Pieniądz, czas, życie

Czym jest dziś czas, ile jest on wart – spróbuję pokazać to na kilku przykładach mogących interesować moich Czytelników, a przy tym z mojego własnego życia wziętych.

Czy laik może wyremontować pianino? Cóż, pytanie nieco przewrotne, bo wszystko zależy zarówno od laika, jak i pianina. Nie każde pianino kwalifikuje się do remontu, i nie każdemu laikowi ręce rosną z właściwego miejsca na ciele.

Ale zasadniczo pianino, podobnie jak i każde inne zagadnienie techniczne, podlega pod te same reguły sterujące światem, co i samochód, zegarek, komputer, a nawet człowiek. Pianino – to racjonalnie zbudowany mechanizm, który rządzi się tymi samymi racjonalnymi prawami, co i każde inne urządzenie. Owszem, zdarzają się w jego przypadku zjawiska, których nie da się racjonalnie wytłumaczyć, a które potrafią wprowadzić w zakłopotanie nawet mistrzów swego fachu, a co dopiero laika. Ale nie przekreśla to automatycznie możliwości naprawy pianina przez kogoś, kto nigdy wcześniej tego nie robił.

To prawda, że buty powinien szyć szewc, a bułki piec piekarz, a nie odwrotnie. I to nie dlatego, że szewc nie może w wolnym czasie upiec sobie domowego chlebka bez dodatku polepszaczy – lecz dlatego, że w tym samym czasie mógłby uszyć tyle butów, że stać by go było na zakup znacznie większej liczby doskonałych, „prywatnie” upieczonych chlebów przez specjalistę od chlebopieczenia.

Wszystko można zrobić – pytanie tylko, czy to się opłaca. Bowiem dziś jedną z najcenniejszych rzeczy jest czas – czas, w którym zarobilibyśmy honorarium subiektywnie odpowiadające naszemu poziomowi wiedzy, umiejętności i doświadczenia (powiedzmy, odpowiednią stawkę godzinową). Albo ewentualnie odpoczęlibyśmy – bo współczesny człowiek powinien wypoczywać świadomie, a nie tylko mieć okazjonalne „przerwy” pomiędzy zleceniami lub godzinami pracy. Podobnie jak Włosi, którzy zawsze o godzinie 13 muszą zjeść obiad – czy są w szkole, czy w pracy, czy w delegacji. I – choćby wszystko wokół się waliło i paliło – obiadek musi być, bo bez tego nic innego się nie uda. A więc odpoczynek – to nie „przerwa”, to wybór.

Niedawno, na przykład, postanowiłem zająć się lepieniem pierogów. Oczywiście, do spożycia własnego. Poświęciłem trzy godziny, w czasie których wespół z członkiem rodziny wylepiliśmy półtora kilograma pielmieni. Pozornie sporo zaoszczędziłem – koszt surowca kilograma pielmieni to jakieś 7-8 złotych, zaś, decydując się na zakup gotowego produktu (mrożonego sprowadzonego z Rosji lub lepionego na miejscu w Warszawie przez kobietę z Ukrainy), musiałbym wydać 27-35 złotych. I miałbym spory dylemat, gdyż, żyjąc oszczędnie, niekoniecznie chciałbym wydawać za kilogram wcale nie luksusowego, lecz całkiem codziennego żarcia trzy dychy.

Jednocześnie, oszczędność na poziomie 30 złotych za trzy godziny pracy nijak nie odpowiada temu, ile mój czas jest wart. Również czas wolny: umiałbym i chciałbym go spożytkować ze znacznie większym skutkiem i efektem końcowym (ważnym dla mnie), niż lepiąc pierogi, nawet jeżeli nie byłbym o trzy dychy do przodu.

Ale, drążąc temat lepienia pierogów za kasę w internecie, natknąłem się na ofertę zakupu ręcznie lepionych pierogów w cenie… 6 złotych za kilogram. Pomyśleć tylko: ktoś wstaje o 4 rano i do późnego popołudnia potrafi wylepić tysiące pierogów – tylko po to, by sprzedać je w cenie najtańszych maszynowo robionych mrożonych pierogów z supermarketu! Odliczając od tej kwoty koszt surowca, naprawdę nie wiem, jak to komuś może się opłacać. No cóż, może ktoś rozumuje w ten sposób, że woli siedzieć we własnym domu i lepić pierogi na własnym blacie, niż łazić po polu za truskawkami czy szparagami, siedzieć na kasie bez możliwości wyjścia do toalety lub całodobowo udawać ochroniarza za mizerną stawkę. Być może. Ale czy ta osoba naprawdę nie umie w życiu robić nic innego, co warte by było choćby minimalnie więcej pieniędzy i co można komuś sprzedać? Ot, choćby zorganizowanie odpłatnego „kursu szybkiego lepienia pierogów”?

Mój mąż ma wspaniałą techniczną smykałkę, choć z wykształcenia jest ogrodnikiem. Dlatego nie położył na podłogę paneli z fototapetą udającą parkiet, po których strach przesunąć krzesło, bo tapeta zejdzie – lecz płytki ceramiczne, choć wcześniej nie miał o ich układaniu zielonego pojęcia. Nie bał się wyzwania, a do tego nie spaprał roboty – mamy schludną i ładną podłogę. Przy tym, znając przeciętny rozmiar dniówki różnej maści budowlańców, dzięki jego smykałce zaoszczędziliśmy całkiem pokaźną kwotę. Było warto.

Więc, kiedy ludzie mnie pytają, „czy można samemu wyremontować pianino”, zawsze odpowiadam – można. O ile to się właścicielowi pianina opłaca. Bo fortepianmistrz nie operuje żadnymi technikami magicznymi – on się mierzy z konkretnymi problemami technicznymi często o bardzo przyziemnym rodowodzie. Jeżeli ktoś postronny w pełni zrozumie zasadę funkcjonowania pianina, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby mógł wykonać lwią część pracy sam. O ile jego czas, który trzeba będzie poświęcić na nowe zagadnienie, a potem zmierzyć się z nim po raz pierwszy, jest wart mniej, niż honorarium stroiciela (fortepianmistrza), które trzeba będzie zapłacić.

Jak to wygląda w przeliczeniu na czas pracy? Dzieląc wynagrodzenie przez liczbę spędzonych godzin (w różnych konfiguracjach, uwzględniając nie tylko moje zarobki, ale i otrzymane zgłoszenia od kolegów po fachu), podliczyłem, że stroiciel, pracując indywidualnie, otrzymuje za godzinę roboty średnio 50-100 złotych. Dochodzi do tego koszt materiałów i symboliczna kwota za dojazd (ale już nie za czas spędzony w drodze). Cóż, dla kogoś – choćby dla osoby lepiącej pierogi – są to ogromne pieniądze (proszę jednak pamiętać, że zlecenia razowe – to nie to samo, co 8 godzin regularnej pracy każdego dnia, z gwarancją ciągłości i stabilności, gdzieś w budżetówce czy w korporacji), ale nie brakuje również i tych, którzy woleliby wyjąć odpowiednią kwotę z portfela i mieć za to święty spokój. Bywa i tak, że nastawiony najpierw na wspaniałą i czasochłonną zabawę we własnoręczny remont pianina właściciel po dokonaniu prostej kalkulacji czasowo-skutkowej przytomnie rezygnuje z pierwotnych pomysłów i powierza remont pianina specjaliście.

Za komuny pisarzom płaciło się od liczby stron, a kompozytorom – od liczby taktów. Czy zatem należy się bać tego, że stroiciel zechce zwielokrotnić liczbę spędzonych przy pianinie godzin, tak aby zarobić więcej? Mogę zapewnić, że nie spotkałem się z takimi przypadkami, a i własna praktyka pokazuje, że jest to raczej niemożliwe. Dlaczego?

Bo stroiciel nie pracuje od godziny do godziny, lecz jest nastawiony na rezultat, na wynik swojej pracy – na nastrojone i dobrze działające pianino lub fortepian. Jeżeli pianino stawia opór, stroiciel tak samo się wkurza i niecierpliwi, jak i każdy normalny człowiek, który napotyka w swojej działalności na nieoczekiwany problem – czy ma za to płacone, czy robi to dla siebie. I to się wcale nie okupi słodką myślą o zwiększeniu zapłaty. Poza tym, praca z pianinem jest wcale nie mniej męcząca, niż ślęczenie nad komputerem, leżenie pod samochodem czy stanie nad człowiekiem ze skalpelem. I każdy stroiciel weźmie pieniądze za wykonanie konkretnych czynności, a nie za czas, który na to poświęci. No i warto pamiętać, że przebywanie w obcym domu – nawet gościnnym, z herbatą i ciastkiem na stole – zawsze jest w pewnym, a nawet dużym stopniu stresujące, a więc nie znam nikogo, kto chciałby ten pobyt jakoś sztucznie wydłużyć. Po kilku godzinach (czasem całym dniu) niezbędnej pracy nad pianinem człowiek marzy nie tyle o zapłacie, ile o tym, by jak najszybciej trafić do własnego domu.

Tak więc nikt, kto nie jest stroicielem, nie będzie w stanie pracować z pianinem szybciej i skuteczniej od stroiciela, a co za tym idzie – nie zaoszczędzi na niczym. Chyba że nie docenia wartości własnego czasu i ma nieograniczone jego rezerwy, a jednocześnie nie może go zmaterializować, zarabiając kwotę większą, niż musiałby zapłacić stroicielowi. Wtedy to, co stroiciel zrobiłby w ciągu 6-8 godzin, rozwlecze się na tygodnie i miesiące, a może i w ogóle nigdy się nie skończyć (znam takie przypadki, a i na OLX widziałem rozkręcone pianina, których nie potrafiono skręcić po transporcie z powrotem. „Zaoszczędzono” więc na fachowym transporcie, ale za to pozbyto się pianina w cenie złomu).

Właściciel pianina może jednak banalnie nie mieć pieniędzy, stąd wybór opcji własnoręcznego remontu może być po prostu wymuszony. Ale warto pamiętać, że bieda jest kiepskim doradcą – ustawia nam minimalne, najłatwiejsze do osiągnięcia (a więc dalekie od ambicji i ideałów) cele i mocno zawęża horyzonty.

***

Przychodził do mnie rehabilitant, który pomagał mi w walce z bólem kręgosłupa, kiedy po szpitalu byłem zupełnie nieruchomy. Za godzinny seans masażu i ćwiczeń płaciłem mu – zgodnie z jego oczekiwaniem – 150 złotych, myśląc jednocześnie nie bez dosady, że w życiu nie zarobię tyle za godzinę swojej pracy. Jednocześnie wiedziałem, że, jak na Warszawę, nie jest to jeszcze najwyższa możliwa kwota, którą trzeba zapłacić fizjoterapeucie za wizytę domową. No, ale przecież sam tyle chciał. Więc, dodatkowo „przekonany” nieznośnym bólem, płaciłem mu tę kwotę bez większego poczucia krzywdy – wszak zdrowie jest bezcenne. (Ale już nie zdrowie naszych pianin, nieprawdaż?)

I wszystko by było nieźle, gdyby któregoś razu mój rehabilitant nie oświadczył mi, że… nie opłaca mu się do mnie przyjeżdżać! „Bo w klinice, gdzie pracuję, mam 100 złotych za półgodzinny seans, a do tego nie ruszam się z miejsca, bo to pacjenci do mnie przychodzą”. Zatkało mnie dokumentnie. Ta z trudem dźwignięta przeze mnie kwota jest dla kogoś zbyt mało atrakcyjna, żeby dwa razy w tygodniu wpadać do mnie na godzinę w drodze do domu (tak jest, mieszkam po drodze z pracy do domu pana rehabilitanta…).

I nie, żeby próbował podwyższyć kwotę. Nie było ani cienia aluzji na ten temat. Po prostu mu się nie chciało! Wolał nie zarobić nic, niż godzinę później wracać do domu. Uznał, że jego czas wart jest więcej, niż moje zdrowie i niż jestem w stanie mu dać.

Cóż, mnie też nie za każdą kwotę da się wypędzić z domu. Też czasem wolałem nie zarobić, niż bezsensownie stracić mnóstwo czasu. Ale nawet ja mam pewne poczucie misji, o którym nie wypada mi mówić osobiście – ale o którym, mam nadzieję, poświadczą ci, którym uratowałem instrumenty. A co w przypadku lekarza, który ratuje czyjeś zdrowie? Czy nie przyświeca mu żadna misja?

***

Jako że nie mogę chodzić do sklepu na zakupy, korzystam z opcji „eZakupów” oferowanej przez jedną z sieci supermarketów – wraz z dostarczeniem zakupów do domu.

Któregoś razu kupiłem parę kilogramów ćwiartek z kurczaka w nierealnie śmiesznej cenie 3,60 zł za kilogram. Skusiłem się na tanie mięso. Kiedy nadeszła dostawa, zobaczyłem, że sklep dodatkowo przecenił te ćwiartki do kwoty 2,60 za kilogram.

Dopiero wówczas dotarło do mnie, co zrobiłem, w czym wziąłem udział. Otóż nie kupiłem jakichś abstrakcyjnych „ćwiartek” (to tylko wygodne określenie tuszujące to, co istotne) – kupiłem czyjeś życie, cynicznie wycenione na 2,60 za kilogram.

Kiedy byłem sześcioletnim, całkiem jeszcze głupim dzieckiem, mającym różne głupie pomysły, co jakiś czas pytałem mamy, ile mógłbym kosztować, gdyby sprzedawano mnie w sklepie mięsnym. Mama, rzecz jasna, zawsze mi powtarzała, że to jest niemożliwe, że nigdy coś tak niedorzecznego nie może się zdarzyć. No ale, oczywiście, nalegałem, żeby mama podała choćby jakąś kwotę. Na tyle byłem rozgarnięty, że wiedziałem, ile kosztuje w sklepie wołowina czy wieprzowina. Byłem jednocześnie przekonany, że wartość takiego oto mnie osiągnie w porównaniu z wieprzowiną jakichś niebotycznych wymiarów.

Ale nawet głupiemu dziecku nie mogło przyjść do głowy, że być może nie sprzedawano by go wcale na kilogramy. Że być może sklep postanowiłby sprzedawać jedynie tylko „wątróbkę z Rościsława„, „żołądki z Rościsława”, żeberka tam czy golonkę – a „resztę” Rościsława popakowałby w postaci „zestawu rosołowego” (w cenie śmieci) czy w ogóle by wyrzucił jako nieatrakcyjne handlowo resztki. A może zmielił na paszę dla świń. Nie przychodziło mi do głowy, że jedynie fragmenty ze mnie mogą być dla kogoś atrakcyjne i cokolwiek warte…

Dlatego przez kilka godzin siedziałem nad tym biednym kurczakiem, którego co bardziej atrakcyjne fragmenty wyceniono na 2,60 / kg, starannie obierałem go z kości, mięso pomroziłem, z kości ugotowałem rosół, a potem ugotowane już kości obrałem z chrząstek (które jadam) i resztek mięsa – tak, aby wyrzucić same tylko kości.

Nie robiłem tego ze sknerstwa czy z tego, że miałem głodną młodość – lecz dlatego, że zrobiło mi się okropnie smutno. A przecież coś, co jest warte 2,60 / kg, nie jest warte ani chwili mojego czasu. Można banalnie ponadgryzać każdą ćwiartkę, po czym ją wyrzucić – najeść się, a przy tym nie ponieść najmniejszej straty materialnej.

Ale to nie jest „coś”. To jest czyjeś życie. A jednocześnie była to „nadpodaż” sklepowa, która kazała szefom sieci wycenić świeżego, dopiero co zabitego, ze świeżą cieknącą krwią kurczaka na nierealnie niską kwotę, byle by tylko zdążyć sprzedać go jak najwięcej, zanim skończy mu się termin przydatności i trzeba będzie go moczyć w nadmanganianie potasu.

Zważywszy na to, że kurczak ma tylko dwie nogi, a ja w pogoni za tanim mięsem dostałem tych nóg aż 13 – siedem kurczaków musiało zginąć, by zostać sprzedanymi w cenie śmieci, by zadowolić moje oczekiwania cenowe i bym skusił się na zakup ich fragmentów. Brutalna prawda jest taka, że, gdyby kosztowały 6-7 zł za kilogram, wcale bym ich nie kupił. Bo wiedziałbym, że wystarczy trochę poczekać – a w ofercie pojawią się tańsze.

Nie byłem w stanie już niczego zmienić, tak samo, jak na razie nie jestem w stanie zrezygnować ze spożywania mięsa. Jedyne, co mogłem zrobić – to poświęcić temu bezsensownie odebranemu życiu to najcenniejsze, co mam – mój czas. I moją skrupulatność. Swoim czasem mogłem ustanowić taką kilkugodzinną „minutę ciszy”. No i sprawić, żeby to stworzenie umarło przynajmniej nie nadaremnie.

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • renowacja stare pianina białystok (2)
  • fortepian c m schroeder st petersburg (1)
  • fortepian c m schroeder st petersburg 14164 (1)
  • gdzie sprawdzic stary przedmiot w legnicy (1)
  • pianina steinberg (1)
  • pozolkle klawisze pianina odnowienie (1)
  • strociele pianin lodZ (1)
  • wycena fortepianow ruda śląska (1)
  • za ile mozna sprzedac perły (1)