Cena popularności

Jak już kiedyś pisałem, strona „Ars Polonica” osiąga dużą popularność i wyjątkowo wysokie pozycje w wyszukiwarce. Owszem, utworzyłem cały dział Wasze pytania – moje odpowiedzi, ale nie napisałem jednocześnie, że na prawie każde z zadanych wyszukiwarce pytań moja strona – zanim jeszcze wpisałem dane pytanie i udzieliłem na niego odpowiedzi! – wyświetla się na czołowych pozycjach – nie dość, że w 90% w pierwszej dziesiątce, to jeszcze najczęściej w pierwszej trójce! 

Ale jest i druga strona tak niesłychanej, jak na pół roku obecności w sieci, popularności. Pisze do mnie pewna Pani: „Zawłaszczył Pan całą przestrzeń informacyjną. Próbowałam znaleźć informację o swoim pianinie, opinię o jego producencie, ale oprócz Pańskiej strony zostały jakieś marne resztki, z których nie mogłam niczego się dowiedzieć. Nie mam jednak pewności, czy Pan zawsze jest bezstronny (bo Pana opinie często są apodyktyczne, jednoznaczne), a do tego nie jest chyba właściwym celem uzależnienie całej opinii publicznej od swojego zdania?”.

Poczułem się przez chwilę Maciejem Samcikiem :) Ale zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji, gdyż, szukając w internecie interesujących mnie informacji, sam najczęściej natrafiam na własną stronę! I łapię sam siebie za ogon – tymczasem gdy moim celem jest znalezienie informacji, której ani jeszcze nie posiadam, ani nie jestem w stanie wykreować.

Ale niewiele mam do powiedzenia w tym zakresie. Nikogo przecież nie tępię, nikogo nie dołuję, nie skazuję na niebyt. Po prostu, inni powinni równie prężnie działać! A że nikomu się nie chce – to już nie mój problem. Tak samo jak nie jest problemem Wikipedii, że pojawia się na pierwszym miejscu, tymczasem gdy jakiś „solidny serwis naukowy”, „rozwijany” przez internetowych impotentów, znajduje się z tym samym hasłem na 30 pozycji. Nie jest problemem popularnego serwisu, że jest popularny i ogólnodostępny, tymczasem gdy seriozne naukowe książki, wydane 40 lat temu na gazetowym papierze w nakładzie 500 sztuk, dumnie tkwią w dumnych bibliotekach, ruszane z miejsca parę razy do roku. Nawet jeżeli przepełnione są samymi mądrościami objawionymi, siła ich dotarcia do osób zainteresowanych jest ŻADNA. Czasy się zmieniły, jeżeli ktoś jeszcze nie zauważył.

Mógłbym np. nie pisać o produkcji fortepianów w Warszawie. Kiedyś, nie-wiem-ile lat temu, profesor Beniamin Vogel napisał podręcznik („Fortepian Polski”), zawierający z grubsza tę samą informację, różniącą się pewnymi szczegółami, tudzież błędami (i to niekoniecznie moimi). Tyle że podręcznik ten można kupić w zaledwie kilku miejscach w całym kraju (w Warszawie może w dwóch lub trzech), a kosztuje on wcale nie mało – około 70 złotych. Ilu zainteresowanych dotrze zatem do istniejącej w takiej postaci informacji? A zapotrzebowanie społeczne na nią jest, i to niemałe – o czym świadczą choćby statystyki oglądalności mojej strony.

Ale nie skłamię ani trochę, jeżeli powiem, że 90% informacji w artykule o warszawskim budownictwie fortepianowym zdobyłem samodzielnie. Otóż… nie mam ochoty wydawać pieniędzy na kupno tego podręcznika. Zwłaszcza że kiedyś, lata temu, już go kupiłem, tyle że od kilku lat nie mam do niego dostępu (leży sobie w innym kraju i czeka na mój przyjazd).

Nie moją winą jest, że zamieściłem na swojej stronie informację unikatową, której nie znajdziecie gdzie-indziej, chyba że w zakurzonych bibliotekach lub w książkach kosztujących nawet i dwa tysiące złotych na Amazonie, a i to nie zawsze:

a w przygotowaniu mam

Nic więc nie poradzę na to, że jestem „tak bardzo obecny” w polskim internecie.

Owe „najbardziej” odnosi się jednak nie tylko do polskiego internetu. Do całej globalnej sieci. Lepszej listy numerów seryjnych Erarda nie mają w swoich segmentach internetu ani Francuzi, ani Anglicy. (NB. Od niedawna akta Erarda są zeskanowane i dostępne. Ale i tak byłem pierwszy. A i tak Francuzi, Belgowie, Anglicy, Kanadyjczycy i Australijczycy trafiają do mnie.) Pełniejszych list fabrykantów z Breslau czy Liegnitz nie mają Niemcy. Nawet Rosjanie nie mają całej listy produkowanych w ich kraju pianin! No a Polacy… Polacy nie mają wiele czego.

Dzisiaj np. w wyszukiwarce pojawiło się pytanie „pianina Legnica opinie -arspolonica”, co oznacza wykluczenie tej strony z wyników wyszukiwania. Co ciekawe, autor[ka] pytania popełnił[a] w stawianiu minusa mały błąd, toteż trafił[a] właśnie tutaj, i to jeszcze z pierwszej pozycji w wyszukiwarce :) Wolnemu wola, ale czy ktokolwiek sądzi, że jestem opłacany przez jakieś firmy w celach promocji ich produkcji? Nie, tak nie jest: jestem całkowicie niezależny. Nie jestem związany z żadnym producentem lub dystrybutorem (agentem, dilerem…), a na wszystkich instrumentach, o których wydaję swoje opinie, grałem osobiście – lub przynajmniej je stroiłem. Zresztą, zarówno „Legnica”, jak i „Calisia” – to są trupy, zatem jak mogłyby mnie opłacać? :)

Niestety, nie znajdziemy w internecie alternatywnych źródeł informacji, dopóki… ktoś je nie stworzy.

Tak więc i chciałbym wszystkim pomóc, i pewnie bym sam je stworzył, no ale… wówczas nie będą to źródła alternatywne 😀

Zapytania z wyszukiwarki, prowadzące na tę stronę:

  • ile waży klasyczne pianino (2)
  • contact todo-piano com ar loc:PL (1)
  • ile waży pianino bluthner (1)
  • koreanskie instrumenty muzyczne (1)
  • www stroienie stroików do akedonu pl (1)