Stroiciele, pianina, klienci…

Zacznę od anegdoty.

Dzwoni klientka i zamawia strojenie pianina. – Czy oprócz strojenia ma być coś jeszcze? – Nie, pianino jest w znakomitym stanie, wszystko działa. Po strojeniu klientka pyta: – A dlaczego tu klawisz stuka? – Bo nikt nie regulował mechanizmu. – A dlaczego tu dźwięk nie gaśnie? – Bo nikt nie ustawiał tłumików. – A tutaj klawisz jak się zapadał, tak i dalej się zapada. – Bo nikt klawiszy nie zdjął, niczego nie szlifował i nie smarował. – No to jak to? – Przecież pani mówiła, że wszystko jest w znakomitym stanie i potrzebne jest tylko strojenie. – I co mam teraz robić? – Zawołać stroiciela.

A oto prawdziwa historia opowiedziana przez znajomego stroiciela. Oczywiście, przekazuję zasłyszaną relację swoimi słowami, żeby usprawnić narrację i zmniejszyć ilość fachowo-branżowej terminologii.

Sprawa sprzed roku. Po strojeniach żona zawsze mnie pyta, jak było, jakie było pianino, co z nim robiłem. Opowiadam jej o tym, co mnie spotkało, jak często „strojenie” płynnie zamieniło się w cały kompleks czyszczenia, naprawy, regulacji… Żona pewnego razu nie wytrzymuje i mówi: „Weź, uważaj. Jak będziesz tak wciskał ludziom dodatkowe usługi, to przestaną cię wzywać”. Długo się nad tym zastanawiałem – czy robię coś nie tak? Czy naciągam ludzi na niepotrzebne czynności? Postanowiłem spróbować następnym razem zdać się na klienta. Klient – nasz pan. Zrobię to, czego on będzie chciał. Przystanę na rozwiązanie, które sam wybierze.

Po tym postanowieniu poszedłem stroić pianino do domu jakiegoś tyrana. Próbowałem mu opowiedzieć o tym, że pianino jest zaniedbane i wymaga pewnych czynności, ale skwitował mnie: „W tym domu mówię ja – reszta słucha i odpowiada na pytania”. Że co proszę?! „Nie będzie mi się tu nikt wymądrzał, tak jakbym sam nie wiedział, na czym to polega”. No cóż, proszę bardzo. Pan z wozu – koniom lżej. Nastroiłem, jak się dało. Po upływie roku – teraz – mam telefon. Dzwoni pan z japą, bo pianino się rozstroiło. „A przecież w ogóle nie było przez rok używane”. Mówię mu: „Jeżeli chcemy, żeby pianino stroiło, powinno ono być używane”. „Jak to? Nie mówił pan o tym”. „Bo pan nie pytał”.

Kiedy to usłyszałem, przypomniałem sobie swoje własne historie. Raz byłem podejmowany przez gosposię, a właścicielka pianina, cały czas obecna w „rezydęcji”, raczyła się pojawić, dopiero gdy na wyjściu zakładałem płaszcz. Przez całe strojenie korciło mnie, żeby z kimś porozmawiać, powiedzieć, co się dzieje z pianinem, czego mu brakuje, co koniecznie trzeba zrobić… Nie było z kim. I tu, kiedy już stoję w drzwiach, otrzymałem zapłatę – naglę właścicielka się pyta: „No i jak pianino?” – „No co, jak… Zwyczajnie, jak to pianino”, powiedziałem i zamknąłem za sobą drzwi. Wcześniej trzeba było się troszczyć, a nie, gdy skończyłem pracę i wychodzę. Nie, nie wziąłem z właścicielki ani grosza ponad umówioną kwotę, ale… dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby zechciała ona przejąć się losem pianina i porozmawiać, kiedy jeszcze można było coś zrobić, a nie tylko odsiedzieć swoje i zrobić dokładnie tyle, za ile miało zostać zapłacone, koniec, won, dowidzenia.

Znajomy opowiada dalej.

Właściciel pianina omówił telefonicznie wszystkie działania, zaakceptował ich zakres oraz koszt – i po jakimś czasie przybyłem stroić, czyścić i naprawiać pianino. I nagle na wstępie… klient zaczął negocjować wcześniej ustaloną cenę! Tego jeszcze nie było. Mogłem, oczywiście, honorowo wynieść się i wrócić do siebie jak niepyszny, ale nie po to spędza się godzin w korkach, żeby unosić honorem… Przystałem na niemoralną propozycję i w sposób bardzo mało asertywny zgodziłem się wziąć mniejszą kwotę.

I kiedy już składałem zrobione pianino, podchodzi właściciel i zaczyna wodzić po wnętrzu palcem (niczym Magda Gessler białą chusteczką po zakamarkach w knajpie). „Coś tak nie do końca ono jest czyste”, oznajmił klient. „Oczywiście. Wolał pan wersję budżetową sprzątania? To ma pan budżetową. Czy za pomniejszone wynagrodzenie miałem starać się tak samo? Pan by się starał?” Nie, pan by się nie starał, więc sobie odpuścił, ale przecież nie mógł przewidzieć, że mam w zanadrzu znacznie więcej broni i nie zawaham się jej użyć. Otóż wcześniej, tuż po wynegocjowanej obniżce ceny, klient, który dostał był pianino za darmo, zaczął nagle się zastanawiać, w jakim jest ono stanie i „czy opłaca się w nie inwestować”. Cóż, lepiej później, niż wcale – ale umawialiśmy się na konkretną pracę, a nie na to, że „pan sobie przyjedzie, popatrzy…”. Zastanawiać to się trzeba było przed umówieniem. I nagle klient się mnie pyta, co sądzę na temat tego pianina. Odpowiedziałem mu pokrętnie: „Nie wiem. Jeszcze nie zacząłem go stroić, więc nie wiem, jak ono się będzie zachowywać”. Czułem, że choćby odrobinę szczerości z mojej strony – a za chwilę pojadę do domu, jedynie „popatrzywszy” sobie na pianino. Już tak kiedyś miałem.

A teraz, po nastrojeniu, już wiedziałem, co i jak. I kiedy właściciel ponownie zapytał mnie, „czy już wiadomo coś na temat tego pianina”, powiedziałem: „Owszem. To trup”. Jak to?! No niestety, zdarza się… Czyli zgasiłem klienta, i to tak, że zaoszczędzone na mojej pracy pieniądze wyszły mu czkawką.

I kolejna, ostatnia już historia.

Zadzwoniła klientka, która nic o pianinie nie wiedziała, bo nigdy na nim nie grała. Chciała nastroić. Zasugerowałem, że „od bardzo dawna nieużywane” pianino może wymagać całego szeregu czynności poza samym strojeniem. „Ale wie pan, u nas tu wirtuozów nie ma, nikt na nim koncertów grał nie będzie”. Pamiętając o słowach żony, postanowiłem oddać sprawę w ręce klientki. Umówiliśmy się, że nastroję pianino, a przy okazji wycenię inne prace. Takie podejście wyglądało na sensowne i uczciwe.

Ale na miejscu okazało się, że pianino jest brudne, całe wysuszone, z rozklekotanym mechanizmem, na dodatek nieużywane. Co bym z nim zrobił? Ano najpierw wyczyścił, potem zaleciłbym nawilżenie i używanie, potem wyregulowałbym mechanizm i potem bym nastroił.

To wszystko powiedziałem właścicielce, wyceniając całość prac na bardzo rozsądną w tej sytuacji kwotę. Widziałem, jak rzednie jej mina. No tak, najpierw przez 40 lat nie dbamy o pianino, potem chcemy, żeby nagle było w stanie użytkowym, a do tego żeby to się stało jakoś tak samo, bez naszego udziału i wkładu.

No więc klientka widzi brud i syf – i nie, nie chce czyszczenia. Może kiedyś. Widzi, że młotki są rozchybotane, biją we wszystkie możliwe strony, zaczepiają o młotki i struny obok – i nie, nie chce regulacji mechanizmu. Może jak córka bardziej nauczy się grać… Pedał nie działa – ale to nic, klientka murem obstaje przy tym, że ma być strojenie i już. „To nic, że wszystko klekocze, pstrykocze i hałasuje. U nas tutaj takich wymagających uszu nie ma”. No cóż: mówisz i masz. Nie będę narzucał żadnych dodatkowych usług.

Siedzę i próbuję stroić. Tonę w brudzie. Ręce są niczym u kominiarza; narzędzia wyglądają podobnie. Szkoda ich trochę – dopiero niedawno kupiłem. Niektóre tłumiki nie tłumią strun – wypadły im sprężynki, no ale czy to jakiś problem… tłumię palcem. Muszę nastroić „e”, a młotek zamiast tego bije w „dis”. Więc muszę palcami nagarniać tak samo rozchybotane młotki „dis” i „f”, żeby młotek „e” bił pomiędzy nimi prosto w swoje struny. Cały dyszkant zjechał w lewo – młotki zaczepiają o sąsiednie struny – ale nastroję każdy chór, nawet jeżeli w tym celu będę musiał szczypać struny paznokciem.

Umęczyłem się podczas takiego strojenia, jak nigdy dotąd. Jak można nastroić pianino, które dobrze nie funkcjonuje? To była parodia, nie strojenie. Nawet mi samemu byłoby łatwiej trochę naprawić pianino, żeby strojenie poszło gładko. No ale dlaczego ma mi zależeć bardziej, niż właścicielce pianina?! Dlaczego jej pianino miałbym naprawiać „dla siebie”?

Po strojeniu próbuję grać jakiś utwór – a młotki trzeszczą, stukają, biją po sąsiadach, uderzają za słabo. Chyba tam z suchości nawet klej puścił, główki młotków się odkleiły… Nawet nie wiem, jak sprawdzić pianino po takim strojeniu. To, co zrobiłem, to dopiero pierwsza połowa roboty, a przecież dania nie sprawdzamy i nie oceniamy po zagotowaniu wody.

Ale właścicielka wie, jak sprawdzić pianino. Doszła do tego rozklekotanego „e” i z triumfem na twarzy mówi: „O! Rozstrojone!!!” A ja jej na to: „A gdzie tam. Nastrojone wzorowo. Po prostu młotek bije w sąsiedni chór”. „Może pan to zrobić?” – „Ależ proszę, specjalnie dla pani”. Wziąłem, wstawiłem ośkę, dokręciłem śrubę – młotek bije jak w zegarku. Cud! „O, a tu? Tu też krzywo bije”. I tu naprawiłem. „A czy tu mógłby pan troszkę podkręcić”? – „No nie. Bo to już nie jest strojenie”. Usteczka natychmiast ułożyły się w obrażoną kokardkę, zaś ja, niczym się nie przejmując, składam pianino. Pani jeszcze przez chwilę patrzyła z zatroskaniem, aż powiedziała: „Ach, pianino wciąż jest takie brudne…” Na co powiedziałem z triumfalnym sarkazmem: „Ale przecież nikt na nim koncertów grać nie będzie!!!”

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • www przyrzad stroiciela krzyzowka (4)
  • skup instrumentów muzycznych klodzko (2)
  • czym czyscic klawisze w organach (1)
  • czym umyć pianino? (1)
  • stare instrumenty muzyczne-fortepian (1)