Strojenie pianina

Jakie istnieje niebezpieczeństwo, gdy wspaniałe hobby jest „przy okazji” czynnie uprawianym zawodem? Takie, że pełen entuzjazmu człowiek się wypali.

Nie piszę tego o sobie. Ale wraz z upływem czasu zaczynam coraz bardziej dostrzegać to na przykładzie innych, w tym również stroicieli.

Ostatnio znajomy stroiciel powiedział mi: „o klientach to można całe tomy pisać”. Eureka! Powiedział dokładnie to, czym ja od lat zajmuję się tu na blogu – zajmuję i wciąż się czemuś potrafię dziwić, choć w istocie niewiele rzeczy na świecie może mnie już zadziwić.

Ale o co chodzi. A o przykład z własnego życia. 

Kiedy rok temu szedłem do szpitala, kościół nasz po raz kolejny był zamknięty z powodu remontu, a nabożeństwa odbywały się w sali parafialnej Caritas, gdzie stoi koszmarne, obrzydliwe wschodnioniemieckie pianino Rönisch (marki – bez cienia ironii – „Modell Super”). Pianino, pomimo swoich „wspaniałych” właściwości założonych przez fabrykę (słaby, płaski dźwięk, tandetne plastikowe podzespoły mechanizmu), posiada szereg równie wspaniałych cech nabytych – rozregulowany mechanizm, zjedzone przez mole podkładki pod klawisze, niemiłosiernie skrzypiące pedały, rozeschnięty klej, brud i syf w środku.

Nie zdążyłem tego pianina przed szpitalem nastroić, mimo iż chciałem – choćby dlatego, że samo strojenie było w tym przypadku ledwie nie najmniej istotną rzeczą, a na całość prac, których konieczność w tym pianinie widziałem, musiałbym poświęcić cały swój dzień. Pianino można by było „podrychtować”, doprowadzając je do stanu przeciętnego, acz poprawnego – ale musiałyby tu wystąpić co najmniej dwie okoliczności: zainteresowany właściciel (odpowiedzialny za swoje pianino) i pełen entuzjazmu wykonawca.

Obecnie, po 11 miesiącach nieobecności w pracy (toto Kościół musiał mnie docenić, siedząc na głodowej diecie muzycznej…), los chciał… abym znów się znalazł przy tym pianinie – bo kościół po raz kolejny został zamknięty na remont.

Pierwsze, co zauważyłem – pianino zostało w międzyczasie nastrojone. Aż tyle – i tylko tyle. Niestety, nierówne klawisze dalej się zapadają, młotki biją jak chcą, o ile w ogóle biją, a pedał nadal skrzypi. Dlaczego? Stroiciel tego nie widział? Ależ oczywiście, że widział. Ale nie miał w sobie tyle zapału, żeby zaproponować właścicielowi zwiększenie nakładu prac, i tyle entuzjazmu, żeby cokolwiek z pianinem zrobić dla przyjemności, nawet nieodpłatnie.

Wyobraźmy sobie, jak wyglądał dialog Caritas z nieznanym mi stroicielem. Jest on całkowicie zmyślony; mimo to, ileż to absolutnie identycznych dialogów przeprowadziłem osobiście!

– (Caritas, mechanicznym głosem zombie lub kosmity): Dzień dobry, trzeba nastroić pianino.
– (Stroiciel, coraz mniej rozentuzjazmowany): Jakie pianino? Kiedy było ostatnio strojone? Co mu dolega i co trzeba zrobić?
– Nic nie wiemy. Trzeba nastroić. Ile kosztuje.
– Strojenie kosztuje XXX złotych. Ale, jeżeli wystąpią jakieś dodatkowe prace…
– Strojenie. Strojenie. Nic nie wiemy. Samo strojenie. Ile kosztuje. Faktura?
– SAMO strojenie, jak już powiedziałem, kosztuje XXX złotych.

Potem taki stroiciel przychodzi pod wskazany adres, i co widzi? Ano widzi to, że właściciela jako takiego nie ma: faktycznym właścicielem pianina jest wieloosobowa organizacja, która z problemem strojenia pianina styka się od wielkiego dzwonu (raz w życiu, tak jak normalny człowiek z własnym ślubem) i w której nie ma ani jednej zainteresowanej i odpowiedzialnej osoby, która by nie tylko znała się na stanie pianina i miała pewne oczekiwania co do wyników pracy, nie tylko wydała klucze od sali, ale i sprawdziła wynik pracy, i przyniosła odkurzacz, i podała miskę z wodą i szmatą (który stroiciel będzie jeździć z własnym odkurzaczem???).

Niestety, w takim przypadku okazuje się, że na miejscu nie ma z kim dyskutować o pianinie i jego stanie technicznym, czy o zakresie niezbędnych prac i ich nowej wycenie. Bo nikogo odpowiedzialnego nie ma. Nikt nie odbierze pianina po skończonym strojeniu (i naprawie), nikt nie doceni włożonych wysiłków (a niby co lepiej dokarmi nasz entuzjazm?), nie ma komu przekazać uwag i zaleceń o tym, czego pianino potrzebuje, aby w miarę poprawnie funkcjonowało w przyszłości… „Osoba” zamawiająca nawet się ze stroicielem nie spotka – interesuje ją de facto tylko to, czy stroiciel wystawił fakturę.

No więc stroiciel przychodzi – i widzi kolejne „wspólne”, czyli niczyje, pianino, w którym roboty jest na cały dzień, a za które nikt nie jest odpowiedzialny. Które nie bardzo wiadomo, kto i jak użytkuje, a do tego ten ktoś nie jest ani właścicielem pianina, ani osobą odpowiedzialną za sprawdzenie jakości wykonanych prac. I nawet nie jest obecny przy strojeniu, a już na pewno nie dysponuje mocą sprawczą (bo to nie on płaci). A więc nie ma z kim rozmawiać. No cóż, „miało być strojenie” – to niech wam będzie strojenie. Co niby stroiciel ma zrobić z syfem wewnątrz pianina? Kogo w Caritas ma się dopraszać o odkurzacz? Kto doceni jego zaangażowanie?

Więc pedały dalej skrzypią, klawiatura nadal faluje, a w środku dalej jest syf i jaja moli. Ale cóż, strojenie zostało wykonane, a reszta nikogo nie obchodzi. Więc stroiciel pracuje na pół gwizdka, bez zaangażowania. Nie tak, jak „dla siebie”. I – mimo iż wciąż mam w sobie wiele entuzjazmu – ja naprawdę to rozumiem!

A Wy, drodzy Czytelnicy, czytajcie między wierszami. Ze stroicielem – z każdym, nie tylko ze mną – trzeba rozmawiać i współpracować, jak z lekarzem. Nie wystarczy przyjść, rozłożyć się na kozetce i stwierdzić: „oto on ja, leżę i pachnę, lecz mnie”. W najlepszym przypadku lekarz osłucha, zmierzy ciśnienie i wystawi receptę na jakieś uspokajające placebo. Do widzenia.

A oto przypadek z mojej własnej praktyki.

– Dzień dobry, ile kosztuje strojenie pianina?
– Jakiej jest marki, kiedy było strojone, co mu dolega?
– Chyba Calisia. Nie wiem, kiedy było strojone.
– No może jednak? Muszę jakoś oszacować koszt…
– Nie wiem. Po prostu niech pan powie, ile kosztuje strojenie pianina.
– Gdyby pan powiedział, że było strojone rok temu, a do tego jest w pełni sprawne mechanicznie, to bym stwierdził, że XXX złotych. A tak to wygląda podobnie do tego, że dzwoni pan do serwisu i pyta, „ile kosztuje zrobienie samochodu”. Przecież wszystko zależy od tego, co trzeba z nim robić.
– No nie przesadzajmy, „zrobienie samochodu”… Co to w ogóle za porównanie? Przecież mówię: STROJENIE.
– Dobrze, niech będzie. Strojenie to strojenie. XXX złotych.

(Powinienem w ogóle nie przyjąć takiego zlecenia, bo po takiej rozmowie można było spodziewać się kłopotów. Ale wówczas nie byłem jeszcze tak asertywny…)

Przyjechałem na miejsce. I co widzę: zapuszczona, rozeschnięta, od dobrych 20 lat niestrojona Calisia, która bardziej miauczy, niż gra, a strój spełzł o ponad pół tonu. Otwieram pianino, rozkładam na części – a w środku totalny syf…

I nagle pan właściciel dostał przyspieszenia! Stwierdził, że, skoro już otworzyłem pianino, to on „skorzysta z okazji” i je w środku wyczyści! Dobre sobie! Może jeszcze sam je sobie nastroi, „korzystając z mojej obecności”?

A dlaczego ma on to robić w moim czasie? A czy, jak idzie do restauracji, przynosi tam własne picie? Czy może, żeby się napić, idzie w knajpie do łazienki i pije kranówę, tylko by nie zamawiać napoju do obiadu? (Wrodzone poczucie obrzydliwości każe mi nie rozwijać tematu, co by mógł w tejże toalecie zjeść, byleby w ogóle niczego nie zamawiać…)

Niestety, kiedy przychodzę wykonać zlecenie, to JA się zajmuję pianinem. A łaskawy pan właściciel może robić co mu się żywnie podoba o każdej porze każdego innego pozostałego dnia w roku. A nie akurat wtedy, kiedy ja już jestem i mam zadanie do wykonania. A „odpoczywać” podczas czyszczenia pianina to wolałbym w swoim domu, a nie w domu klienta.

Poza takimi cwaniakami, jest też i inny gatunek ludzi, opisany przez panią Zapolską. Trzeba tak poudawać zatroskanie zabrudzeniem pianina, żeby pan stroiciel koniecznie zobaczył, jakie to z nas czyścioszki. Więc bierzemy szmatkę i zaczynamy ją wciskać stroicielowi między palce, tak aby koniecznie zauważył, jak to starannie ten kurz wycieramy, jak bardzo on nam przeszkadza (choć nigdy dotychczas nie przeszkadzał) i jak bardzo go nie tolerujemy…

Ile trwa podstawowe czyszczenie pianina, bez rozkładania mechanizmu na części pierwsze? Zazwyczaj, ponad godzinę. I też swoje kosztuje. A niestety, pominąć go się nie da (chyba że jest się w sali Caritas, gdzie znikąd pomocy nie będzie – nawet „dobrego słowa”, nie mówiąc już o odkurzaczu). Dlaczego? Bo trudno jest nastroić pianino, w którym klawisze lepią się od brudu, kleją się ze sobą, toną w śmieciach i nie odbijają, bo coś się dostało między nie. Albo w którym jest gniazdo myszy. Oraz jeszcze z jednego względu – bo stroiciel niekoniecznie chce ubrudzić własne narzędzia pracy (dlaczego miałby to zrobić poświęcając się akurat nam i naszemu pianinu?), a przy okazji ubrudzić się i sam. Bo, wbrew pozorom, bardziej można się ubrudzić, strojąc zasyfione pianino, niż je czyszcząc. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale wynika to z mojej praktyki.

No więc asertywnie zabrałem się za czyszczenie pianina, a poza tym nie mam zamiaru robić z nim czegokolwiek poza samym strojeniem. A przecież byłoby co…

Kończę i każę właścicielowi sprawdzić wynik pracy. (Po co? Żeby nie zadzwonił jutro z reklamacjami, „bo Fis jakoś tak nie brzmi”. Bo „brzmienie Fis” zależy nie od tego, czy dobrze je nastroiłem – to można i należy sprawdzić po strojeniu, poza tym, nie mam najmniejszego powodu, żeby zrobić to źle – lecz od kondycji technicznej pianina, którą zapewnia mu właściciel, a nie stroiciel. Tak samo, jak zdrowie człowiekowi zapewnia nie lekarz, lecz on sam.)

No cóż, właściciel duka klawisze jednym palcem (same białe – ale złośliwie nie zwracam mu uwagi, że są też i czarne. Milczenie też czasem bywa złośliwe) – i proszę: tu puka, tam stuka, tu źle odbija, tam w ogóle nie gra, tu coś bzyczy, tam zostaje pogłos… No cóż, chciał pan strojenie, to masz pan strojenie! „A co z resztą?” – „A reszta już nie jest strojeniem, tylko przeglądem, naprawą, regulacją, łataniem dziur, doprowadzeniem zaniedbanego pianina do stanu użytkowego” – „No to czemu pan tego nie zrobił?”

No bo wyceniłem ci, człowieku, strojenie – tak, jak chciałeś. I to za nie chcesz mi zapłacić. A nie za cały kompleks czynności. I przecież tak psioczyłeś przez telefon, tak cię oburzyło porównanie ze „zrobieniem samochodu”, tak bardzo zaciekłeś się, żeby „cwaniak stroiciel” przypadkiem cię nie oszukał, że sam się wprowadziłeś w maliny i siebie przechytrzyłeś, bo jesteś po prostu w temacie pianin niekompetentny. Domagasz się wyceny bliżej niesprecyzowanego zakresu usług, myśląc, że wiesz lepiej, na czym ich wykonanie polega. Skąd niby miałbyś o tym wiedzieć – skoro twoje pianino przez 20 lat stało i pleśniało? I teraz patrzysz ze zdziwieniem na mnie i spodziewasz się, że rzucę się wykonywać oczekiwane przez ciebie czynności? Owszem, mogę je wykonać (doświadczenie już mnie nauczyło, żeby zawsze zabierać ze sobą pełną torbę z narzędziami, choć przecież do „samego strojenia” wystarczyłby mi klucz, dwa kliny i taśma), ale dlaczego miałbym? Bo mi zależy? Tak – na pianinie, ale nie na tobie. Może w imię współpracy? Ale jaka z tobą współpraca? – zgasiłeś moją chęć do niej już podczas wstępnej rozmowy telefonicznej.

Przy okazji – tak samo, kiedy słyszę, że stare pianino wymaga „drobnych poprawek”, rezerwuję sobie cały dzień i biorę wszystkie możliwe narzędzia. Rzadko kiedy bywa to niepotrzebne. Jedne z ostatnich takich „drobnych poprawek” rozciągnęły mi się prawie na 6 godzin… Nie wliczając w to dojazdu.

Z braku współpracy i odpowiedzialności cierpią zarówno stroiciele – bo tracą entuzjazm do pracy – jak i pianina. Bo, nawet jeżeli stroiciel coś zauważy, to i tak tego nie zrobi, bo nie będzie miał powodu ani motywacji.

No, ale słowa „współpraca” i „odpowiedzialność” na tej szerokości geograficznej są raczej słabo znane…