Odpowiedzialność za słowo

Kiedy ponad siedem lat temu zaczynałem prowadzić tego bloga, był to, cóż, po prostu blog. Cieszyłem się z wolności i prawa do pisania dosłownie wszystkiego, co mogło mi przyjść do głowy.

Lecz z biegiem lat uzmysłowiłem sobie, jaka odpowiedzialność ciąży na mnie za wyrażone opinie, zastosowane porównania czy choćby wybuch emocji. Ot, za wyrażenie opinii o nowej Calisii grożono mi sądem; porównywanie szkodników, którzy nie znają się na historii i konstrukcji fortepianu, a mimo to podejmują się sporządzenia „ekspertyz”, do „zboczeńców-pedofili”, absolutnie słusznie zniesmaczyło jedną z dzisiejszych czytelniczek (której, co podziwiam, chciało się czytać wpisy z roku 2012!). Zaś mniej czy bardziej uzasadniony wybuch emocji powoduje, że instrumenty pewnych firm będą kupowane znacznie rzadziej, niż dotychczas, zaś innych – częściej. Ot, od paru lat w kraju trwa „moda” na Grotrianów i na Augustów Försterów, z kolei za negację „walorów” radzieckich pianin dostałem pełnego żalów maila od „kolegi” z branży o tym, że „przeszkadzam robić interes”, wraz z zawoalowanymi groźbami. Więc, mimo iż generalnie się nie przejmuję i dalej robię swoje, różnie z tą wolnością bywa…

Jednak najważniejsze nadchodzi wtedy, gdy moja opinia jest decydująca dla losu jakiegoś instrumentu muzycznego. Od zawsze starałem się unikać jednoznacznych sądów i opinii, które przypieczętowałyby los niejednego zabytkowego fortepianu i pianina.

Dziś ludzie uwielbiają iść na skróty. Nikt nie ma na nic czasu, zaś z każdej strony atakuje nas taka ilość różnych bodźców, jakiej jeszcze nigdy w historii nie było. Czas jednak się nie wydłuża, co wszyscy na sobie odczuwamy (rok do roku coraz bardziej). I każdego roku coraz bardziej odczuwamy, że tego czasu nam odmierzono wcale nie tak dużo…

Mogę więc zrozumieć, że, jeżeli człowiek może pójść na skróty, to pójdzie. Np. znajdzie mój numer telefonu i zacznie wydzwaniać, bo nie ma ochoty ani pisać, ani czytać, ani myśleć. Ot, ostatnio ktoś zupełnie przypadkowy postanowił pogadać ze mną o swoim pianinie o godzinie 22.30…

Jednak wiem jedno: najprostsza droga w 90% przypadków prowadzi do utylizacji starego pianina czy fortepianu. Bo tak jest najprościej, najszybciej, a w sumie nawet najtaniej. Zaś moim celem – ba, nawet misją – jest do tego nie dopuścić. Stąd nie mogę, naprawdę nie mogę podać na stronie jakiś formularz, który pozwala szybko „wycenić” jakieś pianino, który pozwoli szybko je zidentyfikować jako „nienadające się do strojenia, naprawy, użytku, sprzedaży i w ogóle czegokolwiek”. W natłoku setek wpisów staram się tu i ówdzie zasiać informację, że „to zależy”, że „warto spróbować”, że „nie niszczmy”, a wreszcie, że „antyczne” pianino jest niczym stary człowiek lub stary pies, który chce żyć. Naprawdę obawiam się, że ludzie, którzy przypadkiem trafiają na mój blog, w dużym stopniu szukają usprawiedliwienia dla już podjętej decyzji – „pianina nie da się uratować”.

Niedawno stoczyłem całą batalię z właścicielką pianina Fricke, które z góry było skazane na zagładę. Użyłem przeróżnych argumentów, spróbowałem zainteresować panią zarówno samym pianinem, jak i jego wartością historyczną. Absolutnie nie mogłem pianina ani zabrać, ani choćby rozkręcić je z przeznaczeniem na części, ani komuś zeswatać (nie mogę przecież polecać komuś pianina, którego osobiście nie znam), zaś sam instrument był spoza terenów, na których pracuję. I tak, i siak próbowałem nakłonić właścicielkę, by jednak spróbowała coś z pianinem zdziałać, by dała mu trochę czasu (przecież, jak to u ludzi, sprzedażą pianina zaczynamy się zajmować za pięć dwunasta, kiedy już nic zrobić nie można). Co więcej, odniosłem wrażenie, że pani celowo wkręca mnie w zajmowanie się jej instrumentem, bo interesowały ją coraz bardziej szczegółowe aspekty. Licząc na to, że pianino mimo wszystko uda się uratować (no weźże, kobieto, wystaw je na OLX!!!), tłumaczyłem i wyjaśniałem, a potem jeszcze byłem proszony o komentarz do już udzielonych wyjaśnień. Nigdy tak szczegółowo niczyim pianinem się nie zajmowałem, a już zwłaszcza takim, wobec którego nie miałem żadnych własnych oczekiwań. Nic z tego: po dwóch tygodniach pisania i wymianie kilkunastu dużych maili, otrzymałem werdykt: „Bardzo dziękuję za wszelkie informacje. Ponieważ rynek wygląda, jak wygląda, postanowiliśmy z mężem, że pomimo sentymentu pianino zostanie rozebrane”. Przegrałem.
A pianino było do uratowania. Fricke – to dobra, solidna legnicka firma; w jej instrumentach jest nad czym pracować i na pewno jest co ratować. Ot, jedno z pianin Fricke modelu „Sonator” brzmi tak:

Niestety, właścicielka, zamiast zająć się tym, co bezpośrednio do niej należy – czyli sprzedażą własnego pianina – wolała wdać się w „ciekawą” korespondencję ze mną, po czym i tak zrobić to, co zaplanowała już dawno temu. I po co było tracić mój czas?

Wiem natomiast jedno: jeszcze nigdy nie zdarzyła mi się sytuacja, żebym to ja doradzał zezłomowanie pianina czy fortepianu. I nie dlatego, że na remoncie pianina mogę zarobić, a na utylizacji nie. Po prostu szkoda mi instrumentów. Nie będzie ich coraz więcej! Nie będzie coraz więcej instrumentów zabytkowych, instrumentów polskich, instrumentów wyprodukowanych przez dawno już zlikwidowane fabryki. Ludzie, my dziś dosłownie zarzynamy zabytki! My je niszczymy, my je eksploatujemy rabunkowo, my mamy je w głębokim poważaniu, bo wiemy, że za dwa lata, podobnie jak smartfona, wymienimy sobie nasze zabytkowe pianino na kolejne, również zabytkowe! Po co stroić i naprawiać, skoro można wyrzucić i za absurdalnie niską cenę mieć kolejne jedno? Kiedyś, jeszcze w czasach studenckich, zastanawiałem się, po co kurtkę, która nowa kosztowała w sklepie 29 złotych, zanosić do pralni chemicznej, gdzie pranie kosztowało 50 zł. Przecież zamiast prania mogłem sobie kupić dwie kolejne takie same nowe kurtki, uszyte za dolara w jakimś Bangladeszu…

Tyle że, kochani, to nie będzie trwało wiecznie. Za kilka lat skończą się pianina w Skandynawii, zezłomujemy ostatnie polskie zabytki, a nasze „wieczne” Legnica i Calisia od kilkunastu lat nie produkują już niczego. Co nas wtedy czeka? „Pianina” cyfrowe? Pianina chińskie? Może Xiaomi zacznie produkować pianina, bo przecież produkuje już wszystko? Oddajemy kolejny swój przyczółek walkowerem. Już tylko krok dzieli nas od zostania pianinową Albanią, Bułgarią czy Rumunią, gdzie miejscowej produkcji w zasadzie nie było, a większość pianin będących w użyciu sprowadzono z ZSRR. My zaś na własne życzenie pędzimy w tym kierunku.

Kurczę, może wzorem ruchów „pro-life” powinienem założyć jakiś ruch „pro-piano”?

Ostatnio natrafiłem na zupełnie unikatowe pianino Yamahy z lat 40-ych. Tak starej Yamahy jeszcze w życiu nie widziałem. Niestety, płyta rezonansowa rozpadła się z suchości na pojedyncze deseczki (niczym wysuszony parkiet), a pianino w ogóle nie brzmiało. A co właściciel? „No cóż, trudno. No co mam zrobić, przebudować dom? Zlikwidować ogrzewanie podłogowe? Przecież to tylko pianino. Kupi się nowe. Co, nowe w tych warunkach po kilku latach będzie przypominać tę Yamahę? No trudno, to będę wymieniał pianino co dwa lata”. I tyle z nim współpracy.

Zapraszacie do swojego instrumentu stroiciela, a on wam z marszu mówi, żeby „toto zezłomować i spalić w piecu”? Czekajcie, już za chwilę zaproponuje wam zakup pianina z własnego garażu. Tak oto postąpił pewien baaardzo znany stroiciel z południowej Polski, który nie miał ochoty pracować z ogromnym (koncertowym!) wiedeńskim fortepianem z końca lat 1850-ych. Wyobraźcie sobie: ten oto fortepian ma ponad 160 lat! Cóż, właścicielka, która go wcześniej uratowała, nie skusiła się na propozycję zakupu pianina od „miszcza” i zgłosiła się do mnie. I po dwóch dniach naprawdę intensywnej pracy (jakieś 17 godzin) fortepian przedstawia się następująco:

Miałby ktoś teraz wątpliwość co do zasadności napraw i remontów tego fortepianu? Przecież zagrać na nim Brahmsa, a nawet Schuberta – to doznanie absolutnie bezcenne, a do tego dostępne na wyciągnięcie ręki tu, w Polsce, być może nawet w naszym własnym domu. A przecież fortepian jest w pełni oryginalny, ze stalowym nawojem basowych strun, ze starymi prostokątnymi (wąskimi) kołkami, których od momentu wyprodukowania nikt nie wymienił! Nawet oskórkowanie młotków, choć i w jakimś stopniu zużyte, pozostało oryginalne, co zapewniło mu w pełni oryginalne brzmienie, którego patyna była cenniejsza (tak samo, jak to ma miejsce w przypadku starych monet) od domniemanego brzmienia nadanego przez fabrykę, lub przez osobę, która wymieni wszystkie podzespoły środka fortepianu na nowe. I tylko strój musiałem mu obniżyć o półtora tony – żeby nie zerwać zabytkowych strun i nie nadwyrężyć archaicznej konstrukcji ze szczątkową ramą metalową.

Oczywiście, łatwo jest przekonać przekonanych. Jeżeli ktoś chce uratować swój fortepian, to go uratuje. Ale co zrobić z tymi, którzy w istocie szukają u mnie potwierdzenia, że pomysł o zezłomowaniu rodzinnego instrumentu jest słuszny, jest jedynym wyjściem? I grają, i kręcą, i manipulują… Niby proszą o pomoc, ale zaraz zaczynają szantażować, przekładać problem z chorej głowy na zdrową, wręcz apelować do mojego poczucia odpowiedzialności! Wszystko sprowadza się do formuły „Weź pan pieska, bo wywiozę go do lasu, czy nie szkoda panu pieska?”. – Czy zna pan kogoś, kto chciałby kupić moje pianino? – Niestety nie. – No jak tak: tyle pan jeździ po Polsce, ogląda pianin, rozmawia z ludźmi, blablabla, i nie zna pan nikogo? Jak to możliwe? Czy po prostu nie chce pan pomóc?

Chcę uratować pianino, ale nie chcę pomagać takiej kreaturze. A to niestety idzie ze sobą w parze. „Jak pan nie kupi fortepianu do poniedziałku, to idzie do pieca”. Wystarczy, że się wkurzę, uniosę i w odpowiedzi zastosuję jakiś milszy ekwiwalent kultowego wyrazu „spieprzaj, dziadu”, jak będę miał poczucie, że właśnie zamordowałem jakiś fortepian. Choć to przecież nie ja go zamordowałem. Ale może mogłem uratować?

Dlatego w każdej korespondencji, gdy przekora oraz asertywność każe odpisać „To proszę złomować, skoro pan/i chce”, usiłuję znaleźć takie argumenty, które jednak właściciela przed tą decyzją powstrzymają. Nie mogę mu skłamać, że pianino lub fortepian warty jest jakichś niebotycznych pieniędzy; nie mogę, nie znając instrumentu osobiście, zapewniać, że bezdyskusyjnie da się go uratować i przywrócić do życia; nie mogę, nie znając instrumentu, proponować go komukolwiek – ale zawsze staram się znaleźć jakieś plusy, jakieś argumenty, jakieś sugestie. Choć czasem nóż mi się w kieszeni otwiera.

Ot, najświeższa wymiana maili (jasne dodatki pochodzą ode mnie).

„Dzień dobry, posiadam pianino G. Wolkenhauer. Mogę sprawdzić, jaki ma numer seryjny. To dlaczego pani nie sprawdziła? Ja też wiele czego „mogę”…
Ne pewno jest bardzo stare – ma ponad sto lat. Nie jestem pewna, czy można je jeszcze nastroić i na nim grać.
Czy ma Pan może wiedzę na temat, kto chciałby odkupić takie pianino? Muzeum? Jakaś instytucja zajmująca się zabytkami? Tia, instytucja… Jaka instytucja? Schronisko dla pianin „Na Paluchu”? W państwie teoretycznym żadna „instytucja” nie zajmuje się cudzymi zaniedbanymi pianinami; zresztą w normalnym państwie również. Bo w normalnym państwie pianina zaniedbane niemalże nie występują.
Szczerze przyznam, że nie chcę posuwać się do tego, aby je zniszczyć i dać spalić, wszak to zabytek. Nie chcę, ale, jak wiadomo, muszę…
Nie mam pomysłu, kto mógłby być nim zainteresowany? Bardzo proszę o pomoc w tej kwestii.”

I moja odpowiedź:

„Dzień dobry. Nie ma żadnych „instytucji zajmujących się zabytkami”, czyli hospicjów dla starych pianin. Nikt instytucjonalnie nie zajmuje się ich skupem ani umieszczeniem w nowym miejscu. Muzea również zazwyczaj mają nadmiar eksponatów w stosunku do posiadanej przestrzeni, więc nawet jeżeli któreś zgodziłoby się przyjąć pianino w darze (i z transportem po Pani stronie), niekoniecznie zdecydowałoby się akurat na to pianino.
Ale dlaczego by nie spróbować sprzedać pianina po prostu, tak normalnie, bez żadnej instytucji, w internecie? Można to zrobić na Allegro, Sprzedajemy, OLX, Gratce itp. Tam wystawia się większość starych, używanych pianin. Innej drogi niestety nie ma. Ktokolwiek, kto poszukuje pianina czy do grania, czy do wystroju wnętrza np. knajpy, będzie szukał przede wszystkim tam.
Jednak proszę wziąć pod uwagę, że dziś podaż znacznie przewyższa popyt, zatem próba znalezienia chętnego akurat na to konkretne pianino, z pominięciem całego „oficjalnego obiegu” (wystawienia w internecie), najprawdopodobniej się nie powiedzie.”

Miło, grzecznie, prawdziwie. Ale czy wystarczy, aby pani porzuciła swoje zamiary posunięcia się do zniszczenia pianina?

Cóż to w ogóle za pomysł, by ominąć niewygodną (?), kłopotliwą (?) opcję wystawienia pianina w internecie i od razu sięgnąć po „wiedzę tajemną”: czy ja kogoś znam? Czy mam cudowny patent na coś tam? Czy kojarzę pianina z ludźmi, a ludzi z pianinami (niczym wiejska swatka)? Czy istnieją jakieś „narodowe instytucje” ratujące zabytki przed ich właścicielami? A może jakieś programy unijne? Czy wiem, jak szybko i przyjemnie ominąć całą tę kolejkę nudziarzy bezskutecznie próbujących sprzedać swoje instrumenty na ogólnodostępnych stronach? Bo jak nie będzie miło i przyjemnie, to pianino trafi do pieca! Aha, i koniecznie „odkupić”, no bo jak ma być za darmo, to już lepiej spalić.

Dlaczego w ogóle uratowanie czyjegoś pianina przed zniszczeniem ma zależeć ode mnie? Owszem, mogę się podjąć jego ratowania, ale na całkiem inny sposób: nastroić, wyczyścić, naprawić, wyregulować, zintonować…

Tego wszystkiego w odpowiedzi nie napisałem, zarówno jak i tego, że nie każdy stary i zaniedbany Wolkenhauer jest okazem muzealnym, i że wszędzie poza Szczecinem jest i będzie on zabytkiem cudzym, zaś w samym Szczecinie nikt się ratowaniem Wolkenhauerów nie zajmuje, zresztą wciąż jest ich tam dużo, choć i w opłakanym najczęściej stanie. I że najpierw należałoby o pianino zadbać, a nie wymyślać niebylice o jakichś instytucjach. I że takich właścicielek z ciążącymi na sercu starymi pianinami są tysiące, więc żadna „wiedza tajemna” w przypadku takiej masówy nie miałaby racji bytu, bo… przestałaby być tajemną. I że lepiej oddać komukolwiek, niż spalić, bo stosunkiem do pianin – a nie tylko do zwierząt – określamy swój humanizm. I że, jeżeli pani jednak pianino spali, to nie będzie pani lepsza od komunistów, nazistów, Kozaków, Szwedów, Niemców, Ruskich, Tatarów i kogo tam jeszcze.

Ale nie mogę współpracować z takimi ludźmi. No naprawdę nie mogę. Bo wiem, jak to będzie: jak ktoś ogłosił się na facebooku, że chciałby „pomóc zwierzętom, które właściciele planują zamordować/wyrzucić/wywieźć do lasu”, to został wręcz zarzucony zwierzyną, którą mu uradowani właściciele dosłownie wrzucali przez płot. A potem, jak zaczął protestować, to jeszcze usłyszał groźby. I oczywiście odsądzono go od czci i wiary, bo „nie chce pomóc zwierzętom”… Najbardziej zapewne narzekali ci „ludzie”, którzy zostali przez niego „zmuszeni” do zamordowania swoich zwierząt.

Jak by tu sprawić, żeby „mordercy pianin” nie przeczytali tego tekstu? Nie pisać o tym w ogóle?

Ciekaw jestem, ile pianin Wolkenhauera tym tekstem skazałem na utylizację. Bo przecież osoby zainteresowane usprawiedliwieniem ich zezłomowania znajdą w tym tekście wszystko, czego poszukują do uspokojenia własnego sumienia.

I jak tu być odpowiedzialnym za własne słowa? Gdy każde twoje słowo może zostać wykorzystane przeciwko tobie, albo użyte w niecnych celach?