisował pianino? Czy i to, i to? Czy ani to, ani tamto?..

Jakim cudem mógł p. Szczęsny serwisować powojenne niemieckie pianino? Jeżeli mowa o Berlinie Zachodnim, to żadnego eksportu pianin (nawet w drodze indywidualnej) do PRL nie było. Jeżeli mowa o stolicy NRD, to eksport był, ale jego przedmiotem nie mogły być żadne pianina Sommerfelda. Po wojnie cały przemysł fortepianowy w NRD znacjonalizowano i, o ile jeszcze w pierwszej połowie lat 50-ych uchowały się gdzieniegdzie prywatne warsztaty produkujące pianina na bardzo ograniczoną skalę, jest całkowicie niewiarygodne, żeby takie pianino mogło w jakikolwiek sposób trafić do PRL. W PRL były albo przedwojenne niemieckie pianina, albo te, które importowano z NRD w ramach współpracy RWPG – i wśród nich nie ma żadnego Sommerfelda (marki wschodnioniemieckich pianin są dobrze znane). Pozostaje jedynie domniemywać, że Szczęsny mógł widzieć takie pianino będąc w Niemczech – ale czy istotnie je wówczas „serwisował”? O tym relacja milczy.

Eksport innych niemieckich pianin (w tym powojennych) możliwy jest teraz. Zatem, czy omawiane pianino znajduje się obecnie w Polsce? Jeżeli tak, to chyba nie ma większych problemów z dotarciem do niego, spisaniem numerów, sprawdzeniem napisów?

Niestety, żadna część tej relacji nie wydaje się być prawdziwą. Bo, gdyby po wojnie jakikolwiek Sommerfeld produkował pianina (niezależnie, czy w NRD, czy w RFN), ślady tej działalności niewątpliwie dotarłyby do nas w owych „bardzo dokładnych niemieckich katalogach”. Po wojnie bowiem nikt już nie miał powodu, by „Żyda” Sommerfelda z katalogów eliminować. Tyle że akurat powojennego Sommerfelda w katalogach brak, co na 100% oznacza, że go nie było. Gdyby był, zachowałyby się dokumenty firmowe, zaś skrupulatni Niemcy by go odnotowali.

Żeby było ciekawiej, ja też widziałem pianino… innego Sommerfelda. A dokładniej, firmy „S. Schmidt & Sommerfeld” (o numerze 7898). Co prawda, nie powojennego, a z przełomu XIX-XX w. (a więc numer seryjny, pomimo pozorów, nie jest kontynuacją wojennej numeracji Sommerfelda ustalonej na dzień dzisiejszy do numeru 7748). I, co więcej, takiego pianina, którego producenta nie ma w żadnym katalogu. I co? A nic. Niczego to nie dowodzi. Seilerów było dwóch, Kewitschów, Majewskich, Fibigerów też. Mowa o samych tylko fabrykach pianin i fortepianów. A jeżeli wliczać w to nie tylko fabrykantów, a i sprzedawców pianin, to Schmidtów było w historii 76 (nie wliczając w to nieobecnego w katalogu „Schmidta & Sommerfelda”), Schmidów – 18, Hoffmannów – 46, Hofmannów – 19, Hoffmanów – 8. Nazwisko Schultz spotyka się 9 razy, Schultze – 14, Schulz – 27, Schulze – 18, Schütz i Schutz – 7, Schutze i Schütze – 18… I przynajmniej połowa z wymienionych produkowała pianina sygnowane własnym nazwiskiem! Tak to się ma z rozpowszechnionymi nazwiskami. Część była spokrewniona, część – nie. Istnienie pianina jakiegoś innego Sommerfelda jest w tym momencie jedynie ciekawostką i nie przesądza o niczym.

No i też wystarczy spojrzeć do katalogów (w których, zapomniałem, „nic nie ma”!), żeby znaleźć firmę H. Sommerfelda z Berlina (notowany w 1897 roku producent pianin) czy „Sommerfeld’s Musikhaus” (1909, handel instrumentami) z miasteczka Sommerfeld (nie wiadomo tylko, czy tego spod Berlina, czy spod Lipska, czy z Pomorza Przedniego). To też niczego nie dowodzi, prócz jednego: nie każde możliwe do odnalezienia pianino sygnowane nazwiskiem „Sommerfeld” jest dziełem bydgoskiego fabrykanta Brunona Sommerfelda.

C. Schmidt & Sommerfeld

I znowu jesteśmy w punkcie wyjścia. Ale nie kończymy poszukiwań. Być może ktoś z Czytelników wskaże nam właściwy trop?

Zgadza się. Dokładnie to samo chciałbym napisać w swoim własnym imieniu.

Interesująca jest wzmianka o Sommerfeldzie u Henkela. Cytuję ją dokładnie: „1946 ist Bruno Sommerfeld in Konstanz, An der Linde 1”. Oznacza to – ni mniej, ni więcej – że w roku 1946 jakiś Bruno Sommerfeld był widziany (notowany) w zachodnioniemieckiej Konstancji. Niestety, nie wiemy, czy chodzi o tego samego Sommerfelda, i czy w Konstancji on jedynie mieszkał, czy np. prowadził działalność zawodową (i w jakim zakresie). Jeżeli to ta sama osoba, możemy przyjąć do wiadomości, że przeżyła ona wojnę i przeprowadziła się do zachodnich Niemiec.

Ale ta informacja jest dla nas cenna przede wszystkim z dwóch powodów: po pierwsze, jej autorem jest Niemiec, który raczej nie będzie rozsiewał niesprawdzonych plotek, a poda zweryfikowane minimum. A po drugie, jest to informacja drukowana w książce – zawsze można się na nią powołać i tym samym przełożyć odpowiedzialność za jej wiarygodność na autora źródła drukowanego. Czego nie można dokonać w przypadku relacji zaczerpniętej z wywiadów pociotków i znajomków, gdzie nikt niczego nie wie, ale każdy coś widział i słyszał.

I teraz czas podsumować ten ogrom plotek i domysłów.

  • Sommerfeld rozpoczął produkcję pianin w 1905 – FAŁSZ
  • Sommerfeld rozpoczął produkcję pianin w 1921 lub 1923-24 – PRAWDA
  • Sommerfeld urodził się w 1887 w Ornecie – BYĆ MOŻE
  • Sommerfeld zmarł w 1939 lub został „skazany” – FAŁSZ: nie zmarł, natomiast o skazaniu nic nie wiadomo
  • Sommerfeld zaprzestał produkcji „wraz z wybuchem wojny” – FAŁSZ
  • Sommerfeld produkował instrumenty do 1941, a może nawet 1942 – PRAWDA
  • Sommerfeld był Żydem – FAŁSZ
  • Sommerfeld ściągał do siebie pracowników Bechsteina – RACZEJ FAŁSZ
  • Sommerfeld po styczniu 1945 pracował u Drygasa w Poznaniu (ew. w filii w Bydgoszczy) – FAŁSZ
  • Sommerfeld w okresie wojny opuścił Bydgoszcz i wyjechał do zachodnich Niemiec – BYĆ MOŻE
  • Sommerfeld po wojnie produkował pianina w Berlinie – FAŁSZ
  • Sommerfeld po wojnie „był widziany” w Konstancji – BYĆ MOŻE.

Na pozostałe pytania odpowiadałem już w swoim pierwszym poście dotyczącym Sommerfelda: Sommerfeld nie zginął podczas „Krwawej Niedzieli”, nie produkował instrumentów ani do 1939, ani do 1945 roku, nie produkował ich też w powojennej Polsce. Miejskie legendy się mnożą, faktów dalej nie ma. Jedyne, co nam obecnie pozostaje, to odsiewać nieprawdziwe i niewiarygodne informacje, które próbują się przedostać do naszej świadomości jak nie drzwiami, to oknem – jak nie w naukowym artykule, to poprzez gazetę, bloga czy forum.

bruno-sommerfeld-arspolonica