O tych, co nie umieją czytać

Czy można słowem pisanym obrazić kogoś, kto nie umie czytać? Nie, bo i tak tego nie przeczyta.

Dostaję raz maila z prośbą o ustalenie roku produkcji pianina. (W tle do odbiorcy idzie odpowiedź automatyczna, informująca m.in. o płatności za usługę, o numerze konta, o czasie na udzielenie odpowiedzi.) W normalnej sytuacji sama ta odpowiedź – przypominająca! – powinna wystarczyć, żeby adresat zreflektował się, że chodzi o odpłatną usługę, choć przecież czarno na białym piszę o tym na stronie z opisem tejże usługi (i z tym samym numerem konta, a nawet możliwością wniesienia opłaty w inny sposób). Okazuje się jednak, że nie wystarczy ani jednego, ani drugiego. Bo po dwóch dniach dostaję kolejnego maila od tego samego adresata: „prosiłem o datowanie pianina”. No niech będzie, napiszę mu własnoręcznie, że usługa jest odpłatna, i że ustalenie rocznika pianina następuje po zaksięgowaniu wpłaty. W odpowiedzi dostaję wiadomość: „To proszę o numer konta do wpłaty tych 5 złotych. (Ach te „marne” 5 złotych, którymi łaskawy pan musi zaprzątać sobie głowę…) Ów numer konta – przypominam – znajduje się na stronie z usługą oraz w wiadomości automatycznej. Zastanawiam się, czy naprawdę rzecz polega na tym, że mam dla „tych” 5 zł nie dość, że wymienić z petentem kupę maili, to jeszcze samemu szukać, kopiować i podawać na spodeczku ze złotą otoczką ten numer konta komuś pod nos. Ale to nie koniec. Przemogłem się, znalazłem numer własnego konta, skopiowałem i wysłałem. Mija kilka dni – dostaję maila: „Nie dostałem obiecanego datowania pianina”. No bo żeś, człowieku, nic nie wpłacił! „No bo pan jeszcze nic nie datował”. I nie datuję, koniec, do widzenia. Nie wysyłam za pobraniem.

Druga nowoczesna pani, cała cyfrowo-internetowa, jako że umie korzystać z Facebooka, postanawia zagaić mnie właśnie tam. Uprzejmie mnie pyta, „czy nadal można prosić pana o szacowaną datę produkcji, model lub inne informacje, które pomogą nam zidentyfikować nasz instrument?” Odpowiadam, że wszystkie informacje zamieszczone na stronie są aktualne (bo dlaczego miałoby być inaczej na regularnie prowadzonej i aktualizowanej stronie?). W domyśle: nadajmy bieg tej sprawie taki, jaki został opisany. Ale nie – nie ma lekko. „Ile u pana kosztuje taka usługa?” Oho, myślę sobie, zaczyna się parcie na „obsługę indywidualną”, bo informacja o tym, że wszystko można znaleźć na stronie, do adresatki najwyraźniej nie dociera. Odpowiadam: 5 złotych. To bynajmniej sprawy nie kończy. „Jakich informacji pan potrzebuje, aby zidentyfikować pianino?” (wystarczy numer seryjny, o czym też można przeczytać na stronie. Kobieto, przecież jakoś mnie znalazłaś – to czy zatem zupełnie nie wiesz, o czym jest moja strona?). Dalej – coraz lepiej: „Gdzie taki numer można znaleźć?” A tam, gdzie pani chce. Bezczelnie odsyłam na stronę, gdzie dawno temu opisałem wszystkie możliwe miejsca występowania numeru seryjnego w pianinie. Od lat wisi to w necie – bierzcie i korzystajcie! Przecież nie po to kiedyś to wszystko pisałem, zarywając noce, żeby teraz produkować się ponownie – w imię pięciu złotych! No i wreszcie: „poproszę o numer konta”. Jejku, czy naprawdę pani sądzi, że owe 5 zeta warte są tej wielopiętrowej korespondencji?! Trwała ona kilka wieczorów i kosztowała mnie znacznie więcej czasu i uwagi, niż za 5 złotych, które miałem w konsekwencji zarobić – dostałem łącznie 14 wiadomości i tyle samo udzieliłem odpowiedzi… „Dobrze, jutro zapłacę”. Łaskawa pani, naprawdę… Owe „jutro” nadeszło… po 14 dniach. Natychmiast udzieliłem odpowiedzi z datowaniem pianina i myślałem, że wszystko jest już za mną. Gdzie tam. Kolejne pytanie nadwyrężyło moje zdrowie psychiczne. „A czy jest u pana możliwość wyceny takiego pianina? Z czystej ciekawości”. I tu cię mam!!! „Nie, niestety nie ma takiej możliwości”. Oczywiście, możliwość taka jest, ale, skoro nie umiesz czytać, i tak się o tym nie dowiesz. A jeżeli jednak czytać umiesz, ale po prostu domagałeś się otoczenia cię „indywidualną obsługą” – (bo za 5 złotych tobie się „należy”) – to być może teraz nastąpi u ciebie zbawienne rozdwojenie jaźni i będziesz się zastanawiać, „co autor miał na myśli” i kiedy kłamał, a kiedy pisał prawdę. Już byłem przygotowany na dalszy ciąg wymiany korespondencji („Jak to? przecież na stronie pan pisze…” – „Ahaaaa, czyli jednak umie pani czytać…”), on jednak nigdy na szczęście nie nastąpił. Pani musiała zaspokajać swoją „czystą ciekawość” w inny sposób.

I ktoś jeszcze się dziwi, dlaczego uważam, że z niektórymi ludźmi żadna współpraca nie jest możliwa?

Tak sobie ciągle piszę o tych 5 złotych, jakby to był jakiś mój fetysz. Nic z tych rzeczy. Nie wprowadziłem tej jakże symbolicznej opłaty po to, by na niej zarobić (musiałbym chyba oszaleć), lecz po to, by powstrzymać zalew zgłoszeń od osób całkowicie niepoważnych, nieszanujących ani mnie, ani mojej pracy i czasu, i zasypujących mnie dziesiątkami linków do oceny („bo przecież pan to lubi”), setkami pytań w mailach oraz telefonami o dowolnej porze dnia i nocy z opisami niesamowicie poważnych i istotnych (nie dla mnie, niestety), problemów, które ja powinienem (bo od tego ponoć „jestem”) pomóc rozwiązać najlepiej natychmiast. (Sam dla siebie udowodniłem, że lekko zimny prysznic w postaci informacji o opłacie 5 zł – choćby w wiadomości automatycznej – odpowiednio działa na zbyt rozentuzjazmowane głowy. No i to sprawdzone praktyką przeświadczenie, że ludzie nie szanują tego, co jest za darmo…). Dlatego nie wyceniam za darmo więcej, niż jednego pianina (na hurtową darmochę liczyli niektórzy sprzedawcy), nie konsultuję nikogo telefonicznie, nie mam zamiaru godzinami siedzieć nad mailami, zastanawiając się nad czyimiś bardzo poważnymi rozterkami – i w ogóle, nie jestem swoją własną sekretarką.

Ot, są przecież ludzie, którzy myślą, że poza blogiem jestem jeszcze od tego, żeby prowadzić wielowątkową korespondencję prywatną, odpowiadając indywidualnie wyłącznie na interesujące mojego adresata pytania. Nie przychodzi im do głowy, że ja mogę udzielać się na blogu właśnie po to, żeby nie udzielać się nigdzie więcej – i że, jeżeli o czymś nie piszę, to dlatego, że to coś mnie po prostu nie interesuje, a nie, że chcę zataić cenne informacje przed światem. (Z tego powodu m.in. nie opisuję historii setek, tysięcy niszowych niemieckich firemek produkujących w XIX-XX w. pianina – są to informacyjne śmieci, w których można utonąć i przy okazji utopić czytelników bloga. Bo tego są całe kilogramy informacji, jednak interesuje ona wyłącznie nielicznych posiadaczy pojedynczo zachowanych pianin tych niszowych wytwórni.)

Tutaj muszę wyraźnie zaznaczyć – pomimo tego, iż jestem taki „niedobry” i wredny, jak sam siebie opisuję, nie jest tak, że każdego zniechęcam do nawiązania prywatnej korespondencji. Pomimo moich narzekań codziennie poświęcam co najmniej godzinę (a nawet i dwie) czasu na korespondencję w sprawach zupełnie niekasowych – a to wstępna kwestia zakupu pianina dla dziecka, a to omawianie sprzedawców, a to identyfikacja czyjegoś pianina, do tego te ciągłe wyceny… Staram się nikomu nie odmawiać „pierwszej pomocy”, choć swoją asertywność podkręciłem już na maksa. Po prostu nie lubię, kiedy ktoś zmusza mnie do ciągłego prowadzenia siebie za rękę, a de facto prowadzenia… kolejnego bloga, tym razem prywatnego, tête-à-tête… Bo to jest po prostu nadużycie.

Tak, od lat molestuje mnie pewna pani (klientką jej nie nazwiesz, bo nigdy nie zaistniały ani nie zaistnieją ku temu przesłanki przyczynowo-skutkowe). Ta pani przy okazji postawiła na uszy połowę fortepianowej Polski, bo lubi otaczać się stroicielami, sprzedawcami, opiniotwórcami, muzykami, pianistami, pedagogami, słynnymi i wziętymi nazwiskami… Ciągle szuka i nie może znaleźć pianina, które by jej odpowiadało. Niby coś kupi, a już za chwilę wymienia na inne. Naprawdę, w takim przypadku lepiej jest raz nie zarobić, niż dać się wprowadzić w „wieczną gwarancję”, niekończącą się obsługę i ciągły ból głowy… Ta pani, korzystając z różnych adresów (chyba dla zmyłki, która się jednak nie udaje: panią zdradzają obficie stosowane wielokropki… – w liczbie dochodzącej do 32 na jeden mail), ciągle próbuje pozyskać ode mnie jakieś informacje.

Dodatkowo nie dość, że pani się lubi otaczać różnej maści specjalistami – pani jeszcze lubi o nich plotkować, a więc bezrefleksyjnie wypisuje do mnie, co powiedział „jej” stroiciel, „jej” pedagog, jej stroiciel o sprzedawcy, jej stroiciel o pianinie, jej pedagog o stroicielu, jej pedagog o pianinie, jej pianino o pedagogu (tfu, zagalopowałem się…). Takie bicie piany o nic, totalny przerost formy nad treścią, bo od korowodów wszystkich świętych wokół pianina ani pianino się nie polepszy, ani pani nie nauczy się lepiej grać. Aż w końcu nie wytrzymałem i napisałem jej taką odpowiedź:

„Dzień dobry,
nie mogę nie zadać pytania o tym, dlaczego Pani pyta o takie rzeczy mnie. Nie jestem ani Pani stroicielem, ani nauczycielem, ani sprzedawcą pianina. Myśli Pani, że od przybytku głowa nie boli, i że im więcej osób pochyli się nad tym samym problemem, tym lepiej zostanie on rozwiązany? Obawiam się, że w taki sposób to nie działa (gdzie kucharek sześć…). Nie wątpię, że Pani stroiciel jest na tyle kompetentny, że już doradził wszystko co możliwe na temat tego, jak skutecznie wyciszyć konkretne pianino w konkretnym pomieszczeniu, w którym stoi. Nie wątpię też, że kwestię moderatora omawiała Pani wielokrotnie z Pani pedagogiem. Cóż nadto mógłbym dodać ja? Obawiam się, że wszystko, co na ten (i nie tylko) temat miałbym do powiedzenia – w takim zakresie, w jakim interesowałoby to mnie osobiście – jest już upublicznione na blogu. Jeżeli natomiast pozostały jakieś bardziej szczegółowe kwestie, których jeszcze nie poruszyłem, a które mogą być ważne, sugeruję również poruszać je nie drogą prywatną, lecz na blogu w komentarzach, gdzie będą mogli ją przeczytać wszyscy zainteresowani.”

Myślicie, że to kogoś zniechęciło, choć powinno było? Bynajmniej. Upłynęło parę miesięcy, i pani znów zaczęła do mnie pisać. Teraz – po kolejnej wymianie pianina – zaczęła ona poszukiwać o nim informacji, tak i owak próbując mnie podejść. „Mam do pana pytanie…Czy posiada Pan informacje na temat pianina XXX ? Chodzi mi o historię firmy i historię powstania tego modelu, informacje na temat tego pianina…itp. Zauważyłam, że pianino ma różne numery i nie wiem, który z nich jest numerem seryjnym. Czy gdybym przesłała na Pana konto wymaganą przez Pana kwotę, takie informacje mogłabym otrzymać?”

A chodzi – przypominam – o kwotę w wysokości 5 złotych. Chodzi również i o to, że, kierując do mnie dziesiątki maili z muljonem pytań i próśb, pani przez te wszystkie lata ani razu nie przesłała mi choćby złotówki. Jak widać, nie jest ona pewna, czy udzielone przeze mnie informacje w pełni ją zadowolą, toteż woli się zawczasu upewnić, czy za swoje 5 zeta kupi mnie w całości i na zawsze. Czym więc, oprócz kurtuazji, mam kierować się w tego typu „relacji”? Chyba tylko złośliwą chęcią cyzelowania własnego pióra, gwoli zacięcia sportowego (kto kogo prędzej wykończy) odpowiadając pani tak, żeby niby coś odpowiedzieć, a jednocześnie nie udzielić żadnej informacji. I tak owa epopeja ciągnie się od 3 i pół roku.

Inny pan również od dobrych paru lat nie może się zdecydować, czy szuka pianina, czy nie szuka. Najpierw tryskał entuzjazmem, wysyłał mi mnóstwo różnych linków – a potem, kiedy wreszcie „doczytał”, że ocena jednego pianina z linka kosztuje aż 5 złotych, nagle napisał, że on się „zastanowi”, i, kiedy już na serio będzie szukał, wpłaci mi pieniądze. (Czyli, przedtem pan po prostu bawił się ze mną w internetowe pianinka? Urocze…) Nic takiego nigdy jednak nie nastąpiło, tymczasem posypały się pytania natury ogólnej: o historii pianin, producentach, różnicach w modelach itp. Bo to przecież nie kosztuje nic – oprócz mojego czasu i uwagi – on przecież nie pyta o żadne konkretne pianino! A że usługi „podwyższenia kwalifikacji” nijak nie wyceniłem (nie da się opisać i wycenić wszystkiego – ale da się i należy przyjąć, że ludzi nie wolno wykorzystywać i eksploatować, wyciskając ich niczym cytryny), to widocznie można z tej „usługi” korzystać do oporu i za darmo (nawet nie za „dziękuję”, którego przecież na chleb nie nasmarujesz).

Jednak to wszystko było na nic: pan kupił sobie jakiś złom, który postanowił… wyremontować samodzielnie. No cóż, cześć tobie i chwała. Ale myliłby się ktoś, kto sądził, że samodzielna renowacja zniszczonego pianina polega na własnym doświadczeniu, ciężkiej praktyce, szukaniu literatury, żmudnej nauce itp. Prościej jest zapytać o to wszystko… mnie! No, ale nie tak łatwo mnie wziąć „na entuzjazm”. Kupiłeś złom – naprawiaj go sam. Dlatego wiadomość z prośbą o „listę polecanej literatury przedmiotu” zbyłem milczeniem – wszak nigdzie na stronie nie ogłaszam, że w ramach swojej działalności zajmuję się rozpowszechnieniem literatury i układaniem metodyczek. Pytanie zatem trafiło do mnie w wyniku nieporozumienia :) Tego tłumaczenia wystarczy dla mnie, choć niekoniecznie dla mojego adresata. Ale co tam. Mam się tłumaczyć, dlaczego nie chce mi się układać planu jego edukacji?

I tak jeszcze dobrze, że nie proszono mnie o skserowanie mojej własnej biblioteki, którą wszakże uzupełniam za własne pieniądze z legalnych źródeł…

Ale to w sumie nic nowego. Jak sądzicie, czego dotyczyła większość korespondencji, otrzymana swego czasu po uruchomieniu mojej strony z nagraniami muzyki organowej? Wyrazów podziwu, zaproszeń na koncerty, chęci kupna płyt? NIE: próśb o zrobienie i przysłanie ksera nut, które komuś wpadły w ucho! Bo okazało się, że większość utworów jest rzadka, nieznana, a przy tym piękna. Jest jedno „ale”: na zdobycie tych wszystkich nut poświęciłem całe lata życia, mnóstwo trudu i mnóstwo kasy, a przy tym nie tworzę żadnej „biblioteki” w czynie społecznym. A zatem prośba o skserowanie nut – to brak szacunku i wobec mojego dorobku, i wobec samej tej muzyki, którą rzekomo można mieć tak łatwo, na jedno pstryknięcie palcem.

Inny pan dosłownie zaniemówił, kiedy się dowiedział, że zaopiniowanie linków z pianinami jest odpłatne (naprawdę, jest to aż takie nieoczywiste? A może niewidoczne? Przecież mógłbym własną stronę zamiast „Ars Polonica” nazwać „Wszystko za 5 złotych”, bo wszędzie o tym pełno!). Bo najpierw w najlepsze podesłał mi kilka linków, „żebym se popatrzył”. A, kiedy za darmo się nie udało, całkowicie na serio zaproponował mi następujące (cytuję): „Czy jest możliwość, żeby to Pan przejżał oferty czy to olx czy allegro pianin do 2000 zł i wybrał 2-3 Pana zdaniem sensowne? Bo myślę, że mi będzie trudniej trafić w te warte Pana wizyty, oględzin”. Tak, już się rzucam oglądać dla ciebie pianina (a w tej cenie w chwili obecnej na OLX mamy 2626 pianin, a na Allegro – 2269. Oczywiście – to wyniki z całej Polski. Ale tamte nadesłane linki również były z całego kraju, zatem najwyraźniej pan ma rozmach…). Od dawna czekałem na tak „korzystne” zlecenie!!! Niestety… zapomniałem odpisać.

Ot tak: ktoś nie umie czytać, a ja mam sklerozę. Nikt nie jest doskonały :)

Pewnego razu dostaję do wyceny… cytrę. Właścicielka – nauczycielka! – uprzejmie prosi o wycenę, załącza zdjęcia i, oczywiście, natychmiast w odpowiedzi dostaje moją standardową wiadomość automatyczną, gdzie są zawarte informacje dotyczące pianin i fortepianów. Pani, zbita z pantałyku, bo nie rozumiejąc, skąd ta wiadomość w odpowiedzi na jej cytrę, odpisuje mi: „Bardzo dziękuję za tak szybką odpowiedź, ale powyższe dotyczy pianin lub fortepianów. Nie wiem jak to się ma do np. cytry. Pozdrawiam.” No cóż, grzecznie jej odpisuję, że, „jak słusznie Pani zauważyła, moja odpowiedź automatyczna dotyczy pianin i fortepianów, bo je właśnie wyceniam. Nie zajmuję się wyceną ani cytr, ani innych instrumentów muzycznych – i nigdzie też możliwości takiej wyceny nie oferuję. Nie mam pojęcia, „po ile chodzą” cytry, i czy w ogóle jest na nie jakiekolwiek zapotrzebowanie rynkowe”. A więc, wynika z tego tylko tyle, że nawet nauczyciele nie potrafią czasem czytać ze zrozumieniem.

A myślicie, że ktokolwiek się przejął tym, że na stronie o wytypowaniu pianin do obejrzenia w celu zakupu umieściłem czerwoną informację o tym, że „usługa jest tymczasowo niedostępna”? Czy naprawdę nie da się zauważyć czegoś takiego na samej górze strony?

wyjazd

Oraz w innym miejscu – tam, gdzie podobna plakietka zastąpiła mój adres email?

A jednak się okazuje, że na wielu nie robi to najmniejszego wrażenia. Co więcej, są tacy, którzy to zauważyli, a mimo to zignorowali, licząc zapewne, że „jakoś to będzie”. Jak takie coś się robi? Ano, zanim jeszcze napisze się do mnie maila „powitalnego”, przelewa się kasę (przypominam – 5 zł od linka), słusznie kalkulując, że, jeżeli się uprę i odmówię zaopiniowania linków, to będę musiał uczciwie głowić się nad tym, jak ów przelew zwrócić. A jak go zwrócić np. poprzez PayPal lub DotPay, które pobierają prowizję od usługi? Przecież nadawca po dwukrotnym potrąceniu prowizji (o ile w ogóle ma swoje konto PayPal, na które można cokolwiek zwrócić) otrzyma zwrot jakichś 70% wpłaconej kwoty… Każdy przelew zwrotny zapewne „jakoś się da” załatwić, ale czy powinno to być moim bólem głowy? Natomiast otrzymać od kogoś pieniądze i uznać, że to mnie do niczego nie zobowiązuje („bo przecież pisałem, że usługa niedostępna”), tak po prostu nie mogę – nie pozwala „etyka pracy”.

Z jedną osobą nawet próbowałem polemizować, zwracając uwagę na niedostępność usługi. – A co niby mam robić? – zapytał mnie czyjś tata. – Przecież jakoś muszę znaleźć i kupić pianino dla córki.

To prawda. Doskonale to rozumiem. I współczuję, bo człowiek poszukujący pianina nigdy nie jest w łatwej sytuacji. Ale nie udźwignę na swoich barkach wszystkich problemów tego świata, nawet gdybym chciał. W momencie, gdy usługa jest niedostępna, jej po prostu nie ma, a szukając pomocy w internecie należy korzystać z innych dostępnych rozwiązań. Jest ich mało lub nie wzbudzają zaufania? A to już nie mój problem. Moim aktualnym problemem jest rehabilitacja i to, że nie mogę, nawet gdybym bardzo chciał, rzetelnie zająć się oglądaniem i opiniowaniem nadesłanych linków z pianinami, tym bardziej, że nie mogę na razie zaproponować osobistego obejrzenia wytypowanych przez siebie pianin. (Zastanawiam się, jaki szkwał zgłoszeń mnie porwie, jak tylko usunę plakietkę o niedostępności, jeżeli nie wyrabiam już teraz, kiedy oficjalnie usługi nie ma!!!) Ale czy pana tatę cokolwiek obchodzi moja rehabilitacja, kiedy trzeba na mur beton pilnie znaleźć dla dziecka pianino? No właśnie… A czy mnie powinno obchodzić jego dziecko i rozterki związane z wyborem pianina?

Ludzie, piszący do mnie, w zdecydowanej większości przypadków kierują się własnymi problemami, poglądami, ocenami i możliwościami, a nie tym, co umieściłem na stronie w postaci warunków wykonania usług odpłatnych (datowanie pianin, zaopiniowanie pianina na potrzebę zakupu) lub bezpłatnych (wycena pianina na potrzebę sprzedaży). Nie wystarczy, że wszystko jest wyraźnie napisane na stronie, a przekaz zostaje potem dodatkowo wzmocniony wiadomością automatyczną z krótkim résumé. Na nikim nie robi to wrażenia, bo ludzie i tak wiedzą swoje i chcą, żeby to „obsługa” tańczyła wkoło ich widzimisię sprawy. Nie dociera, że bez wymaganego zestawu zdjęć, opisu i filmiku nie da się wycenić pianina (chyba że „na odpierdol” – ale tak to mogę wycenić każde jedno pianino, akordeon lub cytrę bez oglądania jakichkolwiek zdjęć, już tutaj i teraz: zero złotych). Ot, w trakcie pisania tego postu dostałem następującego maila (wszystkie „szczegóły” oryginalnej wizji polszczyzny pozostawiam bez zmian):

„Witam
Mam mały problem posiadamy w rodzinie od 1945 roku pianino, zostało ono nabyte przez dziadka zaraz po wojnie od niemieckiej rodziny wracając do siebie. Aktualnie coś musimy z nim zrobić. Ponieważ pianimowane stoi u teściów w domu który został sprzedany nie bardzo jest miejsce żeby je gdzieś przetransportować. Problemem jest jak zwykle cena. Nie potrafimy ustalić producenta. Ponieważ pianino poddawane było renowacji znak producenta prawdopodobnie został zatarty. Zdaje sobie sprawę że pewnie nie jest ono zbyt dużo warte ale też kiepsko było by oddać komuś za darmo jeśli by się okazało że jednak może jakaś wartość ma. Być może na podstawie zdjęcia będzie Pan w stanie naprowadzic nas czego szukać. Producent jest na 90% niemiecki a samo pianino według opowieści dziadka pochodziemi sprzed wojny. Dziękuję za jakąkolwiek odpowiedź.
Pozdrawiam
[imię i nazwisko]”

pianino_do_wyceny

I jak tu wycenić takie pianino? Jak tu cokolwiek o nim napisać? Co mam robić: olać sprawę czy kopać się z koniem – po raz enty łopatologicznie tłumaczczyć gościowi, na czym polega wycena, prowadzić go za rękę, prosząc znowu i znowu o nadesłanie brakujących ujęć? I to wszystko za darmo, najczęściej nawet nie za „dziękuję” (70% przypadków tak się właśnie kończy)? Może w ogóle zrezygnować z oferowania wyceny? A zarazem i ze wszystkich innych „małodochodowych” usług? Bo po co mi jest to potrzebne? Przecież nie utrzymuję się z pięciozłotowych usług! Zamknąć to wszystko, „żeby nie było niczego”? No i będzie – jak w wielu dziedzinach życia w Polsce. Zostawić jedynie sprawy „kasowe”, jak to strojenia i naprawy pianin? Stwierdzić, że mój entuzjazm wyparował, a dźwignięcie jakże niszowego tematu pianin i fortepianów na nowy, ciekawszy poziom ostatecznie się nie powiodło? Ponieść klęskę?

Nie – nie dam się. Choć jednocześnie nie odmówię sobie przyjemności wypustu pary ku publicznej uciesze tutaj, na blogu – nawet gdyby to miało kogoś niemile dotknąć.

Ten, kto doczytał do końca, z pewnością wie, że nie napisałem tego wszystkiego o nim. Nie powinien zatem czuć się obrażony.