Przypadki z praktyki 3

Od paru lat stroję pianino w pewnym „dobrym domu”. Dom może i jest dobry, ale pianino – nie. Młodzi państwo kupili gdzieś stare angielskie pianino za 5 funciaków, bo „podobało się meblowo”, a teraz katują nim dziecko, które nie bez sukcesów uczęszcza do szkoły muzycznej.

Mnie zaś ręce opadają. Ilekroć przyjeżdżam stroić – pianino jest koszmarnie rozstrojone. Stroi gdzieś pomiędzy półtonem a tonem pod kamertonem, ale prawda jest taka, że nie trzyma żadnego stroju.

Niestety, nikt tego nie słyszy, a na wszystkie moje przemówienia i monologi młodzi państwo solidarnie kiwają głową, co ostatecznie niczego nie zmienia. Najciekawsze jest to, że w domu tym panuje przekonanie, że wystarczy chwycić za słuchawkę i dość asertywnie porozmawiać z delikwentem (w tym przypadku – ze mną), a problem z „jakimś-nie-takim” pianinem rozwiąże się automatycznie.

Na miarę moich możliwości przyjeżdżam, żeby stwierdzić, że w rzeczywistości problem nie polega na jakiejś pojedynczej rozstrojonej nucie czy na stukaniu czegoś w mechanizmie, lecz na odmawianiu posłuszeństwa pianina, które należałoby nastroić od nowa, bo nie ma w nim nawet śladu po poprzednim strojeniu.

Ostatnio odbyliśmy taki oto dialog telefoniczny:

– Dzień dobry. Był u nas pan zaledwie pół roku temu, a już w pianinie coś brzęczy.
– Tak. A pamięta pani, co mówiłem pół roku temu?
– Nie.
– Mówiłem, że kupiliście państwo pianino za 5 funtów bez żadnego rozeznania, na własną odpowiedzialność. Tak?
– Tak.
– Więc nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za to, że w pianinie za 5 funtów coś brzęczy.
– Ale przecież pan je nastroił.
– Nastroiłem, bo wszczęła pani alarm, że dziecko nie ma na czym ćwiczyć. Nastroiłem i poradziłem zaprzestać katowania dziecka. Uprzedzałem, że pianino będzie się ciągle psuło.
– I co, mam teraz w środku roku szkolnego szukać nowego pianina? To mi pan radzi?
– No to już jak pani sobie chce. To, że to pianino do niczego się nie nadaje, mówię państwu od 3 lat – jak widać, bez skutku.
– No dobrze, kupimy nowe pianino. Ale jak tak może być, że w pianinie, które stroił tylko pan, nagle zaczęło coś brzęczeć?
– Wie pani, inni kupują pianina za kilka tysięcy i mimo to ma w nich prawo coś brzęczeć, a pani myślała, że coś kupione za bezcen będzie tak samo sprawne i wytrzymałe?
– No dobrze, ale proszę to brzęczenie zlikwidować, bo nie da się tego słuchać.
– I co, za pół roku znów coś zacznie brzęczeć, a pani mi powie, że „przecież pan niedawno naprawiał pianino, więc jakim prawem znów coś w nim brzęczy”?

Odmówiłem przyjazdu i naprawy pianina, bo ta pomylona epopeja mogłaby się nigdy nie skończyć. Ludzie kupują stare szroty za bezcen, po czym przekładają odpowiedzialność na stroiciela, stosując dość brzydki chwyt, że „przecież pan dopiero co stroił…” (w myśl zasady, że może owe „dopiero co” da się przekuć na jakąś odpowiedzialność gwarancyjną). A przecież jak jest? Chcesz nastroić swój fortepian – stroiciel przyjdzie i nastroi. Nie jego to problem, że kupiłeś sobie wrak. Jedyne, co stroiciel naprawdę musi – to rzetelnie cię poinformować o stanie twojego instrumentu oraz zaproponować odpowiednie do sytuacji zalecenia.

I jeszcze jedna rzecz – po wykonaniu strojenia stroiciel proponuje sprawdzić jakość jego pracy. Po to, by, gdyby coś się nie podobało, można było poprawić to na miejscu. Nie chcesz? Nie umiesz grać? Twoja wola. Ale o jakiej gwarancji wtedy mowa? Skoro nie wiesz, czy pianino zostało dobrze nastrojone, to skąd będziesz wiedział, że ono się rozstroiło?

Więc przekładanie odpowiedzialności z chorej głowę na zdrową – „Przecież pan stroił fortepian dopiero kilka miesięcy temu” – nie powinno być stosowane. Tak, stroiłem, ale sorry, taki ma pan fortepian. Chciał pan, to nastroiłem. Ale za to, że zdezelowany fortepian zdążył się przedterminowo rozstroić lub popsuć, nie ponoszę odpowiedzialności. Kup pan dobry fortepian, to będziemy się widywać raz na rok. Albo zleć pan remont fortepianu, jak pana stać.

Kiedyś zostałem wezwany do kiepskiego radzieckiego pianina stojącego w pewnym bloku, w którym zawsze jest sucho. Pianino było wysuszone na wiór. Kołki w ogóle nie trzymały. Zrobiłem, cokolwiek byłem w stanie – obniżyłem strój i dobiłem te kołki, które nawet w obniżonym stroju nie chciały trzymać. Opowiedziałem właścicielce, na czym polega problem, i uprzedziłem, że prognoza dla tego pianina jest negatywna. Zaleciłem cały zestaw czynności polegających na nawilżeniu pomieszczenia, bo w tym przypadku nawet nowo kupione pełnosprawne pianino po paru latach stałoby się wrakiem.

„Tak, tak, oczywiście” – z lustrem dyskusja raczej nie ma sensu, bo w nim zazwyczaj widoczna jest jedynie prawda na nasz własny temat. I co? I po dwóch tygodniach telefon. „Oj, wie pan, pianino się rozstroiło, wpadłby pan podkręcić kilka dźwięków?”

Cóż, wpadłem. Rzeczywiście – pianino się rozstroiło, bo popuściły te kołki, które jeszcze dwa tygodnie temu wyglądały na mocno osadzone. Więc dobiłem wszystkie jeszcze niedobite kołki i ponownie nastroiłem instrument. W ramach, a jakże, „gwarancji”. Mimo, iż z moich zaleceń nie zostało zrealizowane nic. Jak było sucho, tak i nadal jest. Na pożegnanie mówię właścicielce, że nie biorę odpowiedzialności za funkcjonowanie pianina. Oczywiście, nie ma sprawy – ona wszystko zrobi, kupi nawilżacz itp., bo przecież wszystko rozumie.

Po miesiącu znów telefon. „Proszę pana, bardzo proszę, znów coś się rozstroiło – wpadnie pan kiedyś podciągnąć”. Nie, proszę pani. Nie wpadnę. „Dlaczego?” Bo nie mam ochoty zajmować się tym pianinem, a poza tym, uprzedzałem już, że to wrak. A wrak, jak wiadomo, sprawia problemy. „Wszystko rozumiem, ale wie pan, nie można na nim grać, tak bardzo to przeszkadza. Widzi pan, jak to jest? Dopiero stroił pan pianino, a już na nim nie można grać”. No cóż, czasem tak bywa. Najpierw głodzimy psa, a potem dziwimy się, że „jak to jest? Przecież właśnie go nakarmiłam, a on zdechł”. Bo może karmienie nadeszło zbyt późno? A stroiciel przecież nie jest internistą na etacie w przychodni, który ma obowiązek przyjąć każdego pacjenta z kolejki pod gabinetem, niezależnie od tego, co (i czy rzeczywiście coś) pacjentowi dolega. Stroiciel może odmówić zajęcia się bezsensownym lub beznadziejnym przypadkiem.

Zdarzają się też przypadki niezwykle denerwujące. Stroiłem raz wiedeński fortepian – kolejny „eksponat” kupiony za 500 złotych – oraz czyściłem mu wnętrze i mechanizm. Właścicielka lubi mieć fortepian otwarty na oścież, a przy tym ustawia na niego choinkę, a na świeczniki przy pulpicie stawia świece. No więc wnętrze fortepianu pełne jest igliwia, a młotki i struny są zalane woskiem… Wszystko starannie wyczyściłem, zaś na końcu uprzedziłem, że nie należy dopuszczać zalania wnętrza woskiem.

– Dlaczego mam nie zapalać świec na fortepianie?
– Bo wosk z nich kapie do środka.
– Ale przecież te ruchome talerze przy pulpicie zostały zainstalowane po to, by stawiać na nich świece. Więc chyba mogę z nich korzystać?
– Wie pani, w pani samochodzie zapewne są zainstalowane poduszki powietrzne. Ale wątpię, by chciała pani z nich korzystać.

Pani wzruszyła ramionami… a po czterech miesiącach dzwoni do mnie. „Pan przecież całkiem niedawno pracował z mechanizmem – a znów w nim wszystko stuka, puka, brzęczy, bzyczy…”

Przychodzę, i co? I widzę, że właścicielka korzystała z pełni należnych jej praw – wnętrze znów zalane jest woskiem.

Lubię ludzi ponoszących odpowiedzialność za podjęte przez siebie decyzje.

I tylko instrumentów szkoda.

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • środek do czyszczenia klawiszy z kości słoniowej (3)
  • naciąga struny w pianinie hasło do krzyżówki (1)
  • Odpowiednio naciaganie struny w fortepianie (1)
  • przyrzad do strojenia fortepianóe (1)