Dlaczego nic nie piszę?

Moi wierni czytelnicy (których kiedyś miałem) dobrze wiedzą, że najciekawsze, najgłupsze i najsmutniejsze aspekty w zakresie problematyki pianin i fortepianów gromadzą się wcale nie w owych fortepianach i pianinach – lecz w ludziach, którzy z jakichś względów instrumentom muzycznym towarzyszą. Tak, to ludzie są źródłem wszelkich problemów…

Uwaga, nowość! Nie masz ochoty na lekturę? Odsłuchaj cały poniższy tekst nie w „interpretacji” Lektora Ivo, lecz czytany przez autora!

Problem w tym, że od pisania o głupocie tej głupoty wcale nie staje się mniej. Zaś wałkowanie i powielanie tych samych kwestii, stanów umysłu i zachowań wcale nie jest zabawne. Tak już jest, że życie mamy jedno, toczy się ono do przodu bardzo szybko, zaś blog powstaje na jakimś jego etapie, kiedy w pełni odzwierciedla pracę umysłową jego autora – i wypada z jego potrzeb, kiedy życie i zainteresowania się zmieniają. Stąd uzupełnienie listy „fajnych” pytań i dialogów o kolejne perły typu „Po co panu ta niby darmowa wycena pianin?” „Nie ‚niby’, tylko naprawdę darmowa. Po co? Bo to reklamuje moją działalność, a przy okazji dostarcza mi zdjęć ciekawych instrumentów”„Aha, no to nie, dziękuję”; albo „Czy datował pan moje pianino tak na oko?”, albo „No to jak pianino zupełnie wyschnie na wiór, to je wyrzucę i kupię nowe”„To po co mam nad nim pracować i reanimować? Proszę wyrzucić je już teraz” – tak więc uzupełnienie listy absurdów o kolejne dziesiątki, setki przykładów staje się bezcelowe, bo to, co mnie fascynowało pięć lat temu, niekoniecznie dziś bawi tak samo. Nabrałem dystansu i doświadczenia, niczym ten najedzony kot, który, zanim zejdzie z parapetu na tę grzeszną ziemię, kalkuluje, czy opłaca mu się w ogóle obudzić, czy lepiej sobie spać dalej, bo przecież i tak nic ciekawego się nie dzieje, a w misce, jak podpowiada doświadczenie, niczego smacznego nie przybyło, natomiast leniwy bezruch oszczędza siły, nerwy i energię. Wiem już, że z wiatrakami walczyć nie ma sensu. No i też uważam od jakiegoś czasu, że ludzka głupota może fascynować i bawić raczej tego, kto mądrość posiada nie wrodzoną, lecz nabytą.

Nie piszę również z innego powodu. Obecnie na blogu jest 218 postów (nie licząc dodatkowych podstron), a im więcej ich jest, tym trudniej przez te informacyjne zaspy się przebić i coś znaleźć dla siebie. Dziś ludzie są zadaniowi, stawiają sobie cel i jak najkrótszą drogą (tak, również niestety „na skróty”) chcą go osiągnąć. Nikt dziś nie ma czasu na wielogodzinne / całonocne lektury, każdy ma jakiś problem i szuka szybkich, skutecznych rozwiązań i odpowiedzi. Z doświadczenia wiem, że większość czytelników bloga (zwłaszcza tych jednorazowych) albo poszukuje instrumentu, albo chce swój instrument sprzedać, albo interesuje się informacją o nim lub o jego producencie. Nie bardzo ich interesuje moja opinia o innych czytelnikach lub właścicielach pianin, mój pogląd na świat i życie oraz opis instrumentów, na które natrafiłem na swojej drodze życiowej :) I to jest normalne. Lecz też nie mogę i nie chcę co roku powtarzać tych samych tekstów w różnych odsłonach, jak to np. co zimy pisać o nawilżaniu pianin lub co jesień – o „sztuczkach” nieuczciwych sprzedawców używanych pianin i fortepianów. To się przecież nie zmienia, a teksty sprzed kilku lat wciąż pozostają aktualne. Po co więc pisać nowe? Żeby osiągnąć jakąś rekordową liczbę postów, a jeden i ten sam problem opisać tuzinem różnych tekstów? Już od jakiegoś czasu czytelnicy narzekają, że „im więcej czytają, tym mniej wiedzą / bardziej się gubią / rozumieją, że nic nie rozumieją”. A przecież nie chciałbym szkodzić tam, gdzie mam na celu pomagać. Na przykład nie chciałbym, by moja „wylewność” informacyjna zniechęciła potencjalnych klientów i zmusiła ich do odejścia do kogoś, kto na skomplikowane problemy proponuje proste i łatwe odpowiedzi lub rozwiązania. Bo im dłużej żyję, tym bardziej rozumiem, jak skomplikowany jest ten świat, a dokładniej, każde zjawisko na tym świecie, w tym tak „proste” zjawisko, jak fortepian czy pianino. Jego zakup, posiadanie, konserwacja, sprzedaż…

Już jakiś czas temu utworzyłem menu Na skróty, gdzie posegregowałem najważniejsze posty według tematów. Interesuje kogoś zakup pianina – proszę sprawdzić to i tamto; historia – zapraszam tu i tu, sprzedaż swojego instrumentu – zajrzyjcie tam i siam. Nie wiem, w jakim stopniu zdaje to egzamin, bo często od jednorazowych odwiedzających brakuje informacji zwrotnej, zaś stali Czytelnicy wcale niekoniecznie wracają (wracali…) do mnie z powodu pianin i fortepianów, więc im te „skróty” i tak nie były potrzebne.

Kolejny powód, dla którego nic nie piszę (ostatni post – o firmie August Förster – nie powstałby, gdyby nie chęć pomocy zaprzyjaźnionej siostrze zakonnej, która musiała się zmierzyć ze sprawą sprzedaży należącego do klasztoru pianina tej właśnie marki), wydarzył się niemal rok temu i mocno zniechęcił mnie do jakiejkolwiek działalności.

Otóż w Operze Narodowej odbyło się gromkie, rozdęte, rozdmuchane wydarzenie – koncert pt. „Warszawski fortepian Chopina”, na którym zaprezentowano kopię instrumentu produkcji Fryderyka Buchholtza w Warszawie. Koncert „zaszczyciło” swoją obecnością parę ważnych osobistości dzisiejszej władzy, jak to np. pan minister kultury, oraz inne „ważniaki”, które są gotowe czymkolwiek się podetrzeć – nawet i fortepianem, nawet i Chopinem – byleby zaliczyć kolejne „osiągnięcie” na drodze do kolejnych wyborów i nominacji, albo uzasadnić „oswojenie” publicznej kasy, którą – nie wiedzieć, za jakie zasługi – mają w swej „opiece”. Ważniaki, które niczego sobą nie reprezentują i jedynie korzystają z każdej okazji, żeby tylko zaistnieć i się pokazać, udając, że wszystko, co się dzieje dookoła, jest ich dziełem bądź osiągnięciem. To jest typowo polska cecha – obecność licznych „działaczy”, bez których świat zapewne by się zawalił, a którzy są ważniejsi, niż ci, którzy naprawdę coś robią. Ci, którzy siedzą w polskim sporcie, wiedzą, co mam na myśli.
Tak więc na imprezę groszem sypnął Orlen, a całość transmitowała państwowa telewizja, przez co pełna sala ludzi musiała odbyć niezaplanowaną przerwę w koncercie, tak aby dostosować fragment koncertu do czasu antenowego głównego medium naszej Partii.

Lecz wcale nie o przynależność polityczną „działaczy” mi chodzi: o kłamstwo. O to, w jakie szaty ubrano całe to wydarzenie. Otóż ponoć nie istnieje żaden zachowany fortepian Buchholtza, zaś ten, który skopiowano i odtworzono (zresztą niedokładnie, dostosowując prawdziwy fortepian do dzisiejszej koniunktury poprzez… powiększenie jego skali – tak jakby „ulepszyć” i rozbudować gotyk za pomocą neogotyku), jakimś cudem znaleziono w bardzo kiepskim stanie w Krzemieńcu na Ukrainie.

Prawda jest natomiast taka, że ja osobiście znam cały i kompletny fortepian Buchholtza, i to położony znacznie bliżej, niż Krzemieniec. Pytanie: czy kogoś to interesuje? Cóż, obawiam się, że nie – że prawda jest tworzona na kolanie tego, kto tę „prawdę” chciałby spieniężyć na swoją korzyść. Naszych „ważniaków” interesuje nie tyle prawda-jaka-ona-jest, co jej wymiar praktyczny – polityczny i pieniężny. Wymiar sytuacyjny. Obojętnie, czy chodzi o szefa ministerstwa, czy jakiegoś instytutu (lub innej organizacji państwowo-budżetowej), czy osobiście o samego producenta kopii fortepianu, a może o głównego sponsora wydarzenia.

W Polsce mamy nielicznych specjalistów od zabytkowych fortepianów – zarówno praktyków, jak i teoretyków. Lecz trzeba przyznać, że współpraca między nimi jest – jak i w wielu innych dziedzinach życia społecznego w Polsce – niemal żadna. A jak już coś zaczyna zakrawać na współpracę, to bardzo szybko staje się tym, czym od początku być miało – wyłudzeniem wiedzy i informacji. Dlatego wcale nie jestem pewien, czy, gdyby ktoś (w imię Poszukiwania Prawdy) zwrócił się do mnie z pytaniem o jakieś znane mi Buchholtze i o pomoc w dotarciu do nich, nie wyparowałby bez śladu (i bez słowa pożegnania) tuż po otrzymaniu interesującej go informacji. Bo to już się zdarzało nie raz i nie dwa. Stąd istotnie nie wiem, co byłoby mniejszym złem – ignorancja zamiast współpracy czy udający współpracę bandytyzm.

Bo mamy przecież tak, jak w Rosji. Powyższy dylemat – ignorancja lub bandytyzm – to wybitnie rosyjskie postawienie sprawy. Współpraca – taka, jaka jest znana (nie bez zastrzeżeń, oczywiście) w Niemczech, jest nam całkowicie obca. A bez tego niestety cierpi tożsamość i kultura narodowa, historia i dziedzictwo, a ostatecznie opieka nad zabytkami.

Trochę przypomina to sytuację posiadaczy nieruchomości w Rosji i w całym dawnym ZSRR. Albo życie ludziom zatruwa namiastka samorządu, która wprowadza lewe opłaty nawet z datą wsteczną (np. za użytkowanie gruntu albo na „fundusz remontowy”, lub też za nieistniejącą „obsługę techniczną” – tego typu pobory wyłudzane są przez spółdzielnie mieszkaniowe), albo ludzie padają ofiarą „czarnych pośredników” w obrocie nieruchomościami, którzy, obiecując ci złote góry, np. dożywotnie utrzymanie, najpierw przepisują twoje mieszkanie na siebie, a potem cię mordują pozorując samobójstwo lub śmierć z powodów naturalnych – a policja czy medycy siedzą u nich w kieszeniach, więc ich kryją. I jak tu być sobie posiadaczem, zwłaszcza samotnym, własnego mieszkania? Problemy czają się ze wszystkich możliwych stron. Jeżeli cokolwiek posiadasz, jesteś w niebezpieczeństwie. Taki kraj.

W naszym natomiast kraju jest tak, że najmniej pracować chcą ci, którzy mają państwowe etaty. Oni najchętniej by skorzystali ze zdobyczy młodych, naiwnych, zapalonych entuzjastów, którzy łudzą się, że potrafią naprawić świat, że warto być przyzwoitym i robić dobre uczynki.

I jak tu dzielić się wiedzą?

Dlatego z sadystyczną przyjemnością oświadczam, że to, że „jedyny znany, a przy tym niekompletny fortepian Buchholtza został dokładnie skopiowany…”, jest kłamstwem zaaprobowanym przez państwo i zaserwowanym tysiącom odbiorców. Z rozmowy z twórcą kopii wynikło, że nie znaleziono nawet numeru seryjnego tego krzemienieckiego Buchholtza, przy czym twórca nawet nie był pewien, czy szukał tam, gdzie ten numer powinien był się znajdować! (i gdzie on się znajduje w tym fortepianie, który znam ja). Skopiowano instrument bez numeru, nie wiadomo kiedy wyprodukowany – przy tym, że oczywisty do wykorzystania wzór był cały czas pod ręką, a być może też mógłby zagrać w oryginale, a nie tylko w postaci kopii! Ot do czego doprowadza brak współpracy! A przy okazji – niechęć do dzielenia się sukcesem.

Współpraca w naszym (lub, jak kto woli, „tym”) kraju często polega na wykorzystaniu. Ileż to razy dostawałem anonimowe telefony z prośbą – ba, z żądaniem! – o wgląd w zgromadzone przeze mnie zbiory czy to informacji, czy dokumentów, czy nut, czy instrumentów muzycznych. Rozmówca nawet nie chce się przedstawić (albo przedstawia się lewym nazwiskiem), ale ma bardzo konkretne żądania i oczekiwania! A ile razy dostawałem maile niby od osób prywatnych, które w rzeczywistości były pracownikami instytucji budżetowych zajmujących się tym samym, co i ja – lecz za pieniądze. Udając entuzjazm zrozumiały dla amatorów i osób prywatnych, a będąc równocześnie opłacanymi z budżetu decydentami, którzy na swoją działalność mają niebagatelne fundusze – tyle że im się działać nie chce! – prosiły mnie o informację, którą zgromadziłem własnym trudem, nie dostając od nikogo pieniędzy. Podobnie jak w swoim czasie dostałem maila od nieznanej mi wokalistki, która „pragnęła przyczynić się do rozpowszechnienia poprzez swe koncerty muzyki polskiej”, prosząc mnie o zgromadzone przeze mnie nuty… muzyki organowej! Wokalistka – i muzyka organowa? Tak, bo ona „czasem też gra na organach”… Szybki research w internecie pokazał, że nie jest to „zwykła” wokalistka, lecz córka mojego niegdysiejszego recenzenta pracy magisterskiej, jednego z „guru” polskiej organistyki, który od dawna nie darzy mnie sympatią (chyba za to, że w swoim czasie nie chciałem studiować w jego klasie), więc, zamiast bezpośrednio poprosić mnie o ciekawe nuty (i być może nawiązać przez to nieco bardziej poprawne kontakty), nasyła na mnie własną córkę z niedorzeczną bajeczką. I się nie wstydzi. Mężczyzna…

Dostałem szczękościsku.

Podczas tego samego koncertu wykonano „Fugę” Karola Kurpińskiego na temat „Jeszcze Polska nie zginęła”. Trochę za głośne to słowo – „wykonano”. Zastąpiłbym je słowem „spartaczono”. Bowiem jak można tak znakowy utwór dla polskiej muzyki i kultury zagrać, jakby w muzyce nie rozumiano dosłownie niczego? Jak można nie zrozumieć, nie wyczuć, nie przekazać, nie zadbać, jak można potraktować ten utwór w pół gwizdka, zagrać go „przepraszając”, od niechcenia, nie będąc przekonanym, że to muzyka absolutnie niesamowita? Po co było ją grać? Po to, by poocierać się o głośny tytuł, o nieznane dzieło? „Skoro można, to dlaczego by nie skorzystać z okazji” – to jest, przepraszam co bardziej wrażliwych, poziom myślenia psa, który widzi sukę. Po co wstawiać Fugę Kurpińskiego do koncertu, swoim wykonaniem skazując genialny utwór na totalne niezrozumienie u publiczności, która, oczywiście, z grzeczności poklaskała? Po co w ogóle występować na cichym, kameralnym instrumencie przeznaczonym do salonu, w ogromnej kubaturze Opery Narodowej? Na instrumencie, w którym przez kilka dni stania na scenie tejże opery, na skutek suchości całkowicie popękała płyta rezonansowa, dziesiątkując i tak niewielki wolumen brzmieniowy? Sam pomysł ustawienia zabytkowego fortepianu na scenie Opery Narodowej (nie pierwszy w historii najnowszej, zresztą) jest kpiną z publiczności. Może jeszcze wykonać tam coś na klawikordzie? Ale co tam publiczność, co tam szacunek dla ludzi i dla dzieła, co tam zdrowy rozsądek, kiedy „działacze” mają okazję do lansu, tworząc na własnych kolanach historię…

Po koncercie idę za kulisy i pytam się pianisty, z jakiego grał wydania. „Wie pan, z jedynego, jakie istnieje. Takie brązowe…”.

Tak, wiem. Dokładnie z tego:

Kurpiński-fuga

A wiem stąd, że to ja jestem autorem – pomysłodawcą i redaktorem – tego wydania. Lecz na próżno można by było szukać mojego nazwiska wśród natłoku tych pompatyczno-patetycznych hurrapatriotycznych informacji, którymi zalano słuchaczy owego koncertu. Po co dzielić się swoim sukcesem z kimś, kto latami pracował u podstaw, żeby cokolwiek ocalić, przywrócić, wskrzesić, utrwalić?

Skąd się biorą fugi Kurpińskiego? Wiadomo, z księgarni! A skąd się bierze kiełbasa? Z Biedronki! Nie, kochani, kiełbasa bierze się stąd, że najpierw świnka się urodziła – tylko po to, żebyśmy mieli mięsa w nadmiarze – potem, niczym w obozie koncentracyjnym, spędziła swoje krótkie i marne życie w hodowli przemysłowej – niczym rzecz (żywe mięso!!!), nie mając żadnych szans na choćby chwilę normalnej dla siebie egzystencji, a potem zginęła zamordowana, żebyśmy o każdej porze dnia i nocy, miesiąca i roku (z wyjątkiem, jakże bym zapomniał, wolnych niedziel), mieli na sklepowej półce kiełbasę, zaopatrzoną w obrazek zadowolonej, uśmiechniętej świnki na opakowaniu. Albo żeby „zatrzymać epidemię” afrykańskiego pomoru świń drogą wybicia wszystkich świń na danym obszarze (swoją drogą, czy próbował ktoś kiedyś w ten sposób zapobiegać rozprzestrzenieniu ludzkiej dżumy?).

Ale to przecież ludzie ponoć mają duszę, nie świnie :) I ta ich dusza im na to pozwala…

Chleb też nie na drzewach rośnie…
Wszystko ma swoją cenę.

To, że Fuga Kurpińskiego ostatecznie – po 188 latach od jej pierwszego wydania – znalazła się w księgarni, też ma swoją cenę. Cenę drobnej wzmianki w pełnej patriotycznego przepychu książeczce wydanej z okazji koncertu – owego „zrywu narodowego w zakresie fortepianów i pianin” zapewne z okazji Stulecia Odzyskania.

A może chodzi o to, że nie mam polskiego nazwiska i nie pasuję komuś do „koncepcji”? Cóż, ani Buchholtz, ani Chopin też takowego nie mieli…

Stąd proszę się nie dziwić, że mi się nie chce. Z wiekiem potrzeby się krystalizują, a drogi ich osiągnięcia poddawane są racjonalizacji i kontroli sprawności tudzież wydajności. Nie zmienię świata ani ludzi, nie uratuję ani pianin, ani Polski dla jej mieszkańców (żeby nie pisać „Polski dla Polaków”). Nie pomogę wszystkim. Nie zależy mi na pozostawieniu po sobie pamięci. Nie zależy mi na zaszczytach ani uznaniu, bo zaszczytów na chleb nie nasmarujesz, ani do grobu sobie nie włożysz. Mam jedno życie i muszę przeżyć je tak, żeby pod koniec nie pożałować, że się straciło czas na coś nieistotnego, a na coś, o czym się marzyło, jest już za późno.

Wielki francuski kompozytor Hector Berlioz pozostawił wspomnienie o pewnym wydarzeniu ze swego życia. Którejś nocy przyśniła mu się… symfonia. Cała, w szczegółach. Wspaniała i ekscytująca. Kompozytor obudził się i już był chwycił za pióro, żeby zapisać ulotną wizję… Lecz, po pewnej kalkulacji, stwierdził, że na ukończenie i szlifowanie dzieła pójdzie mu ze 3-4 miesiące. Inna działalność zarobkowa (a mianowicie pisanie felietonów, czym trudnił się Berlioz w okresie nędzy) ulegnie tymczasem zawieszeniu. Potem, jak już symfonia zostanie ukończona, trzeba będzie znaleźć skryptora, żeby rozpisał partie. To oznacza wydatek 1000 lub 1200 franków, czyli zadłużenie. Skoro partie będą już gotowe, autor zapragnie usłyszeć swe dzieło. Będzie trzeba zaangażować orkiestrę i dać koncert, dochód z którego pokryje ledwie połowę powstałych w międzyczasie długów i wydatków. Wszystko to było zupełnie nieopłacalne. Więc ostatecznie kompozytor postanowił… zapomnieć o tym, że przyśniła mu się symfonia. Uznać sprawę za niebyłą. Cóż, przynajmniej powstał nowy temat dla felietonu czy memuarów. Każdą porażkę można przekuć w sukces.

Oto jak wygląda racjonalizacja!

Z wiekiem każdy się zmienia – ja też, i nie ma w tym nic złego. Możliwe, że niebawem znów zajdzie we mnie jakaś zmiana. Dlatego nie zatrzaskuję żadnych drzwi – również w postaci pisania bloga. Natchnienia mimo wszystko nie da się ujarzmić :)

A oto moje wykonanie Fugi Karola Kurpińskiego. Powstało ono jeszcze przed opisywanym koncertem, co więcej – użyłem nie kopii, lecz prawdziwego fortepianu z epoki – warszawskiego Kralla i Seidlera z I połowy lat 1830-ych. Nagranie robocze, powstało jako test stroju fortepianu po jego nastrojeniu w stroju Kirnberger III:

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • ciekawostki o fortnite (3)
  • fabryka instrumentow muzycznych intercontinental (1)